Mróz: „Chór zapomnianych głosów” – recenzja

Miarą zaje… znaczy, tego, fajności książki jest ilość wysiłku włożonego przez czytelnika w zorganizowanie sobie czasu na jej lekturę. Albowiem – niestety – dorosłość polega między innymi na tym, że ma się na wszystko mniej czasu.

Na „Chór…” Mroza znalazłem czas bez wahania 😉

Książka jest doskonałą odskocznią od wszystkiego, co do tej pory czytałem.

Jest inna.

**** SPOILER ALERT ***

Nie będę opowiadał szczegółowo całej akcji, bo nie o to chodzi w recenzjach. Ale powiem wystarczająco dużo, żeby zepsuć niespodziankę (która jest ważnym elementem fabuły) – a więc już tradycyjnie proszę Czytelnika, aby upewnił się, czy chce czytać tę recenzję, czy zamiast tego chciałby raczej przeczytać powieść.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jednak recenzję?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na pewno?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No dobra…

 

 

„Chór zapomnianych głosów” zaczyna się – całkiem jak u Hitchcocka – trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rośnie 😉

Główny bohater w pierwszych akapitach jest wybudzony awaryjnie z hibernacji – okazuje się, że przeżył tylko on i jeszcze jeden facet, resztę załogi coś wymordowało. I to wszystko wydarzyło się dosłownie chwilę temu – ostatni trup padł na przezroczystą osłonę komory hibernacyjnej dokładnie wtedy, kiedy główny bohater otwiera oczy z pięćdziesięcioletniego snu.

Z szybkich, urywanych dialogów dowiadujemy się, że ludzkości udało się powysyłać w kosmos kilkanaście (a może nawet -dziesiąt?) wypraw kolonizacyjnych, wszystkie w stronę potencjalnych Nowych Ziem. Dowiadujemy się też, że udało się jako tako opanować wojny i inne ruchawki na naszej staruszce Ziemi, że układ geopolityczny przeszedł rozległe i raczej pozytywne transformacje, wreszcie rozwiązano raz a dobrze kwestię religii, i to wszystkich za jednym razem.

Udało się również opanować technologię komunikacji nadświetlnej. Pojazdy kosmiczne poruszają się wprawdzie podświetlnie, ale tak zwane „ansible” rozmieszczone na ich pokładach umożliwiają wysyłanie i odbieranie wiadomości na dowolnie wielkie odległości (dziesiątki – setki lat świetlnych) w czasie pojedynczych minut.

Wracając jednak do fabuły głównej – nasi bohaterowie próbują ustalić co się właściwie wydarzyło. W pierwszej kolejności odkrywają, że trafili do innego układu gwiezdnego niż ten, do którego byli wysłani. Cała reszta załogi jest wymordowana w dość makabryczny sposób. Obydwaj najpierw podejrzewają siebie nawzajem, ale po kilku dniach dochodzą do wniosku, że jeden i drugi mieli już wystarczająco dużo okazji do wzajemnego pozabijania się, więc powstaje coś w rodzaju zaufania.

Udaje im się skontaktować z Ziemią, skąd dowiadują się, że co najmniej jeszcze jedną wyprawę spotkała podobna „przygoda”. Ziemia przymierza się do wysłania wyprawy ratunkowej, która dotrze do naszej dwójki za pięćdziesiąt lat. Hibernują się więc i „chwilę” potem się budzą, w towarzystwie wyprawy ratunkowej z Ziemi, która właśnie dotarła.

Dalej mamy już coraz gęściej: wskutek szeregu dziwnych wydarzeń podróżnicy po raz kolejny docierają do zupełnie innego układu planetarnego niż ten, na który były nastawione komputery pokładowe.

Na powierzchni lokalnej planety znajdują się – zasypane piachem i pyłem – jakieś prastare budowle. Udaje się do jednej z nich wejść. W środku znajdują się jakieś dziwne posągi, a także czternaście końcówek tuneli czasoprzestrzennych.

I tu zaczyna się Dziać!

Autor wprowadza całkiem spore (acz doskonale kontrolowane) zamieszanie, mamy podróże w czasie (w obie strony, na ogromne odległości!), mamy sporo teorii dotyczących przestrzeni w wyższych wymiarach, mamy różnych Obcych, których motywy są bliżej niezbadane. Mamy tajemniczą organiczną „muszlę”, która założona na twarz „wrasta” w nią zmieniając nosiciela w coś… innego. I tak dalej i tym podobne.

Wszystko bardzo sprawnie opisane, nie ma ani chwili nudy. Kwestie fantastyczne (na przykład rozwiązanie paradoksu dziadka czy alternatywne rzeczywistości) autor podaje nam przyprawione solidną dawką teorii. Opowiada o promieniowaniu Czerenkowa, o czasoprzestrzeni Minkowskiego, a wszystko wplecione w dynamiczne dialogi i błyskawicznie zmieniającą się sytuację.

Końcówka… jest odrobinę przewidywalna. Miałem cichą nadzieję na jakąś większą „przewrotkę” narracyjną (zwłaszcza po lekturze kilku recenzji powieści), ale przynajmniej wyjaśnia się tytuł książki. No i pozostało mnóstwo niepodomykanych wątków, które być może Autor kiedyś zechce wykorzystać jako furtki do kolejnych tomów.

Książkę czyta się błyskawicznie; nie znalazłem żadnych grubszych niedociągnięć (o które bardzo łatwo przy pisaniu książki o podróżach w czasie), jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji (postać ewidentnie zła okazuje się być dobrą, po czym jednak okazuje się zła, ale pod koniec wychodzi na to, że jednak nie…), bohaterowie powoli rozgryzają o co w tym wszystkim chodzi – i to też jest ogromną niespodzianką dla czytelnika.

Bardzo podoba mi się również sposób, w jaki w książce potraktowano opisy technologii: zamiast szczegółowo wgryzać się w budowę i zasady działania różnych urządzeń, autor mówi nam tylko tyle ile w danym momencie trzeba wiedzieć. Dzięki temu nie mamy tu rozwlekłych opisów (jak w „Marsjaninie” na ten przykład). Czytelnik po prostu Wie, że dana technologia Działa – i koniec. Dzięki temu od początku do końca jest samo gęste.

Zwolennikom dobrej SF „Chór zapomnianych głosów” zdecydowanie polecam.

Dodaj komentarz

12 komentarzy do "Mróz: „Chór zapomnianych głosów” – recenzja"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rzast
Gość

Ech.. kolejna pozycja do przeczytania „jak znajdę czas”..

Rzast
Gość

Dobra, znalazłem czas. Ba, już przeczytałem… Którą książkę p. Mroza polecasz jeszcze?

Rzast
Gość

No i wpadłem w Remigiusza – 1/4 z „Zaginięcie”