Kółko graniaste

Niniejsze opowiadanie opiera się na pomyśle starym jak świat, i w dodatku dość już mocno wyeksploatowanym przez literaturę SF. Jednak mam cichą nadzieję, że końcowe wyjaśnienie zagadki będzie niespodzianką chociaż dla niektórych Czytelników.

***

Cape Canaveral, 24 kwietnia 2046, wczesne popołudnie.

Czym dłużej patrzyli na ekran, tym bardziej oczywiste stawało się, że coś poszło nie tak. Major Dloughy odezwał się pierwszy:

– Pomyliliśmy się w obliczeniach.

Pozostała piątka spojrzała na niego jakby właśnie powiedział, że od dzisiaj na lunch będą pterodaktyle. Pomyłka w obliczeniach była niemożliwa i Dloughy doskonale o tym wiedział. Pięć niezależnych ekip, w pięciu różnych centrach obliczeniowych, przez dziewięć tygodni prowadziło analizy i symulacje trajektorii. Zgodność wyników sięgała siedemnastego miejsca po przecinku.

Andrew Ctvrtek, również od niedawna w randze majora, przerwał niezręczną ciszę:

– Niemożliwe.

Miał absolutną rację. Jeżeli pięć niezależnych grup naukowców dochodzi do tych samych wniosków, to albo się wcześniej jakoś dogadali, albo po prostu mają rację. Tertium non datur.

– W takim razie – odezwał się znów Dloughy – w jaki sposób wyjaśnisz fakt, że Tarantula zniknęła za horyzontem?
– Nie mam pojęcia. Może nastąpiły jakieś nieprzewidziane zakłócenia.
– Może nie uwzględniliśmy jakiegoś dodatkowego źródła masy?
– Może… Tak czy siak, trzeba powiadomić górę.

Dloughy nie potrafił wyjaśnić co się stało. Efekt trzynastu lat wytężonej pracy, pochłonąwszy budżet przekraczający PKB niejednego wysoko rozwiniętego państwa, odmówił posłuszeństwa na samym początku misji. Sonda bezzałogowa Tarantula, która miała wylądować na powierzchni Marsa około 25 kilometrów od środka Mare Imbrium, po prostu nie trafiła tam gdzie trzeba. Znikając za horyzontem utraciła łączność. Pozostawało tylko żywić nadzieję, że włączyła się automatyka, i że sonda odezwie się jak tylko będzie w zasięgu.

Największą jednak zagadką pozostawało ciągle: jakim cudem doszło do takiego rozrzutu u celu? Model zakładał maksymalne odchylenie w okolicach 100 kilometrów, tymczasem wyglądało na to, że Tarantula wylądowała kilkanaście tysięcy kilometrów dalej.

***

Dubaj, 19 lipca 2051, rano.

Od kilkunastu lat Burjaali była najwyższą budowlą wzniesioną ludzką ręką. Kolejna szalona inwestycja Sahira ibn Hadama, jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Na samej górze była kawiarnia, do której dotarcie szybką, podciśnieniową windą zajmowało około czterech minut. Za jedyne osiemset dolarów można tam było dostać naparstek Kopi Luwak, a na bardziej zamożnych klientów czekały prawdziwe białe kruki: filiżanka chińskiej báichá czy też lampka prawie dwustuletniego Domaine de la Romanée-Conti. Widok rozpościerający się z góry przywodził na myśl lot Boeingiem, z tym, że zamiast małych, okrągłych okien zespolonych z kadłubem tutaj obraz był panoramiczny.

Przez kryształowe, potrójne szkło było dziś widać głównie chmury.

Tego dnia bałwany w Zatoce Perskiej były imponującej wielkości. Nic dziwnego, pogoda była sztormowa – dość niezwykłe zjawisko jak na tą porę roku. Jednak Sahir bez obaw siedział w prywatnej części kawiarni, ucząc swego sześcioletniego syna gry w szachy. Wiedział, że wieża – pomimo swej ponad trzykilometrowej wysokości – jest w stanie wytrzymać dowolny huragan, a nawet niewielkie trzęsienie ziemi (które w tym regionie było mniej prawdopodobne niż znalezienie szesnastokaratowego brylantu na parkingu centrum handlowego). Konstrukcja była stabilna jak Wielka Piramida Cheopsa. Profil aerodynamiczny wieży, a także niezwykle precyzyjnie rozlokowane nanowęglowe elementy nośne zapewniały całości równomierne obciążenie niezależnie od warunków pogodowych i sejsmicznych.

