Gagi-gagi, ablu-ablu

In Recenzje książek, RK 2011 by xpil6 Comments

Skończyłem dziś rano „Międzynaród” Piotra Czerwińskiego. A zatem, zgodnie z tradycją, recenzja.

Zanim jednak przejdę do recenzji, mała dygresja – otóż zamiast, jak pambuk przykazał, brać się za jedną książkę na raz, udało mi się „rozgrzebać” przez ostatni miesiąc aż cztery: „Międzynaród”, ostatnio wydaną część przygód Mordimera Madderdina „Ja inkwizytor. Bicz Boży”, „W północ się odzieję” Pratchetta oraz „Gotuj z papieżem” Ćwieka. Niestety, z braku czasu tudzież z nadmiaru różnych zajęć, wszystkie cztery poszły w odstawkę. Na szczęście w końcu udało mi się wygospodarować na tyle wolnego czasu, żeby nadgonić zaległości.

Wracając do książki…

Jak widać po tytule posta, językowo jest niebanalna. W odróżnieniu jednak od poprzednio recenzowanej przeze mnie powieści tego autora, „Międzynaród” jest pisany normalną, poprawną polszczyzną. Kilkoro znajomych, którym pożyczyłem swój egzemplarz „Przebiegum Życiae”, marudziło potem, że tego się nie da czytać, bo ani to po polsku, ni po angielsku – no więc tutaj sytuacja ma się o wiele lepiej.

Od strony fabularnej natomiast „Międzynaród” jest bardzo nierówny – pierwsze sto stron (z prawie czterystu) czyta się naprawdę świetnie, potem przez pół książki wieje nudą, wreszcie końcówka, obfitująca w sceny niczym z dobrego kina akcji, wciąga jak radziecki odkurzacz.

Fabuła osnuta jest wokół przewrotnej idei Polski jako międzynarodowego mocarstwa. Polski, dodajmy, ulokowanej geograficznie na nowopowstałych wyspach Bergamutach, mieszczących się pi razy oko gdzieś między Kiribati a Vanuatu. Polski zamieszkałej przez rasę miedzianoskórych Polaków, będących wynikiem wielu wieków mieszania wszystkich możliwych nacji, ras, kolorów i kultur. Polaków z nazwiskami typu „Ngwene Cieślak”, „Ambroży Ciakwa-Ciakwa”, „Kunta-Kinte Czerwiński” czy też „Adam Katanga”. Do mnie najbardziej trafiło nazwisko „Bartłomiej Zafaidani”, ale jest tam całe mnóstwo innych perełek nazewniczych.

Początek książki, na oko ze sto stron, opisuje całe tło historyczne – czyli jak właściwie doszło do tego, że Polska z małego, biednego kraju na skraju dawnej Europy (która obecnie jest jednym wielkim skażeniem promieniotwórczym) stała się potęgą nuklearną, u której zadłużają się bidoki typu Anglia, Ameryka czy Francja. Potęgą, do której Anglicy zjeżdżają masowo do pracy na zmywakach, do czyszczenia butów bądź jako rzeźby greckie (taniej i praktyczniej wychodzi postawić na 12 godzin dziennie Anglika ubranego w prześcierdało niż kupować oryginalną rzeźbę).

Co do narracji, przypomina trochę „Galapagos” Vonneguta. Tylko że tam narrator był duszą głównego bohatera, opowiadającą o wydarzeniach sprzed miliona lat, a tutaj narrator jest jednym z niewielu ludzi ocalałych po kataklizmie, który zmiótł Polskę z mapy świata na dobre.

Nudny środek książki jest nudny, ponieważ fabuła rozwija się tam bardzo niemrawo, grzęźnie w wielopiętrowych zdaniach, z których nie za wiele wynika, oraz snuje grubymi nićmi szytą intrygę polityczną, a ja polityki nie lubię – nawet w tak krzywym zwierciadle. Długie, zawiłe zdania to – jak tłumaczy narrator – efekt tego, że książka pisana jest na kolanie, ołówkiem, w zeszycie, bez możliwości wprowadzania poprawek. Kilkaset ołówków i zeszytów to w gruncie rzeczy wszystko, co pozostało narratorowi z jego ojczyzny.

