Skok

Opowiadanie jest luźną kontynuacją „Planu idealnego”, do poczytania tutaj.

***

Z góry wszystko wyglądało inaczej. Miasto przypominało wielkie mrowisko. Ludzkie robotnice maszerowały w różne strony w uporządkowanym chaosie. Kopce wieżowców większych korporacji wyrastały z kłębowisk zakorkowanych aut, przypominających z tej perspektywy wielkie trutnie. Kokony wind przewoziły tysiące owadów do ich docelowych biurek. Masa ludzka bez końca wypełzała z podmiejskich kopczyków mieszkalnych i mrowiła się na wjazdach na główne arterie transportowe.

Z wysokości czterdziestego piętra South Station Tower nie było słychać ani klaksonów, ani głośnych przekleństw rzucanych donikąd przez rozdrażnionych korkami kierowców. Widać było tylko powolny, nieustający taniec mrówek.

Simon postanowił skoczyć wczesnym przedpołudniem, na świeży umysł, bez całego tego balastu dnia powszedniego. Balansował na parapecie okna, na czterdziestym piętrze najwyższego biurowca w okolicy, i rozmyślał o ludzkich mrówkach. Ustawił się na zawietrznej, żeby mieć pewność. Silny na tej wysokości wiatr mógłby go złośliwie zwiać na któreś z niższych pięter. Simon nie chciał ryzykować.

Pożegnał się tylko z Alicją. Nie miał więcej rodziny, w każdym razie nie takiej, która byłaby zainteresowana jego śmiercią w kontekście innym niż ewentualna forsa z ubezpieczalni.

Rano wysłał siostrze jedną, jedyną wiadomość tekstową.

Odchylił się na zewnątrz, trzymając się jedną ręką białej, plastikowej framugi. Uśmiechał się lekko, jakby chciał pokazać wszystkim nieistniejącym bóstwom, że poznał się na dowcipie. Wciąż uśmiechając się przykucnął, a następnie zwolnił uchwyt, prostując jednocześnie nogi. Skoczył pod lekkim skosem, dla pewności, żeby spadając nie zahaczyć o pionową ścianę.

A więc to już. Dokonało się. Nie ma odwrotu.

Strzał adrenaliny był jak uderzenie obuchem. Simon spodziewał się tego. Spędził kilka dni przygotowując się do skoku – wiedział, że większość skoczków tuż przed uderzeniem w ziemię i tak jest w stanie przedagonalnym z powodu zawału lub udaru. Wiedział również, że jego ciało, ludzkie zwierzę, będzie reagować w sposób skrajnie nieprzewidywalny. Mało go to jednak obchodziło. Nie było odwrotu, świst w uszach zagłuszał jego własny krzyk, a okna zlały się w jednolitą ścianę, całkiem jak słupy trakcji kolejowej, kiedy patrzeć na nie z okna pędzącego ekspresu.

* * *

Kawiarnia na trzecim piętrze Prudential Center przeżywała oblężenie. Każdego ranka setki biznesmenów, klikaczy i biurw przychodziły tutaj, żeby wypić swoją poranną pobudkę. Serwowano standardowy zestaw kaw, ceny też nie były specjalnie atrakcyjne, właściwie trudno powiedzieć czemu akurat ta kawiarnia cieszyła się największym powodzeniem.

Steven nigdy nie przepadał za tłumami. Przez siedem lat swojej kariery w lokalnym biurze Hytronix odwiedził kawiarnię na trzecim piętrze może ze trzy razy. Wolał oklepanego Starbucksa na parterze po drugiej stronie budynku. Co prawda trzeba było prawie dziesięciu minut, żeby tam dotrzeć, jednak mógł sobie na to pozwolić. Hytronix nie liczyło swoim pracownikom sekund czasu pracy, dzięki czemu codzienny poranny spacer do Starbucksa w żaden sposób nie kolidował z rozkładem dnia.

Alicję poznał przypadkiem. Któregoś czwartkowego poranka wyszedł, jak co dzień, z windy na parterze i właśnie mijał trajkoczącą grupkę biurw, kiedy jedna z dziewczyn, odwracając się, niechcący wylała na jego prążkowany garnitur pół kubka gorącej macchiato. Historia potoczyła się potem całkiem jak w tanim romansidle: najpierw krzyk (kawa była naprawdę gorąca), potem niezręczne przeprosiny i próba wytarcia garnituru wyciągniętą z kieszeni chusteczką do nosa (efekt był zgoła odwrotny do zamierzonego: większość kawy wsiąkła w tkaninę i nijak nie dało się tego potem doczyścić). Po trzech dniach wylądowali w łóżku, a po pół roku zaczęło być jasne, że to nie jest kolejny przelotny romans. Dwa lata po wypadku z kawą Steve oświadczył się (ubrał na tę okazję ten sam garnitur, lekko wyświechtany, z wyblakłą plamą od kawy po prawej stronie). Teraz, po siedmiu latach, mieli dwójkę dzieci i psa, a także całkiem nieźle ułożone życie.

Aż do dziś.

***

Alicja wpatrywała się w ekranik telefonu ze zdumieniem. W sekundę potem dotarło do niej, że to nie jest głupi żart. Świat w jednej chwili skurczył się do tego jednego SMS-a. Pomacała wolną ręką powietrze wokół i – nie znalazłszy oparcia – klapnęła ciężko na podłogę.

czesc siostrzyczko

Simon zawsze zwracał się do niej zdrobniale. Jako małą dziewczynkę strasznie ją to denerwowało. Potem przywykła, a teraz nagle dotarło do niej, że poza Simonem już nikt nigdy się tak do niej nie odezwie. Gardło Alicji zamieniło się w gulę wielkości piłki lekarskiej.

czesc siostrzyczko. dziekuje za wszystko i przepraszam ze tak wyszlo. zadbalem o testament, wreszcie sie na cos przydam. zegnaj.

Przeczytała wiadomość ze trzy razy, próbując znaleźć cokolwiek wskazującego na to, że Simon żartuje. Chwilę potem, jeszcze z mroczkami przed oczyma, wybrała numer brata.

