Słonik po chińsku

W Lemon Tree nie byliśmy już dość dawno. Jednakowoż ostatnio nadarzyła się okazja, odwiedziła nas znajoma, która chińskie żarcie może wtranżalać w dowolnych ilościach – zebraliśmy się więc jednego popołudnia i w zorganizowanym szyku udaliśmy się na z góry upatrzone pozycje. Czyli do Blessington.

O wypadach do knajp czyta się na ogół nudno. No bo w końcu o czym tu można pisać? O potrawach? O cenach? Opisywać wnętrze knajpy? Bez sensu.

Tym razem jednak mam dwa motywy całkiem nietypowe, które spowodują, że ten wpis powinien przywołać uśmiech na sennych zazwyczaj twarzach Czytelników.

O ile ktoś w ogóle dotrze do tego śmiesznego kawałka, bo na razie to wieje nudą…

No dobra.

Po starterach przyszła kolej na dania główne. Czarne jak smoła ceramiczne michy z bulgoczącym jeszcze z gorąca sosem wylądowały na stole, kusząc zapachami przypraw, bukietów warzyw i parujących mięs różnych rodzajów. Młody, lekko skośny kelner (widzieliśmy go tam po raz pierwszy) z dumą porozstawiał wszystko na swoich miejscach. Zabrał też stare nakrycia (te po starterach) i rozdał nowe, większe, czyste talerze i sztućce.

Z tym, że gdzieś mu się tam algorytm liczący talerze musiał na chwilę zawiesić, bo zamiast pięciu talerzy podał tylko cztery. Szczęśliwcem, na którego trafił pusty kawałek stołu, zostałem ja. Myślałem, że to chwilowa sytuacja i że po prostu kelnerowi skończyły się ręce. Pewnie zaraz doniesie ten piąty talerz. Ale minuty zamieniły się w kwadranse, reszta ekipy dotarła już do połowy zawartości swoich mich, a ja czym bardziej patrzyłem w miejsce, w którym powinien stać mój talerz, tym bardziej go tam nie było.

Hm.

Podjąłem próbę nawiązania kontaktu wzrokowego z kelnerem, niestety dzień był akurat bardzo zajęty i cała ich trójka uwijała się jak w ukropie przy innych stołach, obsługując po drodze stale rosnącą kolejkę odbiorców dań zamawianych telefonicznie na wynos. Do tego jeszcze inny gość od czasu do czasu pojawiał się i odbierał zamówienia z dostawą do domu. Restauracja działała na pełnych obrotach, niczym dobrze naoliwiona maszyna z mnóstwem zębatek.

No ale moja zębatka jakoś nie chciała zaskoczyć. Skubałem sobie pomalutku frytki, marząc o talerzu.

Hm.

Na szczęście w pewnej chwili kelner wreszcie podszedł do naszego stolika, z tradycyjnym pytaniem, czy wszystko jest w porządku.

– Is there everything ok, guys?

– Yep, everything is perfect.

Kelner uśmiechnął się i już rozpoczął obrót na pięcie w celu udania się do kolejnego stolika, kiedy dodałem niewinne:

– Although I have a small question, sir. It’s quite unusual but maybe you’ll be able to help me here.

Na dźwięk kombinacji słów „unusual” oraz „help” przez twarz kelnera przebiegła filharmonia… nie, wróć, symfonia drgnięć mięśni, od niechętnego zaskoczenia, poprzez dobrze zamaskowany niepokój aż po lekko wymuszony acz całkiem sprawnie wykonany uśmiech.

– Yes?

– Well, would it be possible to get a… a plate?

– Sorry, a what?

– A plate. You know, this round, white thingy for the food.

– Oh. Just a second.

Gdyby w okolicy przeprowadzano właśnie konkurs na jak najszybsze dotarcie do szafki z zastawą, nasz kelner prawdopodobnie wylądowałby na podium. Wrócił z talerzem w rekordowym czasie, z miną lekko zbitego psiaka.

Do końca naszej wizyty kelner zerkał w stronę naszego stolika częściej, niż dotychczas. Potem nawet jeszcze raz podszedł, zapytał, czy wszystko w porządku, dyskretnie bardzo przeprosił mnie za ten nieszczęsny talerz. Widać było, że się przejął tematem.

Innym, równie zabawnym motywem owego wypadu do Drzewka Cytrynowego, chociaż może nie dla wszystkich (humor jest kapryśnym zwierzęciem i nie każdego bawi celnie podrzucona skórka od banana), była dyskusja, która wywiązała się przy deserach.

Jak wiadomo, Polacy na emigracji często zaczynają mieszać języki. My staramy się tego w miarę możliwości unikać, ale czasem jednak się wtrąci takie czy inne słówko. Na samym początku takie zachowanie wydawało nam się strasznie pretensjonalne, jakby na siłę wciskać anglicyzmy, żeby się pokazać, że się zna język. Ale prawda jest taka, że jak się tu mieszka ileś tam lat, to się tymi słówkami nasiąka i po prostu czasem się zdarzy coś wmiksować – i nikogo to jakoś nie razi. Mieszanie polskiej gramatyki z angielskimi słówkami też „jakoś” się przytrafia i jest to całkiem normalne.

Gałka lodów to w lokalnym narzeczu „a scoop”.

Zamówiliśmy dwa słoniki z lodami wanilinowymi (słonik polega na tym, że do plastikowej zabawki w kształcie niedużego słonia wkłada się porcję lodów – słoniowi odkręca się potem tułów, a z pozostałej części zadnio-nożnej zjada się lody) oraz dwie porcje lodów różnokolorowych po trzy gałki.

No i nawiązał się taki oto fragment rozmowy:

– Spróbuj ze słonika

– No nawet niezłe. Ale wolę te moje scoopy.

Z czworga gardeł sekundę później wydobył się szczery, głośny rechot. Lody scoopy prawdopodobnie trafią do naszego rodzinnego słownika na dłużej…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Słonik po chińsku"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
5000lib
Gość

ależ mi narobiłeś smaku!

wpDiscuz