Wylęgarnia: werdykt

In Recenzje książek, RK 2012 by xpil2 Comments

Skończyłem wczoraj drugi (i ostatni) tom „Wylęgarni” Miroslava Žambocha. Dziś werdykt.

Zacznę – nietypowo – od oceny: 8/10. Fajne czytadło, może nawet sięgnę po nie kiedyś jeszcze raz.

Główny pomysł oscyluje wokół idei, którą Pratchett dogłębnie wyeksploatował w „Pomniejszych bóstwach”, takiej mianowicie, że bogowie są tworzeni przez ludzkie umysły, a następnie podtrzymywani przy „życiu” siłą wiary. Jest to wykładnia dość przewrotna; w najprostszym podejściu można ją tłumaczyć w taki sposób, że ludzie, wystraszeni nieuchronnością własnej śmierci, tworzą sobie we własnych głowach rozmaite fantastyczne byty, które rzekomo mają im pomagać (bądź, wedle niektórych wierzeń, przeszkadzać) po tym jak już ciało zetleje w proch. Žamboch natomiast (podobnie jak Pratchett) idzie krok dalej i bóstwa wymyślone przez ludzi stają się realnymi, namacalnymi postaciami, żyjącymi we współczesnym świecie, i to za życia swych „wiernych”.

Sprawcą wszystkich wydarzeń opisanych w powieści jest Alex, ponadprzeciętnie inteligentny syn szefa czeskiej mafii. „Ponadprzeciętnie inteligentny” to w tym przypadku eufemizm, ponieważ żadna ludzka skala nie jest w stanie wiarygodnie zmierzyć ilorazu inteligencji Alexa. Co poniektórzy podają wartości w okolicach 800, jednak prawda jest taka, że Alex jest geniuszem potrafiącym „podciągnąć” swoje IQ do dowolnego poziomu wymaganego przez postawione przed nim aktualnie zadania. A ponieważ dzięki ojcu ma dostęp do w zasadzie nieograniczonych funduszy, buduje sobie prywatną pracownię naukową wyposażoną w sprzęt, na który największe laboratoria naukowe musiałyby czekać latami. Mikroskopy skaningowe, materiały rozszczepialne, najnowsze zdobycze bio- i nanotechnologii pozwalają Alexowi w krótkim czasie (oraz w dyskretnych warunkach) skonstruować kilka wynalazków, które bez tego pozostałyby nieodkryte przez dziesiątki albo i setki lat. Żeby nie zaprzątać sobie głowy innymi rzeczami (takimi jak spanie, jedzenie czy rozmnażanie się), wyłącza on sobie niektóre obszary mózgu, każe się podłączyć do aparatury medycznej monitorującej na bieżąco jego stan zdrowia, wynajmuje też (za grube miliony) kilku fachowców, którzy załatwiają mu wszelkie niezbędne do pracy akcesoria oraz pilnują jego zdrowia i bezpieczeństwa.

Pewnego dnia (a raczej nocy) Alex spotyka przypadkiem Marikę. Marika jest niezbyt zamożną studentką na jednym z wydziałów akademii medycznej, nie ma szczęścia do facetów ani do pieniędzy, prowadzi raczej nieszczęśliwy żywot biednej studentki. Spotykają się w okolicznościach dość gwałtownych: Marikę próbuje obrabować jakiś menel z nożem. Aleks menela zabija, próbując z nim jednak najpierw uczciwie negocjować (padają wykwintne pytania typu „czy naprawdę nie wystarczy panu mój portfel i płaszcz? czy pańska oferta odnośnie obrabowania tej pani jest na pewno ostateczna?” i tak dalej).

Od tej pory losy Mariki i Alexa splatają się nierozłącznie, jednak nie należy spodziewać się żadnej romantycznej miłości ani płatków róż. Žamboch jest pisarzem z gatunku „twardych”, jego bohaterom często zwisają z ramion wnętrzności ich wrogów, a krew leje się gęściej niż irlandzkie deszcze w październiku.

Mniej więcej w 2/3 powieści, gdzieś pod koniec pierwszego tomu, jeden z bohaterów odkrywa minipowieść, wydawaną przez jakieś anonimowe wydawnictwo, której akcja dokładnie odzwierciedla wszystkie występujące w powieści wydarzenia, i to słowo w słowo, w czasie rzeczywistym. Kolejne tomy tej minipowieści ukazują się co rano, i opisują bardzo szczegółowo wszystkie wydarzenia (a także myśli bohaterów) aż do ranka, w którym dany tom jest wydany. Na początku pachnie to czarami lub mistyką, jednak autor bardzo zgrabnie tłumaczy to zjawisko na bazie fizyki kwantowej (samo wyjaśnienie jest naszpikowane terminologią cząstek elementarnych, za co stawiam Žambochowi dużego plusa).

Bez wnikania zbyt daleko w szczegóły (po pierwsze, ktoś może chcieć to przeczytać, a po drugie jestem za leniwy, a w zasadzie to po pierwsze jestem za leniwy), powiem jeszcze tylko tyle, że wszyscy bohaterowie (zarówno ci dobrzy jak i ich przeciwnicy) okazują się na końcu wytworami wyobraźni i wiary czytelników tej minipowieści, która w dodatku okazuje się być „Wylęgarnią”, autorstwa jakiegoś fikcyjnego pisarza z Pragi. Prezentowane w kilku miejscach krótkie cytaty z powieści okazują się być dokładnie skopiowane z poprzednich akapitów „Wylęgarni” Žambocha, co jest interesującym (acz bynajmniej nie nowym) zagraniem – trochę jakby Žamboch żartował sam z siebie.

Książki nie polecam ludziom nie przepadającym za dużą ilością opisów walk, broni, amunicji czyli ogólnie pojętych technik zabijania i okaleczania bliźniego. Jeżeli jednak lubisz, Czytelniku, unurzać się od czasu do czasu w bezinteresownej, barwnie opisanej rzezi, jeżeli opisy wnętrzności rozrywanych pociskami, mieczami samurajskimi, kindżałami bądź banalnymi gołymi rękoma, wprawiają Cię w przyjemny dreszczyk – zapraszam do lektury. Nie będziesz zawiedziony.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Wylęgarnia: werdykt"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Dzięki za recenzję. Relatywizm istnienia Boga był też ciekawie przedstawiony w grze (wiem, że nie grywasz) Black & White. Pozwolę sobie zacytować fragment pewnej recenzji: "Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, co jest podstawą istnienia wszystkich bóstw. Tak, to my. Bez nas, wierzących, nie istniałaby żadna istota wyższa. Co więc musi robić bóg, by zyskać kolejnych wyznawców, a co za tym idzie istnieć? Przynajmniej dawać oznaki swojego istnienia." http://www.gry-online.pl/S020.asp?ID=325

xpil
Gość

Ha, akurat w czasie, kiedy B&W było na topie, grywałem całkiem sporo. A B&W jest grą, która zapada w pamięć (aczkolwiek dwójka mnie już tak nie wciągnęła)

wpDiscuz