– Cześć. Tu Simon. Wyłączyłem telefon. Proszę zostawić sygnał po usłyszeniu wiadomości.

Szlag. Rozłączyła się i zadzwoniła do męża.

***

Steven miał stoickie podejście do korków. Zdawał sobie sprawę, że są one nierozerwalnym elementem życia w mieście. Czytał gdzieś niedawno o tym, że gdyby wszyscy bardziej skupili się na płynnej jeździe, korki dałoby się zredukować o jakieś dziesięć, może piętnaście procent. Ale cudów nie ma. Można eksperymentować ze światłami, można dokładać kolejne pasy ruchu na obwodnicy, jednak prędzej czy później i tak wygra teoria przepływów. Nie da się w czasie dwóch godzin przepchnąć osiemdziesięciu pięciu tysięcy aut z obrzeży miasta do centrum. Dlatego zamiast kląć i się wściekać, zamiast próbować agresywnie wywalczyć dodatkowe pół metra ryzykowną zmianą pasów, Steven przełączał się w tryb kapusty, wrzucał w odtwarzacz jakąś medytacyjną mantrę albo swojego ulubionego Debussy’ego i drzemał na jawie. Dzięki temu docierał do biura w znacznie lepszym nastroju niż większość kolegów.

Dziś jednak – o czym miał się dowiedzieć za chwilę – nie dane mu było dotrzeć do pracy. Dopiero co minął skrzyżowanie Blue Hill z Dziewięćdziesiątą Trzecią, a więc miał przed sobą jeszcze całe intermezzo na wiolonczelę i pewnie jeszcze spory kawałek tercetu fortepianowego G-dur zanim będzie mógł zawinąć na podziemny parking Hytronix.

Z trybu kapusty wyrwał go dźwięk telefonu.

– Cześć kochanie. Wstałaś już?
– Steve, dostałam przed chwilą wiadomość od Simona.
– O, co tam u braciszka? Dawno się nie odzywał.
– Napisał mi, że chce się zabić.
– Słucham??
– Pisze mi coś o testamencie, żegna się… Co ja mam zrobić? Co jest grane? Ja nawet nie wiem gdzie on teraz jest może już go nie ma taki był zawsze spokojny co ja mam…
– Spokojnie. Usiądź gdzieś.
– Siedzę, do cholery. Steve, co możemy zrobić? Co się dzieje?
– Weź telefon i przeczytaj mi dokładnie, słowo w słowo, co napisał.

***

Poprosił ją potem jeszcze trzy razy żeby dokładnie przeczytała mu całą wiadomość. Pytał o interpunkcję, o literówki, o podwójne spacje, wielkie litery i bóg wie co jeszcze, jakby nie wiadomo co miało od tego zależeć. Alicja, świadoma uciekającego czasu, w pewnym momencie wybuchła i nawrzeszczała na męża, żeby coś zrobił do jasnej cholery, a nie kazał jej tego czytać w kółko. Odpowiedział jej, żeby została w domu i czekała na jego telefon. I że ma jakiś pomysł, tylko musi zadzwonić w parę miejsc. I jeszcze, żeby się nie zamartwiała, bo to nie jej wina.

Potem się rozłączył.

Alicja stała w oknie ich mieszkania i patrzyła na ludzkie mrowisko. W przeciwieństwie do Simona, jej wyobraźnia nie podsuwała żadnych owadzich skojarzeń. Dla niej Boston to było po prostu miasto. Miasto, które chce zabić jej jedynego brata.

***

– Hytronix, słucham.
– Cześć Stella. Połącz mnie z PJ-em, pilnie.

Stella była recepcjonistką w bostońskim biurze Hytronix. Steven wpadł jej w oko już jakiś czas temu, ale trzymała gębę na kłódkę. Dawniej bawiło ją testowanie wytrzymałości więzów przysięgi małżeńskiej; podrywanie cudzych mężów było jej ulubionym hobby przez kilka ładnych lat. Potem jej przeszło z dnia na dzień, po pewnej bardzo niemiłej przygodzie w Pasadenie. To było kilka miesięcy wcześniej, jeszcze zanim zaproponowali jej tę posadę w Hytronix. Tak więc Stella miała już dość miłostek, niemniej jednak nic nie potrafiła poradzić na to, że na jego widok za każdym razem trochę jej rosło ciśnienie tętnicze. Steven niczego nie zauważył i Stella uznała, że tak będzie najlepiej.

– Steve?
– Tak, Steve.
– Sekunda… nie, jeszcze nie ma go w biurze. Może uda mi się go złapać w aucie, poczekaj moment.
– Rób co musisz, tylko szybko, sprawa jest pilna.
– Jak się człowiek spieszy to się…
– Stella, PROSZĘ.
– Dobrze już, dobrze. Mam go. Już przełączam, sztywniaku jeden.
– Dzięki.

Klik.

– Halo?
– Cześć PJ. Steven Kirby z tej strony. Masz chwilę?
– Stoję w korku. Zgadnij.
– Pamiętasz tą babkę od federalnych, z którą ostatnio podpisywaliśmy umowę na dostawy tego nowego Nano? Jak ona miała, Stetter? Stutter?
– No jasne że pamiętam, Carla Stettler. Czemu pytasz?
– Masz do niej jakieś namiary?
– A co, wpadła ci w oko? Coś się kroi?
– Wyluzuj. Dzwonię z poważną sprawą, czas mi ucieka, muszę jak najszybciej się z nią skontaktować. Ktoś za chwilę może umrzeć, a ja próbuję temu zapobiec.
– Ciągle ktoś gdzieś umiera. To są tajne dane, a ty nie byłeś włączony do tego projektu. Przykro mi.
– PJ, chodzi o mojego

Piip… piip… piip…

– … szwagra.

Szlag!