Co do perełek natomiast, genialnie jest opisana grupa Wojowniczych Gołodupców z wysp Pobalu i Pomaluhu, którzy z upływem czasu stają się najpierw Wojodupcami, a pod koniec okazuje się, że to takie współczesne Janosiki.

Niezwykle plastyczna jest też scena, w której Wojodupcy atakują centrum miasta, uzbrojeni w karabiny maszynowe na pokładzie helikopterów – a zamiast „Valkyrie” grają na cały głośnik „Szła dzieweczka do laseczka”.

Albo scena, w której przerażony pilot helikoptera krzyczy przez radio do kolegów, że dostał pociskiem w agregat do lodów, i będzie teraz musiał pić piwowin na ciepło.

Sam piwowin jest też niezłym patentem – w zasadzie możnaby się pokusić o próbę zrobienia napitku będącego mieszanką piwa z winem. Tylko w jakich proporcjach by to wymieszać?

Albo przezabawny pomysł z technologią audio-wideo, która rozpoczyna swój książkowy żywot jako „4D”, aby w kolejnych scenach stawać się kolejno „5D”, „6D” i tak dalej. Przejście z „13D” na „14D” odbywa się bodajże w obrębie jednego akapitu.

Anglicy przyjeżdżają do Polski wykonywać najgorsze i najbardziej upokarzające zawody, pomimo licznych doktoratów i profesur, które uzyskali w swojej ojczyźnie. Kardiochirurdzy czyszczą buty, inżynierowie technologii jądrowych podmywają dupy w szpitalach i tak dalej. Niektórzy próbują uczyć się polskiego, co też prowadzi do wielu zabawnych scen.

Amerykanie, żeby dostać polską wizę, muszą ustawiać się w kilometrowej kolejce do ambasady, gdzie najpierw muszą wypełnić masę papierów oraz zapłacić fortunę za samą możliwość aplikowania, a na koniec i tak urzędnik gra bońkiem w kakadu i reszkę – a jak powszechnie wiadomo, boniek jest nieco cięższy po stronie kakadu, więc szanse na wizę są znikome.

Kolejny motyw, który mnie urzekł, to wstawianie do tekstu fragmentów piosenek bądź wierszy – jest jeden tekst Starego Dobrego Małżeństwa, jest Hendrix, jest Białoszewski, Lady Pank i dziesiątki innych cytatów, których pewnie nawet nie udało mi się wyłapać. Prawdopodobnie kiedyś sięgnę ponownie po „Międzynaród” tylko po to, żeby poszukać w nim przeoczonych przy pierwszej lekturze fragmentów wierszy i piosenek.

Ogólny wniosek z książki jest bardzo życiowy. Mianowicie, Polacy to taka nacja, która nieważne za co się weźmie i na jakie wyżyny się wzniesie, zawsze na koniec coś spieprzy, i to na amen. Nasze polskie warcholstwo, głupotę i zbytnie zadzieranie nosa widać tam jak na dłoni.

Pomimo tego, że niniejsza recenzja wymknęła mi się spod kontroli już parę akapitów temu, nie opisuje nawet połowy tego, co dzieje się w „Międzynarodzie”. Jak ktoś jest zainteresowany, niech sobie poczyta 😉

Gdybym miał ocenić książkę w skali 1-10, wahałbym się między 7 a 8. Za język i humor zdecydowanie 10. Za fabułę słabe 5.

Dorzucam jednak – już tradycyjnie – pół punkta za autograf z dedykacją. A więc jednak osiem.

Następny na tapetę pójdzie Ćwiek i jego zbiór opowiadań „Gotuj z papieżem”. Pierwsze przeczytałem, bardzo dobre. Jestem w trakcie drugiego – jak skończę, nie omieszkam podzielić się wrażeniami.

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Gagi-gagi, ablu-ablu"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Gdzie jest Qxxq to mega opowiadanko Twoje? Co to Qxxa ma być?
Tak, to jest Twój blog i możesz robić co chcesz, jak ze swoim kontem na fejsie.

Ale nie w Quxxxj mnie…

Gadam ze znajomym o altruizmie, chciałem mu dać linka, a tu jakaś goła dupa…

Qxxa!!!

agnieszka_sto
Gość

Valdie,
14.11.11 o 15.07 miales krotkotrwaly atak Omnis Tribea.
Chciales przeciez dobrze…
🙂

wpDiscuz