– Szach.

Młody Samir ibn Sahir zapowiadał się na niezłego gracza. Kilka tygodni temu załapał wreszcie główną ideę gry. Próbował teraz przechytrzyć ojca i trzeba przyznać, że szło mu to całkiem nieźle. Jeszcze nigdy dotychczas nie udało mu się wygrać, ale z każdą kolejną partią udowadniał, że umie się szybko uczyć na własnych błędach.

Szyb windy – podobnie jak większość elementów Burjaali – był majstersztykiem technologicznym. Przy takiej wysokości, na samej górze odchylenia od pionu dochodziły nawet do piętnastu metrów w każdą stronę. Winda mogła poruszać się z maksymalną prędkością 120 kilometrów na godzinę, jednak podczas silnych wiatrów adaptacyjna elektronika napędzająca wagonik, karmiona danymi z tysięcy czujników rozmieszczonych na całej wysokości budynku, ograniczała prędkość tak, aby cenny ładunek mógł dotrzeć bezpiecznie do celu. Dodatkowo – w przypadku awarii – winda przekształcała się w autonomiczny system ratunkowy umożliwiający bezpieczne dostarczenie na grunt maksymalnie dwudziestu sześciu osób.

W momencie dawania ojcu szacha skoczkiem na c4, Samir nie wiedział jeszcze, że ta partia pozostanie nie rozstrzygnięta. Pneumohydrauliczny mechanizm mający za zadanie minimalizację odczuwalnych efektów odchylenia wieży od pionu działał niezawodnie i chłopiec, podobnie jak jego ojciec, nie zdawali sobie sprawy z nadciągającej katastrofy.

Alarm włączył się, gdy odchylenie od pionu przekroczyło dziewiętnaście metrów. Teoretycznie Burjaali mogła wytrzymać naprężenia ponad trzykrotnie większe, jednak ze względów bezpieczeństwa należało teraz zjechać na dół i dać się wyszumieć huraganowi w jakimś bezpieczniejszym miejscu. Cała obsługa kawiarni, łącznie dziewięć osób, była już w windzie; szejk wraz z synem byli ostatnimi, którzy weszli do środka. Chwilę potem drzwi zamknęły się bezgłośnie i wagonik rozpoczął powolną wędrówkę w dół.

***

Rzeszów, 20 lipca 2051, 17:30.

Stacje holo całego świata od kilku godzin pokazywały ten sam obrazek: smukła sylwetka Burjaali pękająca w połowie wysokości, kłęby czarnego kurzu u podstawy. Wszystko trwało może z półtora minuty. Ponad sześć milionów ton betonu, stali i pancernego szkła wytraciło gigadżule energii kinetycznej, kompletnie miażdżąc bądź uszkadzając okoliczne budynki na powierzchni kilkunastu kilometrów kwadratowych. Kilka firm ubezpieczeniowych splajtowało z dnia na dzień.

Paweł Czakowski oglądał po raz setny całą katastrofę. Klatka po klatce, analizował wydarzenie swoim chłodnym, analitycznym umysłem. Był jednym z członków ekipy przygotowującej projekt Burjaali od strony architektonicznej. Znał wieżę na wskroś. Potrafił z pamięci podać większość parametrów naprężeniowych każdego elementu nośnego.

Katastrofa była sfilmowana z wielu przypadkowych kamer. Jakość obrazu w większości z nich pozostawiała wiele do życzenia, jednak Czakowski był jednym z najbardziej doświadczonych specjalistów od naprężeń i potrafił z kiepskiej jakości materiału wydobyć mnóstwo przydatnych informacji. Na przykład to, że w momencie powstania pierwszej rysy wieża była odchylona od pionu o nie więcej niż 25 metrów. Była to zaledwie połowa tego, co powinna była wytrzymać – i potwierdzały to zarówno teoretyczne wyliczenia jak też symulacje komputerowe. Fakty jednak mówiły same za siebie. Konstrukcja nie wytrzymała.