Steve wziął kilka głębokich wdechów i spróbował uspokoić umysł. Nerwami niczego nie zdziała. Ten gnój PJ bezczelnie wykorzystał swoją pozycję i spławił go bez mrugnięcia okiem. Mógł lepiej rozegrać tą rozmowę. Srał go pies, trzeba będzie do nich dotrzeć jakimś innym kanałem. Najlepiej teraz, zaraz.

W tym momencie nadeszło połączenie z firmy. Steven przygotował się na najgorsze – pewnie ten drań już go podkablował do Sztywnych i będą go teraz indagować. Próba wyłudzenia danych klienta, blablabla… W najlepszym razie dostanie po premii. A w najgorszym, lepiej nie myśleć. Poirytowany odebrał połączenie.

– Czego?
– Hej, a może by tak trochę kultury?
– Stella?
– Nie, święta Brygida. A może powinnam powiedzieć: wścibska Brygida? W każdym razie jakoś tak mi się usłyszało waszą rozmowę z PJ-em, za późno się rozłączyłam.
– Się usłyszało, powiadasz… Wiesz, że to jest nielegalne?
– Mam namiary na tą całą Stettler. Chcesz?
– Z nieba mi spadasz. Już notuję.

***

Carla Stettler dołączyła do federalnych kilkanaście lat temu, po słynnej akcji z rabusiem-terrorystą, w czasie której pół Bostonu o mało nie wyleciało w powietrze, a w której Carla wzięła udział przez przypadek, ponieważ jej przełożony borykał się właśnie z hemoroidami. Gdyby nie szybkie decyzje Carli, a także pomoc pewnego Rosjanina, który eksperymentował z wczesnymi wersjami Nano, Simon nie miałby dziś skąd skakać. South Station Tower byłaby tylko wspomnieniem, podobnie jak całe centrum Bostonu.

Carla działała wtedy całkiem po omacku i tylko ślepy traf uratował tamtego dnia miasto przed zagładą. Media jednak uznały, że to Carla uratowała Boston, a federalni zatrudnili ją jako szefową nowo powstałej komórki do spraw nanotechnologii.

***

Wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej gdyby Carla nie pokłóciła się dwa dni wcześniej z Sivą, szefem ekipy programistów. Siva miał jakąś tam mglistą świadomość istnienia takich pojęć jak „koszty”, budżet”, „opłacalność” czy „sponsor”, jednak nigdy nie przywiązywał do nich większej wagi. Jego filozofia była prosta: oczekiwano od niego, że będzie najlepszy (i był! cholera, w całych Stanach nie było lepiej zgranego zespołu programistów), a więc potrzebował najlepszego sprzętu i ludzi.

Federalni od zawsze dysponowali technologiami niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników, jednak właśnie zbliżały się wybory do Kongresu i Góra dość skąpo wydzielała mamonę podatników. Gdyby więc Siva twardo nie postawił na swoim, deal z Hytronix nigdy nie doszedłby do skutku. Drobny Pakistańczyk jednak nie był w ciemię bity i obszedł Carlę, kontaktując się bezpośrednio z jej przełożonymi dwa piętra wyżej. Naświetlił sprawę w taki sposób, że Carli potem odbijało się czkawką jeszcze z pół roku.

Sytuacja na chwilę obecną wyglądała więc tak, że Carla, nieco wbrew własnej woli, jednak z pełnym poparciem Góry, podpisała w imieniu Firmy deal na dostawę nowej wersji Nano. Hytronix specjalizowali się w Nano od kilku lat – do tej pory działali bez pudła i tym razem również zapowiadało się, że nie będzie żadnych niespodzianek.

Co prawda koszty każdej kolejnej wersji były gigantyczne (nawet jak na możliwości Firmy), jednak Góra upodobała sobie tę technologię i – pomimo konieczności cięcia innych budżetów – chętnie płacili.

***

Nano oficjalnie było w powijakach; istniało wyłącznie w laboratoriach jajogłowych. Oczywiście, opinia publiczna od czasu do czasu płonęła pożogą dyskusji na temat nanopotworów trzymanych w nanoskrzyniach, mogących w każdej chwili wyrwać się spod kontroli i pochłonąć cały świat. Większość tych mitów istniała głównie dzięki kilku wielkim produkcjom kinowym, w których fachowcy od efektów specjalnych przekształcali wielomilionowe budżety w niezliczone krwawe sceny. Złe nanotechnologie walczyły ku uciesze widza z dobrymi. Żaden z tych filmów nie zbliżył się zanadto do prawdy, ale przecież chodziło głównie o rozrywkę. Wytwórnie zarabiały krocie na produkcjach, a kina na całym świecie dokładały nieśmiertelną marżę w postaci popcornu i niezdrowych napojów. Maszynka z pieniędzmi się kręciła i wszyscy byli zadowoleni.

Prawda była, jak to zwykle bywa, dużo bardziej prozaiczna. Technologia Nano faktycznie istniała, jednak daleko jej było do autonomii. Owszem, z punktu widzenia niczego nieświadomego zjadacza chleba efekty działania Nano sprawiały wrażenie cudów, podobnie jak cudowne wydawać by się mogły koparki w starożytnym Egipcie, telefony komórkowe w czasach Newtona albo współczesne algorytmy eksploracji wiedzy w dziewiętnastym wieku. Nano potrafiło „zniknąć” obiekt poprzez „zasłonięcie” go trójwymiarowym tłem bądź faktyczne rozproszenie go na pojedyncze molekuły w czasie paru nanosekund. Podobnie koparka mogła zniszczyć akwedukt, a telefon komórkowy pomóc w skoordynowaniu ataku terrorystycznego. Nano mogło efektywnie odzyskiwać energię w zasadzie z każdego dostępnego źródła, a następnie w mgnieniu oka zgromadzić ją w innym miejscu, powodując zniszczenie budynku albo podgrzanie pizzy. Technicznie rzecz biorąc Nano to nic innego jak rozproszona sieć komputerowa, z jedną zasadniczą różnicą: węzłami tej sieci były kilkuatomowe cząstki przechowujące i wymieniające informację w sposób kwantowy.

