Terry Pratchett: Unseen Academicals

NiewidoczniAUdało mi się niedawno skończyć „Unseen Academicals” mojego ulubionego Pratchetta, dziś szybka recenzja.

Książkę dorwałem w wersji analnej analogowej, czyli papirusowej. Mniej to wygodne od Kindelka, ale z drugiej strony nie można całe życie wślepiać się w malutkie ekraniki, trzeba czasem popróbować czegoś prawdziwego. Książkę pożyczył mi mój kolega z pracy, wielki fan porządnej literatury, a Lema i Pratchetta w szczególności. Przynosi mi do biura kolejne tomy ŚD (po angielsku), więc mam zapewnioną lekturę na najbliższe pół roku, jak nie więcej.

Nawiasem mówiąc, nie wiem czy już wspominałem, kolega ów wjechał mi ostatnio na ambicję i przeczytał „Piknik na skraju drogi” w rosyjskim oryginale. Jak się zawezmę, może uda mi się przeczytać „Carpe Jugulum” po rosyjsku – dostałem kiedyś w prezencie na urodziny, ale póki co tylko stoi i się kurzy.

„Unseen Academicals” jest jedną z ostatnich książek cyklu Świad Dysku z serii magów z Niewidzialnego Uniwersytetu. Tym razem okazuje się, że magowie muszą zagrać w piłkę nożną z drużyną wystawioną przez Ankh Morpork, w przeciwnym razie mogą być pozbawieni dotacji na rozwój naukowy, co się automatycznie przekłada na cięcia w budżecie kateringowym Uniwersytetu. Magowie, na wieść, że zamiast ośmiu gatunków sera, będą mieli do wyboru jeden, góra dwa, oraz że zamiast dziesięciu posiłków dziennie będą musieli ograniczyć się do trzech, niechętnie przystają na plan utworzenia drużyny piłkarskiej oraz rozegrania meczu.

Tymczasem w podziemiach Uniwersytetu pojawia się Nutt, zatrudniony tam w charakterze Ściekacza Świec. Jak wiadomo świece magów nie mogą wyglądać jak nowo nabyte w pierwszym lepszym dyskoncie z produktami do domu, tylko muszą odpowiednio ociekać woskiem. Stąd też właśnie etat Ściekacza, którego głównym zadaniem jest przemierzanie nieskończonych korytarzy Uniwersytetu i upewnianie się, że wszystkie kandelabry są pełne porządnie ściekniętych świec. Nutt jest orkiem. Bycie orkiem, według większości mieszkańców Ankh-Morpork, sprowadza się do atakowania ludzi oraz urywania im głów, w związku z czym Nutt ma dość ciężki start. Jednak Nutt jest orkiem szczególnym – po bardzo ciężkim dzieciństwie (którego zdecydowaną większość spędził przykuty do wielkiego kowadła) napotkał Lady Margolottę, która dała mu wszechstronne wykształcenie oraz sprawiła, że umysł Nutta był ostry niczym brzytwa. Nutt jest geniuszem, który za miskę strawy i kawałek siennika pracuje w możliwie najniższym miejscu hierarchii, niepokojony przez nikogo i nie wychodzący za bardzo poza mury Uniwersytetu. Dodatkowo ma niefortunne imię, i kilka razy zdarza się, że jakiś rozmówca Nutta, chcąc zasugerować, że Nutt jest niespełna rozumu, mówi coś w stylu Are you nut… I mean, are you insane or what?

Mamy też postać Trevora Likely, którego ojciec był największym piłkarzem w historii A-M, co polegało na tym, że udało mu się strzelić w życiu aż dwa gole. Był to wyczyn godny szacunku, ponieważ futbol w wersji Ankhmorporskiej był sportem nadzwyczaj brutalnym, a piłkarz, któremu jakimś cudem udało się strzelić gola, zazwyczaj ginął zatłuczony przez graczy z drużyny przeciwnej. Trevor ma dryg do piłki, jednak obiecał kiedyś swojej (już nieżyjącej) matce, że nigdy nie zagra, żeby nie narażać się na los swego ojca.

