Para buch – recenzja (nareszcie!)

Aż mi wstyd, naprawdę. Zazwyczaj przeczytanie książki zajmuje mi nie więcej, niż kilka dni, tymczasem „Raising Steam” męczyłem od paru ładnych miesięcy.

Jednak, jak mówi stare przysłowie, wszystko dobre, co się kończy. Kilka minut temu wreszcie przeczytałem ostatnią stronę czterdziestej części Świata Dysku, wraz z przypisami. Czas więc na króciutką recenzję.

Najpierw wrażenia ogólne: bomba! Jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałem. Odrobinę za dużo politykowania gdzieś tak mniej więcej w okolicach trzech czwartych powieści, ale to tylko przez kilka stron. A poza tym – miód, malina.

!!!SPOILER ALERT!!!

„Raising Steam” opowiada o młodym wynalazcy imieniem Dick Simnel, któremu udało się, jako pierwszemu na świecie, zbudować silnik parowy. A potem jeszcze podłączyć ten silnik do kół. Innymi słowy, wynaleźć parowóz.

Następnie Dick, z pomocą Harry-ego Kinga, króla biznesu toaletowego, wdraża swój wynalazek na szeroką skalę. Podobnie jak wieże sygnałowe kilka lat temu, tak teraz kolej żelazna wkracza na Dysk i wydaje się być jego nieodzowną częścią, chociaż kilka miesięcy wcześniej w ogóle jej nie było.

Kiedy wreszcie większość dużych miast na Dysku jest połączona gęstniejącą z tygodnia na tydzień siecią torów kolejowych, Vettinari wzywa do siebie Moista von Lipwiga i mówi mu, że musi on zbudować linię kolejową do Uberwaldu. I ma to zrobić szybko, najszybciej jak się da, zależą bowiem od tego losy świata.

Uberwald jest za górami, za lasami, dostać się tam jest raczej trudno, a zbudować linię kolejową – prawie niewykonalne, zwłaszcza w krótkim czasie. Jednak Vettinari ma na Moista haczyk, a raczej pętelkę, która zawsze działa. Moist dokonuje więc cudu i w bardzo krótkim czasie, kosztem przeniesienia wszystkich sił i środków na ten jeden cel, buduje linię do Uberwaldu. Po czym transportuje koleją Dolnego Króla, Rhyssa Rhyssona. Dlaczego tak? Cóż, względy polityczne, o których nie będę pisał, bo akurat ta część jest raczej nudna.

Na samym końcu okazuje się, że król krasnoludów jest królową, albowiem, jak powszechnie wiadomo, żeńskie krasnoludy na zewnątrz nie różnią się za bardzo od męskich. Oczywiście gdzieś tam pod tymi wszystkimi warstwami zbroi, bród, wąsów i arsenału istnieją niewielkie różnice anatomiczne, umożliwiające produkcję kolejnych pokoleń krasnoludów, ale ich rozpracowanie wymaga każdorazowo sporo pracy obydwu zaangażowanych stron.

Tak więc król okazuje się królową, w dodatku ciężarną. Wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

„Para buch”, poza oczywistym pierwszym tłem, nasączonym ciętym, pratchettowym humorem, ma też tło drugie, a jest nim refleksja. O tym, że nie wystarczy mieć dobry pomysł, trzeba jeszcze znaleźć sponsora oraz uzyskać przychylność polityków rządzących, żeby zrobić dobry biznes na większą skalę. Niby nic nowego, a jednak dobrze o tym pamiętać.

A więc, Czytajce i Czytawki, gałki oczne w dłoń – i do lektury!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Para buch – recenzja (nareszcie!)"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
lacki
Gość

niby inni też czytają Pratchetta…

lacki
Gość

a odnośnie książki tej konkretnej to po przeczytaniu mam mieszane uczucia. Bardzo mało razy się uśmiechłem. Przy niektórych akapitach (zwłaszcza gdy coś zaczęło się dziać po nudnym politykowaniu) czułem się jakbym czytał streszczenie a nie samą książkę. Jakoś dziwnie rozłożony nurt akcji był.
No i to była moja pierwsza książka Pratchetta czytana po jego śmierci więc może to też jakoś mnie podświadomie przytłaczało… Stęskniłem się za niechcianymi przygodami Rincewinda, świat był jakiś prostszy i mniej polityczny 🙂

wpDiscuz