Nano wymagało złożonego zaplecza decyzyjno-teleinformatycznego, zdolnego przetworzyć eksabajty danych z minimalnymi opóźnieniami. Co prawda owe eksabajty nie musiały być składowane przez okres dłuższy niż kilka milisekund (na dłużej zachowywano jedynie agregaty, jak potocznie określano wówczas dane analityczne), jednak i to wymagało niewyobrażalnie wydajnych technik gromadzenia, przetwarzania i składowania danych. Tym bardziej, że opóźnienia generowane przez pozostające w stanie superpozycji węzły Roju były równe zero; tryliony węzłów generowały drobne porcje danych w tym samym momencie; węzły odpowiedzialne za transmisję po stronie Kontrolera (który był niczym innym jak potężną farmą tradycyjnych serwerów z kwantowymi bramkami komunikacyjnymi) oraz jej wstępną konwersję do postaci cyfrowej pozostawały w stanie superpozycji z resztą Roju, dzięki czemu jakiekolwiek opóźnienia w całym procesie powstawały dopiero w warstwie Kontrolera. Rój sam w sobie nie miał żadnych opóźnień komunikacyjnych; wszystkie węzły miały w każdej chwili natychmiastowy dostęp do informacji o całym Roju, niezależnie od jego fizycznej wielkości czy liczebności.

Jak często bywa z większością nowoczesnych urządzeń, także i tutaj największym problemem była nie sama technologia, tylko sposób sposób w jaki komunikowała się ona z człowiekiem. Przyrównać to można do układu sterującego autem: jest kierownica, drążek zmiany biegów i przełącznik spryskiwacza szyb, dzięki czemu niedoskonały i ułomny człowiek jest w stanie wydajnie „komunikować” się z samochodem, prowadząc go od punktu A do punktu B za pomocą łatwych, ergonomicznych „poleceń” (wciśnij pedał gazu, obróć kierownicę itd). Albo archaiczny pilot do telewizora: naciśnięcie pojedynczego klawisza powodowało precyzyjny przepływ rozmaitych sygnałów przez mnóstwo różnych miejsc, dzięki czemu znudzony widz mógł w intuicyjny sposób przełączyć odbiornik z kanału o rozmnażaniu się delfinów na wiadomości albo jakąś krwawą jatkę (zazwyczaj było to jedno i to samo).

W przypadku komunikacji z Rojem kwestią kluczową było uzyskanie odpowiednio wysokiego poziomu abstrakcji. Pojedynczy węzeł Roju, podobnie do mrówki albo pszczoły, mógł bardzo niewiele. Potrafił przyjąć polecenie przemieszczenia się o zadaną ilość angstremów (co wymagało, rzecz jasna, wydatkowania energii), potrafił zgromadzić kilka kwantów energii, przekazać energię innemu węzłowi bądź nawiązać komunikację z innymi węzłami. Ze względu na ilość węzłów, która nawet w niewielkim Roju szła w tryliony, tradycyjne formy komunikacji sieciowej zawodziły i trzeba było wynaleźć całkiem nowe protokoły i algorytmy, dające się zaimplementować w czymś tak nieskomplikowanym jak mała kupka atomów. Kiedy wreszcie udało się pokonać wszystkie bariery (skalowalność, opłacalność energetyczną, odporność na błędy i zakłócenia), można było wreszcie opracować interfejs komunikacyjny umożliwiający coś więcej niż prosta eksplozja (którą wojskowi byli zachwyceni od samego początku) czy zneutralizowanie dowolnego źródła energii. Nano otrzymało interfejs użytkownika oraz ciągle rosnącą listę wysokopoziomowych komend.

Ostatnia wersja miała być pod tym względem przełomowa. Miała umożliwiać nawiązanie kontaktu z Kontrolerem oraz sterowanie Rojem za pomocą poleceń głosowych. W założeniu miało to wyeliminować czynnik ludzki w postaci wykwalifikowanego operatora pośredniczącego w komunikacji między decydentem a Rojem i umożliwić decydentowi kontakt bezpośredni. Największym zagrożeniem był tu – jak zawsze – czynnik ludzki, ponieważ bez wykwalifikowanego operatora oraz bez dogłębnej znajomości zasad sterowania Rojem, decydent mógł sprawić, że Rój zacznie zachowywać się w sposób całkowicie nieprzewidywalny. Coś jakby posadzić kierowcę Malucha z trzyletnim stażem za sterami stutonowego żurawia budowlanego. W związku z tym aktualna wersja oprogramowania wprawdzie umożliwiała komunikację bezpośrednią (i to dwustronną!), jednak operator był w stanie obserwować sytuację i w dowolnej chwili włączyć się do procesu, dokonując niezbędnych korekt bądź nawet całkowicie przejmując kontrolę nad Rojem. Było to rzecz jasna obwarowane niezliczonymi regulaminami i przepisami, pozostawiało jednak brzytwę, której mógł się chwycić tonący decydent w razie gdyby sprawy zaczęły iść w złą stronę.

Tak czy siak, Hytronix nie sprzedałby tej nowej wersji federalnym gdyby nie różnica poglądów między Carlą, próbującą bronić budżetu swojego wydziału, a Sivą, dążącym wciąż do perfekcji bez względu na koszty. Siva wygrał i nowa wersja do sterowania Nano była właśnie instalowana na serwerach Firmy.

***

– Carla Stettler, słucham.
Carla już dawno nauczyła się odbierać połączenia z nieznanych numerów z dużą dozą ostrożności. Na jej stanowisku dzwoniący dzielili się na dwie główne grupy: koledzy z pracy oraz wścibscy przedstawiciele mediów, próbujący wyciągnąć jakiekolwiek strzępki informacji o pracy jej wydziału. Carla przyzwyczaiła się do tego, że hieny z prasy i telewizji chwycą się każdego podstępu, byleby tylko zdobyć jakikolwiek okruch informacji.
– Dzień dobry, nazywam się Steven Kirby. Jestem pracownikiem Hytronix. Chciałbym z panią porozmawiać.
– Dzień dobry. Proszę chwilę zaczekać.

