Jo Nesbø: krótka recenzja zbiorcza

nesbox7Jeżeli ktoś kojarzy recenzję książki „Człowiek nietoperz”, a także, jeżeli ten sam ktoś zajrzał chociaż na moment do sekcji „O autorze”, ten wie, że książek niebędących literaturą fantastycznonaukową czytuję jak na lekarstwo. W zasadzie w ogóle.

Ostatnio jednak skonsumowałem 6 książek nie-SF pod rząd, jedna po drugiej.

Dygresja-zagadka: Szły sobie kaczuszki, jedna za drugą. Ile było kaczuszek?

Tych sześć książek to – jakże by inaczej – dalszy ciąg przygód Harry-ego Hole, norweskiego policjanta z wydziału zabójstw w Oslo, który pracowicie rozgryza coraz to nowe morderstwa.

Tytuły książek, w kolejności, w jakiej je przeczytałem: „Karaluchy”, „Czerwone Gardło”, „Wybawiciel”, „Pentagram”, „Trzeci Klucz”, „Pierwszy śnieg”.

To znaczy, tak po prawdzie, nie do końca przeczytałem. No chyba że „czytanie” uszami też się liczy. Dorwałem się do wersji audio (wszystkie są dostępne na portalu Audioteka.pl, którego od jakiegoś czasu jestem wielkim fanem – głównie dzięki rekomendacji jednego z moich Czytelników) i pracowicie przesłuchałem wszystkie sześć.

Zajęło mi to około dwóch i pół miesiąca. Rzecz niesłychana, żeby sześć książek czytać przez tyle czasu, ale tak to już jest z audiobookami. Potrafią trwać po trzynaście, a czasem nawet po szesnaście godzin. Mając do dyspozycji około 40 minut rano i tyleż po południu (tyle zajmuje mi poranny spacer z parkingu na tramwaj, przejażdżka do pracy i spacer z tramwaju do biura, i potem w drugą stronę: biuro-tramwaj-parking), jak się odpowiednio przemnoży i przedzieli w tę i we w tę, wyjdzie, że przesłuchanie sześciu książek powinno zająć około ośmiu tygodni. Mi zajęło około dziesięciu.

Tak czy siak, książeczki odsłuchane, dziś czas na krótką recenzję zbiorczą.

Krótka recenzja zbiorcza brzmi: w dechę! Git! Warto poświęcić tych parę groszy i tygodni na lekturę (uchem czy okiem, wsioryba), bo Nesbø pisze bardzo dobrze, pomimo tego nieszczęsnego skreślonego kółeczka w nazwisku, które muszę zawsze kopiować z Wikipedii, ponieważ z jakiejś tajemniczej przyczyny nie włączyłem sobie jeszcze norweskiego układu klawiatury, a nie chce mi się szukać kodu numerycznego, co pewnie zajęłoby mi mniej czasu niż sklecenie tego zdania.

Książki Nesbø są o tyle fajne (mówię teraz wyłącznie o serii o Harrym, bo Nesbø, jak się niedawno całkiem przypadkiem dowiedziałem, pisze także książki dla dzieci), że większość głównych postaci jest wspólna dla całej serii. Mamy więc samego głównego bohatera, czterdziestoletniego, prawie dwumetrowego draba, który ma kompletnie spaprane życie prywatne, oprócz tego ma poważny problem z alkoholem, w dodatku ma kompletnie „niekompatybilny” charakter, co wynika głównie z tego, że lubi pracować samodzielnie, a we współczesnym świecie takie „samotne wilki” mają dość mocno pod górkę. Pomimo tego, że jest ogólnie nielubiany, a swoich prawdziwych przyjaciół mógłby policzyć na palcach jednej ręki pijanego pracownika tartaku, koledzy darzą go szacunkiem, bo ma nietuzinkowy umysł i potrafi czasem poskładać do kupy zdarzenia całkiem ze sobą niepowiązane, kierując beznadziejną sprawę na nowe tory.

Mamy postać Beate Lønn, pracowniczki wydziału osób zaginionych, której mózg wskutek jakiejś niezwykłej kombinacji genów ma zdolność katalogowania i przeszukiwania twarzy, które kiedykolwiek widziała (i to czasem na podstawie zdjęć o dość marnej jakości). Mamy Halvorsena, młodego śledczego, którego Harry wziął pod swoje skrzydła w celach edukacyjnych, z którym Harry się potem zaprzyjaźnia (rzadkość!), ale nie na długo, bo jak się już czytelnik z Halvorsenem oswoi i go polubi, facet ginie, pogrążając Harry-ego w kolejnej otchłani smutku.

Mamy Magnusa Skarre, nieudolnego śledczego, próbującego bez większych sukcesów podrywać nieliczne koleżanki (w wydziale zabójstw pracują głównie faceci). Magnus chociaż młody, jest tępy jak wór, tak jakby dostał tę pracę po znajomości. Doprowadza Harry-ego do szewskiej pasji przy każdej okazji – nie żeby był złym człowiekiem, jest po prostu niezbyt lotny, a za bardzo pewny siebie.

Mamy jeszcze Rakel Fauke, jej syna Olega oraz partnera Matthiasa Lund-Helgesena (największą niespodziankę serii, o czym czytelnik dowiaduje się dość późno), mamy Bjarnego Møllera, szefa działu, który w połowie serii odchodzi na emeryturę, ale nie znika całkiem z kart powieści, mamy Stalego Aune, policyjnego psychologa, postać o kryształowym charakterze (jedna z niewielu postaci, które jeszcze nie zdążyły pokazać żadnej ciemnej strony), mamy Øysteina Eikelanda, taksówkarza, prawdopodobnie najbliższego przyjaciela Harry-ego.