Analizy ekipy dochodzeniowej nie wykazały obecności ładunków wybuchowych ani żadnych celowych uszkodzeń. Alarm włączył się o czasie. Winda do samego końca działała bez zarzutu, ratując wszystkich przebywających w niej ludzi. Znalezienie wagonika wśród gruzów i pożarów zajęło kilkanaście godzin. Szejk Sahir zdążył nieco zgłodnieć, a jego syn ciągle próbował odtworzyć w pamięci układ figur na szachownicy. Nowozelandzka firma BeSafe, która dostarczyła system wind do Burjaali, nie mogła mieć lepszej reklamy. Jednak Czakowski był naukowcem i aspekt ekonomiczno-marketingowy nie interesował go zupełnie.

Niezwykłe umysły można poznać po zdolności kojarzenia pozornie niezwiązanych ze sobą faktów. Od czasów Leonarda, największe sukcesy odnosili naukowcy interdyscyplinarni – często bowiem bywa tak, że jakieś odkrycie z pozoru zupełnie nieistotne, może mieć ogromny wpływ na rozwój całej cywilizacji, jeżeli powiąże się je z inną dziedziną. Czakowski nie był naukowcem interdyscyplinarnym, ale chętnie śledził wiadomości ze świata nauki i orientował się dość dobrze co w trawie piszczy, gdzie piszczy i jakiego gatunku jest ta trawa. Na trop rozwiązania zagadki katastrofy Burjaali próbowało wpaść wielu wybitnych uczonych – Paweł trafił od razu w samo sedno.

***

Miami, 30 lipca 2051, czwarta rano.

– Halo?

Zaspany głos po drugiej stronie holofonu nie nastrajał do rozmowy. Wizja była wyłączona, ale Czakowskiemu wystarczyła fonia.

– Dzień dobry, z tej strony Paweł Czakowski, profesor inżynierii budownictwa. Dzwonię z Polski. Czy to pan Chris Dloughy?
– Przy telefonie. Czy pan wie która u nas jest godzina?
– Tak, panie majorze, wiem doskonale. Pięć lat temu, o tej godzinie, odbierał pan ostatnie sygnały z Tarantuli.
– Tamta sprawa jest już dawno zamknięta. Awaria przyrządów.
– Wiem, panie Dloughy, ale wiem również, że nie zgodził się Pan nigdy z oficjalnym wyjaśnieniem tamtej awarii. Myślę, że mam pewien trop. Możemy porozmawiać w cztery oczy?
– Pan dzwoni zza oceanu?
– Tak. Mogę być u pana za… około 14 godzin. Proszę.

***

Miami, 16 godzin później.

Duszne, parne popołudnie zastało polskiego speca od architektury oraz amerykańskiego speca od bezzałogowych lotów kosmicznych siedzących w domu majora Dloughy’ego, popijających wodę gazowaną i pogrążonych w intensywnej dyskusji.

– Chris… możemy przejść na „ty”?
– Jasne, Paul. A więc twierdzisz, że nieudane lądowanie Tarantuli oraz niedawna katastrofa w Dubaju są jakoś ze sobą powiązane?
– Tak. Nie potrafię tego w żaden sposób dowieść, ale zauważ, że w obydwu przypadkach powtarza się ten sam scenariusz.
– Najpierw idealne obliczenia i symulacje, a potem dupa blada?
– Otóż to. A przecież obliczenia były poprawne. Nie robi się szkolnych błędów w projektach za tryliony dolarów, prawda?
– A więc?
– Jeżeli matematyka ma rację – a wiem, że ma – to znaczy, że coś się musiało zmienić. Coś tak fundamentalnego jak… jak…

Czakowski nie mógł znaleźć dobrego porównania, ale obydwaj czuli przez skórę, że są blisko.

– Już wiem. Przeprowadźmy mały eksperyment.

***

Princeton, 12 sierpnia 2051, około południa.