Carla z racji piastowanego stanowiska miała pełny dostęp do wszystkich danych swojego wydziału, a także rozległe uprawnienia dostępowe do innych systemów Biura. Wśród nich była również na bieżąco aktualizowana baza danych o wszystkich obywatelach USA, a także większości innych krajów świata. Część z nich była utajniona do tego stopnia, że nawet wysoko postawieni oficjele Biura nie wiedzieli o ich istnieniu. Nano jednak rządziło się własnymi prawami i Carla mogła błyskawicznie zweryfikować tożsamość w zasadzie dowolnego człowieka.

– Steven, możesz mi proszę powiedzieć kiedy zdechła twoja pierwsza świnka morska?
– To nie była świnka morska tylko koszatniczka. Wiosna 2047.

Mogła go jeszcze zapytać o sto innych rzeczy, ale miała wiele lat doświadczenia zarówno w policji jak i w Biurze, i umiała wywąchać kombinatora na milę. Ten człowiek mówił prawdę.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Steven?
– Dzwonię z prośbą o pomoc.
– Domyślam się, że chodzi o coś dużego. W przeciwnym razie dzwoniłbyś na 997, prawda?
– Zgadza się. Jesteś jedyną osobą zdolną mi pomóc w krótkim czasie, a obawiam się, że czasu mamy bardzo niewiele. Może godziny, może minuty.
– Proszę, nie dramatyzuj. Próbujesz coś ugrać dla siebie czy dzwonisz oficjalnie w imieniu swojego pracodawcy?
– Chodzi o prywatną sprawę.
– Dlaczego miałabym ci pomóc?
– Nie musisz. Po prostu nie mam innych pomysłów. Nawiasem mówiąc ten numer telefonu zdobyłem w sposób nie do końca legalny i rozmawiając z tobą ryzykuję utratę bardzo udanej kariery zawodowej.
– Zamieniam się w słuch.
– Chodzi o próbę samobójczą. Brat żony będzie wkrótce próbował się zabić i chcę temu zaradzić.
– Wiesz co? To jest wolny kraj. Poza tym, jeżeli faktycznie chce się zabić, prędzej czy później i tak to zrobi. A jeżeli nie, to może po prostu woła o pomoc?
– Bardzo możliwe. Jednak dopuszczam również możliwość chwilowego załamania.
– Rozumiem. Dlaczego akurat ja?
– Znasz ludzi mających dostęp do Nano. A w tej sytuacji Nano to jedyna opcja. Trzeba zlokalizować pojedynczego człowieka wśród ponad pół miliona, i trzeba to zrobić szybko. Mogę uruchomić maszynę policyjną…
– Nie rozśmieszaj mnie. Byłam zastępcą szefa policji bostońskiej przez lata. Tak zwana maszyna policyjna to kpiny w żywe oczy. W najlepszym razie dziś po południu będziesz miał paru ludzi do obserwacji, na pół dnia, może mniej. Wzruszą tylko ramionami. Nie da się zrywać sił policyjnych do każdego potencjalnego samobójcy, sam rozumiesz.
– No właśnie w tym sęk, że rozumiem aż za dobrze. Tymczasem Nano…
– Nano kosztuje ponad dwieście tysięcy dolarów za każdą minutę pracy. To dla nas niewielki koszt, przy założeniu jednak, że mówimy wyłącznie o uzasadnionych przypadkach użycia. Gdybyśmy uruchamiali Nano dla każdej podejrzanej wiadomości tekstowej, bylibyśmy na widelcu opinii publicznej w tydzień.
– Ja to wszystko rozumiem. Ale przecież macie od przedwczoraj nową wersję, prawda? Byłaś u nas w biurze podpisywać końcowe papiery, PJ prowadził sprawę.
– Zgadza się. Co to niby zmienia?
– Zgodnie z instrukcją, musicie przeprowadzić rozruch testowy.
– Wiem. Z tego co kojarzę, dwie godziny temu skończyliśmy instalować tą waszą nową wersję i lada dzień będziemy robić próby. Jak dotychczas jeszcze nigdy nie sprzedaliście nam bubla, więc to tylko formalność. Ale przepis to przepis.
– Otóż to. Masz jakiś wpływ na to kiedy wasi ludzie startują z tym próbnym rozruchem?
– Żadnego. Techniczni mają swój harmonogram i lecą według rozpiski. Czekaj, zerknę w kalendarz… Aha, to cię pewnie zainteresuje.
– Hm?
– Próbny rozruch zaczął się dziesięć minut temu. Masz jakąś próbkę tego swojego szwagra? DNA, nagranie głosu, zdjęcia, cokolwiek co pozwoliłoby na jednoznaczną identyfikację.
– Nic nie mam. Nie widziałem się z facetem od lat.
– No to obawiam się, że na szybkiego nic nie poradzimy.
– Daj mi sekundę, proszę.
– Masz jeszcze około kwadransa, potem kończą rozruch próbny i zabierają się za analizę wyników. Drugiego podejścia raczej nie będzie.
– Zaraz oddzwonię.

Steven wybrał numer telefonu do swojej żony, która w międzyczasie zdążyła przepłakać karton chusteczek i siedziała teraz przy stole, przygarbiona i bez wyrazu. Odebrała połączenie od męża.

– I co?
– Cześć, trzymasz się jakoś?
– Nie bardzo. Masz jakiś pomysł?
– Mam. Ale potrzebuję czegoś, żeby go namierzyć. Masz jakieś dobrej jakości zdjęcie Simona?
– No… mam album ze zdjęciami, ale to są fotki z dzieciństwa. Ostatnio nie widywaliśmy się za często, nie mam nic aktualnego.
– Nic, zupełnie nic?
– Daj mi chwilę pomyśleć. Nie, chyba nic nie mam. A co?
– Musisz się skupić. COKOLWIEK pozwalającego na identyfikację. Może być włos albo paznokieć, albo jakieś nagranie głosu, cokolwiek.
– Głosu? No pewnie, że tak, zadzwoń na jego komórkę, nagrał wiadomość.
– Bomba. Mam mało czasu, potem ci opowiem co i jak.
– Steve?
– Tak?
– Uratuj go, proszę.