Mamy postać Toma Waalera, kolegi Harry-ego, najlepszego śledczego wszechczasów, któego Harry podejrzewa o współpracę z mafią importującą broń do Norwegii oraz o zamordowanie Ellen Gjelten, koleżanki z pracy. Tom jest klasycznym „supermanem”, przystojny, same sukcesy, niezłomny charakter, zdolności przywódcze i tak dalej. Podejrzenia Harry-ego powodują, że końcem końców Harry traci pracę. Toma udaje mu się zdemaskować w ostatniej chwili. Scena w windzie (Harry ma windofobię), za pomocą której załatwia Toma na amen, jest bardzo dynamiczna i dramatyczna, i napisana tak obrazowo, jakby człowiek tam był w tej windzie razem z resztą bohaterów.

I mamy korowód innych, mniej lub bardziej efemerycznych postaci, które sprawiają, że każda kolejna część powieści wydaje się być „swojska” i czyta się ją z dużą frajdą.

W każdej części mamy do czynienia z „przewrotką” fabuły, kiedy to domniemany morderca okazuje się być niewinny (na ogół pośmiertnie), albo winny czegoś zupełnie innego niż morderstwo, za które jest-był poszukiwany, i trzeba sprawę zaczynać od nowa. Majstersztykiem w tym przypadku jest „Pierwszy śnieg”, w której to powieści morderca zabija zawsze w dniu, kiedy zaczyna padać śnieg, a jako „podpis” zostawia po sobie wielkiego bałwana. Policjanci najpierw identyfikują jako mordercę lekarza, który na koniec popełnił samobójstwo wstrzykując sobie dużą dawkę jakiejś szybko działającej trucizny. Wydział świętuje i ogłasza w mass-mediach, że sprawa rozwiązana, tymczasem Harry znika na dobry tydzień, szefostwo znajduje go kompletnie pijanego w jego własnym domu, każą mu wracać do pracy, tam nazajutrz zastają go przy biurku ze strzykawką i dużą ilością wkłuć w przedramię. Harry dostaje wypowiedzenie, tymczasem okazuje się, że jest czysty i trzeźwy – testował na sobie, za pomocą roztworu wody fizjologicznej, czy da się wstrzyknąć tak dużo trucizny w tak krótkim czasie – i wychodzi na to, że się nie da, bo człowiek straciłby przytomność po ledwie paru sekundach, a wstrzyknięcie takiej ilości płynu przez taką cienką igłę zajmuje prawie pół minuty. Kolejną podejrzaną staje się Katrine Bratt, koleżanka Harry-ego, która właśnie podjęła pracę w Oslo, po przeniesieniu z Bergen. Po znalezieniu „niezbitych” dowodów Katrine zostaje aresztowana, jednak i tu Harry doszukuje się nieścisłości i wreszcie odkrywa, że prawdziwym „Bałwanem” jest ktoś całkiem inny. Jak to bywa w tych powieściach, jest to postać dobrze znana czytelnikowi, pojawiająca się na stronach wiele razy, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałoby się, że to właśnie ten człowiek mógł być seryjnym mordercą.

Inna niezwykła przewrotka fabularna ma miejsce w „Wybawicielu”, gdzie facet anonimowo zleca zabójstwo na swoim bracie – bliźniaku. Zabójca dostaje zdjęcie przyszłej ofiary oraz miejscowość, w której ma tę ofiarę znaleźć – pechowo okazuje się, że zabija swojego zleceniodawcę, którego jednak nie zna, więc nie wie, że to ten facet zlecił zabójstwo. Orientuje się jednak, że zabił niewłaściwą osobę i próbuje namierzyć drugiego z bliźniaków – ten prosty pomysł wystarczył Jo Nesbø na kompletne zagmatwanie wydarzeń, przez które śledczy muszą przedzierać się w pocie czoła i ku uciesze czytelnika.

Dodatkowym plusem całej serii, o którym już chyba pisałem, jest to, że akcja większości części dzieje się w Oslo, które autor wydaje się znać od podszewki, dzięki czemu po odsłuchaniu paru książek te wszystkie początkowo obcobrzmiące nazwy ulic i dzielnic stają się swojskie, jakby człowiek sam tam mieszkał i chodził po uliczkach, stołował się w Schroederze i tak dalej.

Całość serii oceniam na 10/10 – jedyna wada jest taka, że Audioteka wydaje poszczególne części w porządku niechronologicznym, przez co trzeba albo cierpliwie czekać na kolejną część, albo ryzykować lekturę „retrochronologiczną”, co niektórym może nie do końca odpowiadać.

Tak czy siak, bardzo polecam.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Jo Nesbø: krótka recenzja zbiorcza"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pshemko
Gość

Cieszę się, że audiobooki się spodobały. Ja nie dałem rady przesłuchać całej serii. Za drastyczne dla mnie.

Jest już nowa książka, i audiobook, Nesbo pt Syn. Tym razem już bez HH.

hrabina
Gość

ja jestem po jednej książce i owszem, podobała się nawet, wciągnęła po któryms z pierwszych rozdziałów, ale nie roztoczyłam „ochów” i „achów|” nad nią. Sąsiadka pożyczyła mi trzy części, ale po przeczytaniu jednej, do tej pory nie zabrałam się za kolejne. może kwestia złego czasu, kiedy czytałam, a może jakoś mi nie podchodzi? nie wiem.

Sam pomysł, zaskakujące ścieżki śledztwa i tego, gdzie one prowadzą, bardzo ciekawie rozwinięte, ale… no właśnie, to ale.