Mamy postać Glendy, genialnej kucharki, szefowej Nocnej Kuchni uniwersyteckiej, kobiety stojącej na ziemi twardo obiema nogami, wyznającej zasadę, że lepszy wróbel w garści niż dzięcioł na sęku. Nie próbuje szukać lepszego życia, praca w kuchni daje jej 100% satysfakcji – a przynajmniej tak się jej wydaje.

Mamy Juliet, typową pustą blondynkę, podwładną Glendy. Juliet jest tępa jak wór, ma za to nieprzeciętną urodę, dzięki czemu trafia jej się praca w charakterze modelki w krasnoludzkim salonie odzieży. Brak brody zupełnie jej w tym nie przeszkadza, chodzi bowiem z brodą doklejaną i wszystkim się to podoba.

Mamy genialnego Pepe, transwestytę, byłego rzezimieszka, wynalazcę damskiej zbroi krasnoludzkiej, która nie dość, że jest wykonana z maleńkich ogniw, które wcale nie obcierają co wrażliwszych miejsc (dzięki czemu można ją nosić w charakterze bielizny), to jeszcze po odpowiednich modyfikacjach okazuje się działać jak pancerz aktywny, dzięki czemu można ją stosować jako ubiór piłkarski – przynajmniej w przypadku tych graczy, którzy po zakończeniu kariery sportowej chcą jeszcze mieć dzieci.

Mamy Andy-ego. Andy jest postacią do cna złą i brutalną, postrach Trevora z lat dziecinnych, młodzieńczych i obecnych. Andy i jego banda są zupełnie bezkarni, wszyscy się ich boją i nikt ich nie lubi. Jakimś przedziwnym trafem to właśnie banda Andy-ego zostaje wybrana na drużynę, która ma grać przeciwko magom. Większość Ankh-Morpork zakłada, że magowie zostaną wdeptani w murawę zanim zdążą się dobrze rozgrzać.

Mamy – jakże by inaczej – Bibliotekarza, który dzięki dzikiemu refleksowi, małpiej zręczności oraz długim rękom sprawdza się idealnie w roli bramkarza.

Mamy profesora Macaronę z zaprzyjaźnionego uniwersytetu, który – chociaż nigdy dotychczas nie grał w nogę – okazuje się samorodnym talentem. Potrafi na boisku odryblować dziesiątkę graczy przeciwnika, strzelić gola z dowolnej odległości i ogólnie czuje się na murawie jak ryba w wodzie.

I mamy, jak to zwykle u Pratchetta bywa, dziesiątki pomniejszych postaci nadających całej opowieści barw, smaków i zapachów. Nie sposób ich tutaj wszystkich wymienić.

Książka ma kilka głównych wątków, oraz – jakże by inaczej – mnóstwo pobocznych.

Wątek Nutta – widzimy jak skromny, ale genialny ork odkrywa swoją wartość dla społeczeństwa. Jest tu trochę psychologii, trochę filozofii, trochę smutku (Nutt jest postacią niezmiernie poważną i ma kilka mrocznych tajemnic), ale przede wszystkim dużo zaskoczeń.

Motyw romantyczny: Trevor i Juliet mają się ku sobie (ale bez żadnego hanky-panky), podobnie zresztą jak Nutt i Glenda – chociaż akurat w tym drugim przypadku o żadnym hanky-panky nie może być nawet mowy, miłość ta jest czysto platoniczna i wysoce przeintelektualizowana. Szczególnie zabawny jest motyw, kiedy Trevor prosi Nutta, żeby ten pomógł mu napisać list miłosny do Juliet. Nutt jako osobnik wysoce wykształcony pisze wiersz, którego Trevor ni w ząb nie może pojąć, następnie wysyła go w kopercie do Juliet, która wiersza również nie rozumie, prosi więc Glendę, żeby jej go przeczytała i objaśniła. W ten oto sposób Nutt nieświadomie napisał wiersz miłosny do Glendy, o czym dowiaduje się dużo później.