***

Pierwsze wersje Roju zużywały całkiem sporo energii, były dość zawodne oraz niezwykle wąsko wyspecjalizowane. Ponadto, z powodu braku odpowiedniego zaplecza do przetwarzania danych, sterowanie Rojem było wyłącznie reaktywne, z opóźnieniami rzędu kilku sekund. Oczywiście już wtedy można było realizować całkiem imponujące zadania, jak na przykład spowodować bezwolny skurcz jakiegoś mięśnia u wybranej osoby, albo korozję metalu na zadanym obiekcie, jednak bardziej skomplikowane przedsięwzięcia raczej nie wchodziły w rachubę.

Jednak od dnia, kiedy za pomocą prostego nanotechnologicznego Roju udaremniono jeden z najsłynniejszych w historii napadów na bank, minęło już kilkanaście lat, a to w przypadku tego typu technologii cała epoka. Dzisiejszy Rój był o wiele bardziej inteligentny (wyłącznie w takim samym sensie, w jakim współczesne komputery są „inteligentniejsze” od pierwszych mechanicznych maszyn liczących). Z prawdziwą świadomością nadal nie miało to nic wspólnego, ale możliwości Roju wzrosły istotnie. Przede wszystkim w zakresie koordynacji wielu skomplikowanych zadań, maksymalnej ilości węzłów w Roju oraz stabilności i niezawodności. W razie potrzeby Rój był w stanie przejść w tryb autonomiczny, analogicznie do autopilota w samolocie pasażerskim. Potrafił odróżniać materię ożywioną od nieożywionej. Potrafił zanalizować nie tylko własne zapotrzebowanie na energię, ale również pobór energii przez wszystkie urządzenia i organizmy w obrębie zajmowanej przez siebie przestrzeni, i pobierać ją z otoczenia w sposób możliwie najmniej inwazyjny. Zniknęła również wąska specjalizacja – dzięki natychmiastowej komunikacji z Kontrolerem, Rój miał dostęp do niezliczonych danych, umożliwiających szybkie i bezbłędne wykonanie zadania.

W chwili obecnej większość Roju znajdowała się w centralnej części miasta, na wysokości około pół kilometra nad ziemią, niewidoczna dla nieuzbrojonego oka, zużywając minimalną ilość energii niezbędną do omijania leniwie przesuwających się molekuł niewielkiego zachodniego wiatru. Rój czerpał energię z promieni słonecznych, jednak gdyby ich zabrakło, mógł korzystać z energii prądów powietrznych, fal elektromagnetycznych (tych w mieście zawsze było mnóstwo) a nawet z termicznego promieniowania podłoża.

Oprócz tego, rozrzedzone do absolutnego minimum, po całym mieście rozmieszone były uszy i oczy Roju, Próbniki, dzięki którym czemu Rój miał pełen obraz przestrzeni wokół.

Przez ostatnich pięć minut Rój przechodził szereg testów, w większości zautomatyzowanych przez programistów Kontrolera. A więc Namnażanie, Nasłuch, Absorpcja, Emisja, Detekcja, oraz – najważniejsza wśród dzisiejszych testów – reakcja na Głos. Głos mógł pochodzić z podsystemów audio Kontrolera, jednak o wiele wygodniejsze (i szybsze) było korzystanie z kanałów naturalnych. Rój, raz zaprogramowany na konkretną osobę, potrafił bowiem ropozpoznać jej Głos oraz na niego reagować bez pośrednictwa wolnych mikrofonów i przewodów elektrycznych. Drgania molekuł powietrza mogły być przechwytywane natychmiastowo tuż koło krtani właściciela Głosu, a następnie transmitowane w zerowym czasie do bramek wejściowych Kontrolera, gdzie następowała ich analiza i tak dalej.

***

Babu Vanishrin, szef ekipy kontroli jakości oprogramowania, sprawdzał po raz setny czy dane z Roju zapisują się na serwerach testowych. Każdej sekundy, eksabajty danych mknęły magistralami serwerów, lądując na chwilę w module analitycznym, aby chwilę potem zniknąć w niebycie historii. Cały proces był w pełni zautomatyzowany (przy takich prędkościach przetwarzania danych, człowiek ze swoim galaretowatym mózgiem mógł co najwyżej stać z rozdziawioną gębą i podziwiać), jednak Babu był zdania, że i tak warto trzymać rękę na pulsie. Na wszelki wypadek.

Wszelki wypadek jednak nie następował, test szedł pomyślnie, Rój był stabilny i nie wykazywał żadnych anomalii. Dziesięciominutowa faza testów wstępnych dobiegła końca, należało teraz przełączyć Rój w tryb sterowania Głosem. Wybrańcem był sam Babu. Właśnie miał aktywować tryb Uczenia, kiedy zadzwonił telefon.

***

Upadek z dwustu metrów trwa niecałe siedem sekund. W przypadku Simona trwało to trochę dłużej, ponieważ skacząc wybił się nieco w górę. Wywrzeszczał z płuc całe powietrze, a uwolniona w ogromnych ilościach adrenalina sprawiała, że mógł przenosić góry. Jednak zamiast gór miał przed sobą tylko rozmazaną ścianę biurowca. Zbyt odległą, żeby móc jej sięgnąć i się czegoś złapać.

***

Babu trzymał się procedur. Lubił swoją pracę i widział już zbyt wiele ludzi wyrzuconych z Firmy z wilczym biletem tylko dlatego, że niezbyt dokładnie stosowali się do regulaminów. Z drugiej strony, Rój nie był zabawką i użyty w niewłaściwy sposób mógł sprawić więcej szkód niż jakakolwiek znana człowiekowi broń. Babu czasem dziwił się dlaczego Wujek Sam jeszcze nie wyciągnął po Rój swoich wszechmocnych łap, ale zachowywał te obawy dla siebie.

