Łykniem pigułę?

Recenzja „Pigułki wolności” Piotrka Czerwińskiego.

Skończyłem dziś czytać „Pigułkę wolności” Piotrka Czerwińskiego, a więc czas na recenzję.

Tradycyjnie już przestrzegam chcących przeczytać tę książkę samodzielnie, żeby nie czytali tej recenzji, ponieważ zdradza ona dużo szczegółów fabuły – jeżeli jednak nie zamierzasz czytać „Pigułki…”, zapraszam.

Na pierwszy rzut oka, zaraz po zakończeniu lektury, nasuwa się analogia do filmu „Osiem części prawdy”. Film, który zapowiada się na zwykły kryminał, okazuje się być składanką ośmiu miniatur filmowych opisujących to samo zdarzenie z perspektywy ośmiu różnych osób.

W przypadku „Pigułki” wątków jest co prawda nie osiem tylko dwa, ale podobieństwo pozostaje. Pierwsza połowa książki opisuje zdarzenia widziane okiem Roleksa, a druga – z perspektywy Ultra Maryny. Ponadto od czasu do czasu narracja przechodzi do jakiejś drugo- a nawet trzecioplanowej postaci, umożliwiając chwilowy wgląd w sytuację z jeszcze innej perspektywy.

Fabuła jest dość ciekawa, aczkolwiek niezbyt nowatorska. Roleksy, jeden z głównych bohaterów, zakłada któregoś dnia na Facebooku stronę fanowską „Fart For Malawi”, w której wzywa wszystkich zainteresowanych do zbuntowania się przeciwko zakazowi puszczania bąków, wydanemu przez rząd afrykańskiego państwa Malawi. Po czym wylogowuje się z FB na dłuższy czas (bodajże kilka miesięcy). Po ponownym zalogowaniu się stwierdza, że strona ma tysiące fanów, których w dodatku ciągle przybywa. Niewinny żart Roleksego skutkuje końcem końców powstaniem całej nowej ideologii, w której nikt już nie pamięta o Malawi, ale która trzęsie światem polityki i kultury na całym świecie. Strona zdobywa dziesiątki milionów fanów, Roleksy odkrywa, że może teraz do pewnego stopnia sterować światem, ponieważ fani FFM wiernie lajkują wszystko, co lajkuje Aleks (Aleks = Roleksy), hejtują wszystko co on hejtuje i tak dalej. W zasadzie mógłby kilkoma kliknięciami sprawić, że fani jego strony zaczęliby masowo podpalać restauracje Mc Donald’s, albo wręcz przeciwnie, rozpływać się w zachwytach nad serwowanymi przez nich hamburgerami, przysparzając tym samym milionowych zysków.

W międzyczasie Aleks poznaje (najpierw tylko wirtualnie, potem na żywo, i to z przytupem – autor nie szczędzi nam dużej ilości całkiem pikantnych scen erotycznych) Ultra Marynę, która – w odróżnieniu od Aleksa – ma dochód, stałą pracę, samochód, mieszkanie itd. Ultra podpowiada Aleksowi jak mógłby zarobić na FFM dużo pieniędzy (sam bowiem jakoś na to do tej pory nie wpadł), mianowicie mógłby odsprzedać stronę FFM gigantowi farmaceutycznemu produkującemu pigułki przeciw wzdęciom, zgarniać 30% od wypracowanych w ten sposób zysków z reklamy i żyć długo i szczęśliwie. Namawia go na służbowy wypad na Kanary; okazuje się, że Ultra pracuje dla tejże korporacji i chce przy okazji zrobić przekręt na własne konto.

Aleks w międzyczasie uderza do korporacji konkurencyjnej, której odsprzedaje prawa do FFM (za plecami Ultry), i postanawia – głównie dla hecy – faktycznie pojechać na te Kanary, żeby zaśmiać się tamtym w twarz, pokazać Ultrze, że potrafi sobie poradzić w życiu, oświadczyć się jej i żyć potem długo i szczęśliwie.

Imprezka na Kanarach to w zasadzie koniec pierwszej części książki. Owszem, jadą tam, ale plany (zarówno Ultry jak i Roleksa) biorą w łeb.

