The Last Hero

Czytam sobie „The Last Hero” mojego ulubionego Pratchetta i ku swemu zdumieniu odkrywam coś, o czym mój dobry znajomy mówił mi kilka lat temu, a ja mu wtedy, głupi, nie wierzyłem: mianowicie to, że Pratchett w oryginale smakuje lepiej niż po tłumaczeniu na polski, i to nawet po tak genialnym tłumaczeniu jak to, co robi pan Piotr Cholewa, o którym już nie raz wspominałem, i pewnie jeszcze nie raz wspomnę, bo to mój blog i mogę sobie powtarzać te same informacje tak często jak będę miał ochotę, nikomu nic do tego.

A za rok na maturze z polskiego będzie trzeba zrobić rozbiór gramatyczny powyższego zdania 😉

Wracając jednak do meritum: przeczytałem dopiero może ze trzy czwarte powieści, a już mam bóle w przeponie. Zdarza mi się wręcz parskać śmiechem w porannym Luasie. Tej książki po prostu nie da się nie lubić!

Powieść ma dwa główne wątki, oraz mnóstwo wątków pobocznych, które zawsze wałęsają się wielkimi stadami w dziełach Wieszcza. Wątki główne to:

1. Cohen Barbarzyńca (czyli po naszemu Cohen The Barbarian, ewidentne nawiązanie do Conana Barbarzyńcy) i jego Srebrna Orda próbują dostać się na szczyt Cori Celesti, siedziby bogów, żeby oddać im to, co zostało im skradzione dawno temu. Czyli ogień. Dużo ognia, w postaci bardzo wybuchowej baryłki. Krótko mówiąc, Cohen chce rozpier… teges, rozwalić siedzibę bogów za to, że pozwolili mu się zestarzeć.

2. Magowie próbują przeszkodzić Cohenowi, wysyłając na Cori Celesti ekipę złożoną z Rincewinda, Marchewy i Leonarda z Quirmu (plus niespodzianki, uuk, uuk), a ponieważ muszą to zrobić szybko, jedynym sposobem jest lot kosmiczny wokół Dysku, dzięki czemu po nabraniu odpowiedniej prędkości mogą dotrzeć na Cori Celesti przed Cohenem i próbować go powstrzymać.

Obydwa wątki są prowadzone genialnie. Srebrna Horda to dziadkowie wszyscy dobrze już po osiemdziesiątce, którzy jednak dalecy są od tego, żeby umrzeć. Nawet głuchy Hamisz na swoim wózku inwalidzkim potrafi robić mieczem lepiej niż ktokolwiek inny, w związku z czym najeżona niebezpieczeństwami droga do siedziby bogów przypomina raczej swobodny spacerek przeplatany dialogami na temat właśnie co pozabijanych monstrów.

Z kolei statek kosmiczny zbudowany przez Leonarda ma napęd odrzutowy wykonany ze smoków, które w normalnych warunkach na ogół wybuchają przy lekkiej czkawce, tu jednak udało się tak dobrać im dietę, że zamiast eksplozji mamy kontrolowane burpnięcia i beknięcia (a także, o czym przekonujemy się kawałek później, o wiele bardziej wydajne pierdnięcia). Dzięki temu wyprawa, z przygodami, oblatuje Dysk od spodu, przy okazji dokonując szczegółowych obserwacji słoni i żółwia, na których cały ten świat się trzyma.

Jak zwykle jednak w serii o Dysku, nie fabuła jest tu najważniejsza, tylko gagi językowe. Czytanie książek Pratchetta kojarzy mi się trochę z pójściem na bardzo, bardzo długi kabareton, na którym nie ma przerw między gagami, nie ma zapowiadających, a wszystkie numery są z najwyższej półki i karetki nie nadążają z odwożeniem duszących się ze śmiechu widzów na OIOM.

Żeby nie być gołosłownym, poniżej zapodaję kilka cytatów. Jak ktoś nie zna angielskiego, niech sięgnie po tłumaczenie Cholewy (nie zawiedzie się, obiecuję).