Tymczasem polecenie, które właśnie dostał, było absolutnie niezgodne z procedurami testowymi Roju. Najbardziej niepokojące było jednak to, że nadeszło ono od autorytetu na tyle wysokiego, że odmowa mogłaby go kosztować dużo więcej niż karierę zawodową. Miał przekazać sterowanie Głosem nieprzeszkolonemu cywilowi.

Decyzję podjął szybko.

***

Steven nigdy przedtem nie sterował Rojem. Oczywiście, znał procedury. Co ciekawsze, znał doskonale każdą linijkę kodu umożliwiającego sterowanie. Zawsze jednak sterowaniem zajmował się ktoś inny.

Potrzebował skupienia. Zatrzymał auto na środkowym pasie (nie było czasu na manewry, zresztą i tak nie było gdzie zjechać z jezdni), zamknął szczelnie wszystkie okna, żeby zminimalizować poziom hałasu. Odebrał połączenie od operatora.

– Halo?
– Tu Steven, słucham.
– Proszę włączyć laptopa.
– Jest włączony i podłączony do Sieci.
– Za chwilę przełączam Rój w tryb Uczenia. Kiedy powiem „już”, proszę zacząć mówić alfabet.
– OK

Klik

– Już
– A, b, c, d, e, f…
– Dobrze, wystarczy. Rój jest do pańskiej dyspozycji przez najbliższe dwanaście minut, potem pana odłączymy. Powodzenia.

Klik

Steven po raz pierwszy doświadczył tego niezwykłego uczucia, o którym dotychczas tylko słyszał: wiedział, że drgania jego krtani są w tej chwili bacznie obserwowane przez miliardy Próbników. Wiedział, że Rój właśnie przekonfigurował jego laptopa w tryb Sterownika – ekran poczerniał, a za chwilę pokazał się na nim obraz centrum miasta z lotu ptaka.

– Szukaj człowieka.
– Podaj kryteria.

Jednym z największych problemów, na jakie napotkali programiści Hytronix projektując system dwustronnej komunikacji Roju z decydentem, był kanał zwrotny. Oczywiście można było użyć ekranu i głośników laptopa, jednak po pierwsze nie zawsze był jakiś laptop pod ręką, a po drugie skoro decydent wprowadzał polecenia w sposób naturalny, należało kanał zwrotny uczynić równie naturalnym. Próby stymulacji nerwu słuchowego zakończyły się kompletnym fiaskiem, z powodu różnic w jego budowie u poszczególnych ludzi. Tworzenie obrazu bezpośrednio na siatkówce oka działało już trochę lepiej, jednak w dalszym ciągu poszukiwano metody na komunikację akustyczną. Wreszcie ktoś wymyślił, że skoro umiemy generować obraz na siatkówce, to równie dobrze możemy generować falę dźwiękową bezpośrednio na błonie bębenkowej ucha, a reszta zrobi się sama.

W efekcie Steven słyszał głos mówiący do niego z kompletnej pustki, niesłyszalny dla nikogo innego.

– Proszę podać kryteria.
– Próbka głosu. Telefon, prawa ręka.

Steven wybrał numer do szwagra.

– Cześć. Tu Simon. Wyłączyłem telefon. Proszę zostawić sygnał po usłyszeniu wiadomości.

– Cel zidentyfikowany. Cel namierzony. Współrzędne…
– Stop. Pokaż cel na ekranie.

Ekran laptopa zamigotał i pokazał małą figurkę ludzką stojącą na parapecie South Station Tower. Bardzo wysoko.

– Zbliżenie.

Ekran wypełniała teraz cała sylwetka Simona. Obraz podzielił się na trzy części. Trzy różne perspektywy. Widział chłopaka z boku, z przodu i z góry. Steven miał do swojej dyspozycji najbardziej niezwykłą kamerę. Mógł zajrzeć do dowolnego budynku, mógł podsłuchać każdą rozmowę. Mógł…

Szlag!

Jego szwagier właśnie skoczył.

– Simon ma przeżyć. Powtarzam: Simon ma pozostać przy życiu.

***

Rój miał dostęp do całej wiedzy zgromadzonej przez ludzkość od zarania dziejów. Nie było dziedziny, w której nie byłby absolutnym ekspertem albo raczej jego nieświadomą namiastką. Rój bowiem nie miał świadomości, rozumianej w nasz analogowy, ludzki sposób. Miał natomiast coś, czego ludzkości będzie brakować jeszcze bardzo długo: pełną kontrolę nad swoją fizycznością, i to z subatomową dokładnością.

W czasie krótszym niż mrugnięcie okiem mógł milionkrotnie przybrać – lub stracić – na wadze. Mógł rozciągnąć się w przestrzeni na tysiące kilometrów, przybierając dowolne kształty, kolory i gęstości. Mógł dowolnie zmodyfikować strukturę fizyczną innego obiektu materialnego. Oczywiście wszystko w zakresie dopuszczalnym przez prawa fizyki. Rój nie mógł przemieszczać się z szybkością nadświetlną. Nie mógłby wydostać się z czarnej dziury (chociaż nic nie stało na przeszkodzie, żeby takową utworzył). Nie mógł wskrzeszać zmarłych, nie mógł wyjaśnić ludzkości sensu istnienia. Poza tym jednak mógł w zasadzie wszystko.

Polecenie otrzymane od decydenta było proste. Cel, przemieszczający się chwilowo w polu grawitacyjnym, miał pozostać żywy. Rój był ekspertem medycyny – tak naprawdę potrafiłby zoperować Simonowi wyrostek robaczkowy zanim ten uderzyłby w ziemię. Jednak wyrostek robaczkowy Simona miał się całkiem dobrze. Kilka wypełnionych ubytków w uzębieniu, nieduża, podłużna blizna na wnętrzu lewej dłoni, odrobina nadwagi, lekkie nadciśnienie – nic poważnego.

Wykonanie kompleksowej analizy zdrowia Celu zajęło Rojowi niecałe pół sekundy. Do uderzenia w asfalt Atlantic Avenue pozostały jeszcze ponad cztery. Dla człowieka to bardzo mało czasu. Dla Roju, cała wieczność.