Sobotnia, wakacyjna cisza sprzyjała skupieniu. Laborant kończył ostatnie pomiary. Od czasów starożytnych mikroskopów elektronowych nastąpił znaczny postęp. Neutrina, zaprzęgnięte do współpracy, pozwalały na poprawienie rozdzielczości obrazu o cztery rzędy wielkości. Co prawda nie za wiele było tam do oglądania, ponieważ fala prawdopodobieństwa wygląda tak samo nudno przy dziesięciotysięcznym powiększeniu jak i bez niego, ale – niejako „po drodze” – odkryto możliwość wykonywania niezwykle precyzyjnych pomiarów długości.

Plan Pawła był bardzo prosty: weźmy idealne koło o znanej średnicy X, owińmy je ściśle idealną, niesprężystą nicią, zmierzmy długość nici Y, podzielmy Y przez X i sprawdźmy ile wyjdzie.

Koło powinno być odpowiednio duże, żeby wynik pomiaru był dokładny. A zarazem odpowiednio sztywne, żeby – dla odmiany – wynik pomiaru był dokładny. Nić powinna być jak najcieńsza i jak najmniej rozciągliwa, co powinno znacznie poprawić dokładność pomiaru.

Paweł znał się na materiałach jak nikt inny. Bez problemu udało mu się uzyskać walec o średnicy czterech metrów, pokryty warstwą subgrafenu. Nić… no właśnie, tu pojawił się problem. Wszystkie znane Pawłowi materiały były albo zbyt kruche, albo zbyt elastyczne. Zamiast nici nałożyli więc na powierzchnię walca kilka atomów promieniotwórczego izotopu węgla, a następnie, zamiast owijać walec, przetoczyli go po subgrafenowej nici. Odległość między kolejnymi znacznikami izotopu na nici dawała bardzo dokładny wynik pomiaru obwodu walca. Doświadczenie należało powtórzyć kilkadziesiąt razy w celu ustalenia błędu pomiaru…

– I co?
– Albo to jakiś żart, albo w najbliższym czasie będziemy mieć sporo do roboty.
– Jakie odchylenie?
– Trzy stubilionowe. Z błędem poniżej 1%.

3.141592653592 – taką uśrednioną wartość Pi uzyskali Chris z Pawłem, po wykonaniu pięćdziesięciu siedmiu powtórzeń. Przy błędzie pomiaru poniżej 1%. Wyeliminowali wszystkie możliwe źródła zakłóceń. Skontaktowali się z siedmioma innymi uniwersytetami na całym świecie, gdzie udało się powtórzyć eksperyment, z identycznym wynikiem.

Świat nauki zamarł w przerażeniu. Pi zmieniło się. Nieznacznie, ale jednak. Było teraz o około trzy stubilionowe większe niż normalnie. Wystarczająco, żeby odchylić trajektorię sondy. Wystarczająco, żeby wpłynąć na obliczenia sprężystościowe konstrukcji złożonej z milionów elementów.

Wystarczająco, żeby ludzkość po raz kolejny uzmysłowiła sobie, że jedyną stałą rzeczą na tym świecie jest zmienność.

Koniec.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Kółko graniaste"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Cóż. Brawo 😉

B
Gość

Może nie warto się przyznawać, ale dla mnie pomysł nowy. Bardzo fajnie się czytało 🙂

agnieszka_sto
Gość

To opowiadanie, choc ciekawe jest z tych "normalnych i matematycznych", a "Honorowi Dawcy Wszystkiego" jest takie bardziej "oblakane". Osobiscie, takie wole – obled i psychodelic. 🙂
Mozna jeszcze sprobowac "matematycznie dokladnego opisu obledu" hmmm…

🙂

Butter
Gość

Pamiętam laborki z fizyki, gdzie nie takie cuda wychodziły. Kiedyś uratowałem świat, bo wartość g wyszła mi coś koło 90 m/s2. Szybkie i odważne użycie współczynnika Janosika pozwoliło mi ocalić laborkę i podręczniki fizyki od konieczności przeróbki.

Butter
Gość

Tak z innej beczki – a co jeśli Pi cały czas się zmienia? I kosmici wykorzystują ten fakt modulując te zmiany do przekazywania sobie tym kanałem wiadomości?