Potem następuje „reset” fabuły i oto cała opowieść zaczyna się od nowa – tym razem z perspektywy Anety, która pochodzi z małego miasteczka z południa Polski, ale udaje się jej wyrwać ze szponów marazmu i beznadziei, ląduje w Warszawie w biurze korporacji farmaceutycznej jako spec od reklamy. Niestety, firma ma problemy z powodu silniejszej konkurencji, więc – w zasadzie rzutem na taśmę i przy pomocy pewnego ośmiolatka – Aneta znajduje stronę Roleksa i postanawia obrócić ją w komercyjny sukces. Ponieważ korporacja zatrudnia ponad 15000 osób na całym świecie, szefostwo w błyskawicznym tempie „załatwia” polubienie strony przez wszystkich pracowników, ich znajomych i rodziny. Aneta przybiera pseudonim Ultra Maryna i zaczyna „podrywać” Roleksa, żeby go zjednać i żeby móc nim skutecznie kierować. Dobrze zaplanowany podryw przekształca się w prawdziwe uczucie, Ultra zakochuje się w Roleksym i postanawia nabić firmę w bambuko, zarabiając przy tym kupę kasy. Proponuje mu udział w służbowym wyjeździe na Kanary, gdzie Aleks ma podpisać umowę z pracodawcą Ultry – dzięki jej sprytowi umowa ma im przynieść ponad 700000 euro zysku, będą mogli zatem uciec gdzie pieprz rośnie i żyć sobie długo i szczęśliwie, z dala od korporacyjnego zgiełku.

Ultra nie ma pojęcia, że Aleks już sprzedał FFM, i że jedzie tam tylko dla zgrywy. Nie wie też, że chce się jej oświadczyć, aczkolwiek sama też ma wobec niego matrymonialne plany, a więc – wydawałoby się – wszystko jest w porządku.

Jednak misterny plan się nie powiódł, o czym dowiadujemy się na ostatnich stronach książki (które są czymś w rodzaju epilogu). Ultra ląduje na dnie (nie wiadomo dokładnie jak i gdzie, prawdopodobnie wpada w narkotyki i kończy na ulicy), Roleks przez parę lat jest jeszcze sławny i zarabia kupę kasy, ale w końcu jego sława przemija (podobnie jak strona FFM, która, pomimo nieustającego zainteresowania fanów, przekształca się końcem końców w jedną wielką reklamę niedziałających pigułek na wzdęcia). Ostatni akapit zaś sugeruje, że całe to zamieszanie zostało starannie wyreżyserowane przez samego Szatana, który oznajmia to czytelnikowi za pomocą kilku cytatów z Rolling Stones.

Tyle jeśli chodzi o fabułę.

Co do stylu pisania – niestety, jest on bardzo „Czerwiński”. A więc sterylnie poprawny gramatycznie i ortograficznie, z dużą ilością gagów i „przewrotek” językowych (typu: „Był wodzem (…) rewolucji, która nie miała ani celu, ani sensu, ani nawet wodza.”) Dlaczego więc „niestety”? Ano, moim zdaniem powieść jest po prostu za długa, i taki styl po parudziesięciu stronach zaczyna trochę męczyć. Co prawda w środku książki następuje „reset” i opowieść startuje od zera (z innej perspektywy), co zdecydowanie dodaje jej świeżości, jednak uważam, że dużo lepiej byłoby gdyby autorowi udało się skompresować tę samą fabułę w – mniej więcej – połowie tej objętości.

Bardzo szczegółowo opisuje autor mechanizmy psychospołeczne towarzyszące wszelkim ideologicznym „rewolucjom” na portalach typu Facebook – trzeba przyznać, że odrobił tę lekcję bardzo starannie, podobnie zresztą do tego, co zrobił w „Przebiegum życiae”, gdzie z kolei musiał na czas pisania stać się fanem muzyki reggae.

Książka jest też świetnym pastiszem na wewnętrzne życie wielkich korporacji. Pokazuje mnogie absurdy, do których w takich molochach dochodzi, a których nawet najbardziej zaangażowani uczestnicy nie dostrzegają.

Poza tym książka jest dość mocno osadzona w polskich realiach, mniej więcej z czasów kiedy mieliśmy u nas Euro 2012 (a więc stosunkowo niedawno). Autor musiał spędzić kupę czasu podążając drogami Roleksa, albowiem wszystkie budynki, ulice, wnętrza, piętra, nawet rozmieszczenie poszczególnych sklepów i pasaży handlowych jest opisane ze zdumiewającą szczegółowością.

Ostatnio zrezygnowałem z wystawiania ocen recenzowanym przeze mnie książkom, więc nie zdradzę, że w mojej prywatnej skali wystawiam „Pigułce…” siedem punktów na dziesięć. Czyli zdecydowanie powyżej średniej, jednak zdecydowanie nie jest to najmocniejsza książka tego autora. O wiele lepiej bawiłem się przy „Międzynarodzie”.

 

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Łykniem pigułę?"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Sosq
Gość

I mnie pigułka nie zasmakowała za bardzo. Jeszcze tylko Miedzynaród i Czerwińskiego będę miał obczytanego

wpDiscuz