Przeanalizowawszy dziewiętnaście różnych scenariuszy, Rój podjął optymalną decyzję. Metoda na uratowanie życia Celu była może niezbyt konwencjonalna, ale zapewniała maksimum bezpieczeństwa.

Wzmocnił Namnażanie.

***

Serce waliło mu jak szalone, z trudem łapał oddech. Przed oczyma tańczyły mu ciemne plamki. Oparł się o hydrant.

Zaraz, zaraz, hydrant? Skąd tu się wziął hydrant? Gdzie ja w ogóle…

Kilkadziesiąt metrów dalej gromadził się tłum. Simon nie widział wokół czego się zbierają. Kilka osób rzygało. Ktoś dzwonił po pogotowie. Jakiś dzieciak darł się jak opętany.

Skąd ja…

Świeże wspomnienie uderzyło go obuchem. Przypomniał sobie rozmazaną ścianę biurowca. Przypomniał sobie własny, wyrywający płuca z trzewi, wrzask.

Zemdlał.

***

Według przepisów stanu Massachusetts, Simon nie istniał. Zginął śmiercią tragiczną siedemnastego lutego 2069 roku, skacząc z czterdziestego piętra South Station Tower. Zwłoki zidentyfikowano ze stuprocentową dokładnością, na podstawie testów DNA oraz archiwów stomatologicznych.

Według samego Simona, sprawa miała się zgoła inaczej. Nie tylko istniał jako kontynuacja samego siebie, jakimś niepojętym cudem ocalała ze śmiertelnego upadku, ale odzyskał chęć do życia. Niestety, ponieważ formalnie go nie było, nie był w stanie niczego załatwić. Próbował oczywiście iść do sądu, ale żaden sąd nie chciał z nim rozmawiać, tłumacząc się jego samobójczą śmiercią. Próbował potem nagłośnić sprawę w kilku dużych, krajowych czasopismach. Pierwszy dziennikarz, z którym się skontaktował, następnego dnia wpadł pod autobus. Następny dostał pilną informację od jakichś dalekich krewnych, wyjechał i nigdy nie wrócił. Po tych dwóch przypadkach Simon zaprzestał kontaktów z mediami.

Alicja nigdy tak do końca nie uwierzyła w to co się stało. Wmówiła sobie, że samobójcą był ktoś całkiem obcy, a Simon po prostu znalazł się pod South Station Tower przypadkiem. Wbrew jakiejkolwiek logice, przyjęła mieszkanie, które brat zapisał jej w testamencie, po czym natychmiast je sprzedała. Nigdy potem nie odzyskała pełnej równowagi psychicznej, mimo pełnego wsparcia ze strony męża i dzieci. Zmarła jako wieloletnia pacjentka szpitala psychiatrycznego.

Simon, za pieniądze ze sprzedaży domu, wyjechał do Nepalu. Do końca życia męczyło go kim (lub czym) właściwie jest. Zmarł bezdzietnie dożywszy późnej starości.

Steven oczywiście stracił pracę w Hytronix. Przez wiele lat próbował szczęścia w różnych firmach związanych z nanotechnologią, jednak nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Dzieci powyjeżdżały na studia. Opieka nad żoną pochłonęła wszystkie oszczędności. Zmarł na zawał, nie dożywszy pięćdziesiątki.

Stella wyszła za mąż za PJ-a. Był gnojem, ale tylko służbowo. Poza pracą okazał się być najlepszym mężem pod słońcem (a Stella miała mnóstwo materiału porównawczego, zebranego za młodu).

Babu został oczyszczony z zarzutów i pracował do emerytury w Biurze, na stanowisku szefa działu kontroli jakości oprogramowania. Tamtego dnia wykazał się zimną krwią i powtórzył całość testów z Rojem już bez udziału cywili. Oryginalnych danych, tych ze skoku, nigdy nie udało się odnaleźć.

Siva zajął miejsce Carli, którą Firma zwolniła w trybie natychmiastowym. Dostała nową tożsamość, mieszkanie w północnej Kanadzie oraz zakaz powrotu do kraju. Jej dalsze losy pozostają nieznane.

Dalsze prace nad interfejsem akustycznym Nano ostatecznie zarzucono.

Ale to już całkiem inna historia.

***

Dublin, kwiecień – sierpień 2013

Dodaj komentarz

7 komentarzy do "Skok"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
pendragon
Gość

Czyżbym był pierwszy po lekturze tej wspaniałej prozy? Czytało się dobrze, temat po trosze bliski, warsztat mi się podobał, kontynuacji by się chciało. Przyznam, że w części dotyczącej struktury Nano musiałem się podeprzeć łokciem, bo ten molekularny opis mnie nieco przytłoczył, ale to była tylko chwila czytelniczej niedyspozycji. Cała reszta – prowadzenie wątku, zmiany optyki, napięcie i lekki dowcip w tle – LIKE IT.

xpil
Gość

Ej no, to jest wabik na trolle, miało się tu rozpętać piekło na temat grafomanii autora, nieudolnego zakończenia, porwanej pseudofabuły itd. Wszystko popsułeś…

Zaś co do kontynuacji – to właśnie JEST kontynuacja, zaczęło się półtora roku temu mini-opowiadankiem "Plan idealny".

Link tutaj.

MiSza
Gość

Noo, opowiadanie palce lizać. Też mnie, muszę przyznać, korciło, by fragment o nano przeskoczyć, ale ja już tak mam nawet w kontakcie z literaturą bardziej tradycyjną. Fragmenty opisowe traktuje jako spowolnienie rozwijającej się akcji, a ja przecież koniecznie MUSZĘ WIEDZIEĆ CO BĘDZIE DALEJ!!!

Podsumowując, jestem na tak. Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg dalszego ciągu. Brawo maestro…

mRufa
Gość

Prey Crichtona mi przychodzi do glowy. Lubie. Nano tez lubie. Moze sie podejme 😉 A na razie pedze na hiszpanski 😉

wpDiscuz