OK, lecimy:

„The place where the story happened was a world on the back of four elephants perched on the shell of a giant turtle. That’s the advantage of space. It’s big enough to hold practically anything, and so, eventually, it does.
People think that it is strange to have a turtle ten thousand miles long and an elephant more than two thousand miles tall, which just shows that the human brain is ill-adapted for thinking and was probably originally designed for cooling the blood. It believes mere size is amazing.
There’s nothing amazing about size. Turtles are amazing, and elephants are quite astonishing. But the fact that there’s a big turtle is far less amazing than the fact that there is a turtle anywhere.”

O rysunkach Leonarda:

„This man was so absent-mindedly clever that he could paint pictures that didn’t just follow you around the room but went home with you and did the washing-up.”

Leonard dobiera sobie pomocników do budowy statku kosmicznego:

„Not craftsmen, my lord” he said. „I have no use for people who have learned the limits of the possible”

O umiejętnościach improwizacji Leonarda:

„Some people are confident because they are fools. Leonard had the look of someone who was confident because, so far, he’d never found reason not to be. He would step off a high building in the happy state of mind of someone who intended to deal with the problem of the ground when it presented itself.”

O efekcie motyla:

„The wizards were good at wind, weather being a matter not of force but of lepidoptery.”

Dialog Srebrnej Ordy o cywilizacji:

“It sucks all the life right out of you, civilisation.”
„It killed Old Vincent the Ripper,” said Boy Willie. „He choked to death on a concubine.”
There was no sound but the hiss of snow in the fire and a number of people thinking fast.
„I think you mean cucumber,” said the bard.
„That’s right, cucumber,” said Boy Willie. „I’ve never been good at them long words.”
„Very important difference in a salad situation.” said Cohen.

Dialog Srebrenej Ordy o bohaterze zdumiewająco podobnym do Prometeusza:

“It’s classical mythology, Cohen,” said the minstrel. „I thought everyone knew. He was chained to a rock for eternity and every day an eagle comes and pecks out his liver.”
„Is that true?”
„It’s mentioned in many of the classic texts.”
„I’m not much of a reader,” said Cohen. „Chained to a rock? For a first offence? He’s still there?”
„Eternity isn’t finished yet, Cohen.”
„He must’ve had a big liver!”
„It grows again every night, according to the legend,” said the minstrel.
„I wish my kidneys did,” said Cohen.”

Powyższe cytaty to zaledwie czubek góry lodowej. Naprawdę, bardzo, bardzo polecam „Ostatniego bohatera”. Najlepiej w wersji oryginalnej, ale jak ktoś się nie czuje z angielskim za mocno, tłumaczenie Cholewy też daje radę.

Tymczasem prawie północ, czas na sen.

Dobranoc.

 

Marcin Ciszewski: Wiatr

ciszewski-wiatrTrafiła mi się niedawno książka Marcina Ciszewskiego (tak, to ten od www.1939.com.pl) pod tytułem „Wiatr”. Jeżeli ktoś sądzi, że książka traktuje o gastrycznych przypadłościach dolnej końcówki przewodu pokarmowego, zawiedzie się srodze. Minipowieść „Wiatr” tytuł swój wzięła bowiem z prawdziwego, tatrzańskiego wiatru. Właśnie w Tatrach (a konkretnie na Kasprowym) rozgrywają się pierwszoplanowe sceny powieści. Grupka znajomych (tak na oko z 10-12 osób, nie chce mi się teraz dokładniej liczyć) wjeżdża kolejką linową na Kasprowy, żeby tam świętować Sylwestra. Duje, dmie i dmucha, sypie gęsty śnieg, warunki idealne żeby siąść na zadupiu w ciepłej, przytulnej stacji kolejki linowej, nachlać się, nażreć i zrobić te wszystkie głupie rzeczy, które się zazwyczaj robi przy okazji zmiany numeru roku na wyższy. Czytaj dalej Marcin Ciszewski: Wiatr

1939

1939complokladkaNie lubię literatury historycznej. No nie trawię, i koniec. Bierze się to zapewne z tego, że w domu rodzinnym miałem historyka-hobbystę w postaci dziadka, który próbował mi wbijać miłość do historii młotkiem. Efekt był zgoła przeciwny, znielubiłem naukę historii, lektury historyczne i ogólnie wszystko, co się wokół dawnych dziejów kręci. Czytaj dalej 1939