Motyw Magów trenujących do meczu – tu jest mnóstwo śmiechu, jak zwykle w pobliżu magów. Próbują wraz z Nuttem opracować bardziej nowoczesne i mniej brutalne reguły gry. Pozostawiają jednak regułę numer 202, mówiącą, że jeżeli piłka wypadnie poza boisko, a następnie zniknie i nie uda się jej odnaleźć, dowolny inny przedmiot, który trafi na murawę i będzie kopnięty trzy razy, zostaje oficjalnie uznany za piłkę. Dzięki tej regule kiedyś dawno temu zdarzało się od czasu do czasu granie głową gracza, który miał nieszczęście strzelić bramkę.

Motyw Andy-ego i Trevora – Trevor jest prostolinijny, nie lubi się bić i boi się Andy-ego tak samo jak wszyscy inni. Andy natomiast jest brutalny, wulgarny i ma tylko jeden cel: zniszczyć lub przynajmniej solidnie znieważyć wszystko, co nie jest nim.

Motyw krasnoludzkich pokazów mody – Juliet, chociaż jest człowiekiem, robi furorę jako modelka odzieży krasnoludzkiej. Nikt nie wie, że to ta sama głupiutka blondynka, która na co dzień smaży zapiekanki w Nocnej Kuchni.

Motyw Vetinariego i Lady Margolotty – obydwoje w jakiś sposób mają się ku sobie, ale wyłącznie w sensie intelektualnym i duchowym. Lady chce uczłowieczyć wszystkie groźne rasy z Uberwaldu, Vetinari zaś jak zwykle żongluje szpiegami i donosicielami, żeby skutecznie kontrolować Ankh-Morpork. Jeden człowie – jeden głos, zwykł był mawiać, i to ja jestem tym człowiekiem, i to o mój głos chodzi.

Aha, w razie, gdyby komuś była za mało śmiechu i akcji, jest jeszcze motyw osobliwości, czyli małego kredensu z paroma szufladami, który potraktowany odpowiednio potrafi rozwinąć się na setki tysięcy szuflad, w kilkunastu wymiarach. W dodatku w niektórych szufladach można znaleźć różne rzeczy, które jednak trzeba odnieść na miejsce po upływie jakiegoś tam czasu (ośmiu godzin bodajże, nie pamiętam teraz), jeżeli się bowiem tego nie zrobi, te rzeczy i tak samoczynnie wrócą na miejsce, najkrótszą drogą. Najboleśniej przekonał się o tym jeden z magów, który zjadł kanapkę z Kredensu, i nie zdążył jej wydalić przed upływem ośmiu godzin. Rekonwalescencja jelita grubego przebiega pomyślnie. W Kredensie udaje się znaleźć porządną piłkę, taką dmuchaną. Myślak Stibbons wpada na pomysł skopiowania tej piłki oraz wyprodukowania większej liczby egzemplarzy, dzięki czemu możliwa będzie porządna gra.

No i oczywiście motyw Pepe, który przez całą powieść pojawia się tu i ówdzie sącząc coraz to mocniejsze alkohole, a na końcu, w epilogu, bije Andy-ego na kwaśne jabłko, i to do tego stopnia, że chłopak nie widzi przez zakrwawione oczy, po czym usłużnie podsuwa mu coś na złagodzenie bólu. Andy robi ten błąd i przykłada sobie do poranionych oczu połówki cytryny. Zło trzeba zwalczać złem, czasem inaczej się nie da 😉

Ogólnie akcja toczy się szybko, barwnie i nie ma nudy, jak to u Pratchetta. Bardzo, bardzo polecam (jeżeli nie znasz dobrze angielskiego, nic nie szkodzi, PWC zrobił doskonałe tłumaczenie na polski, również polecam).

Howgh!

A dziś zabrałem się za kolejną pozycję z serii ŚD: Thief of Time. Po kilku pierwszych stronach wiem już, że będzie bardzo, bardzo zabawnie. No i dobrze, Śmiech to zdrowie…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz