W tę i z powrotem

In Samo życie by xpil0 Comments

Jak już znudzony Czytelnik (a obecnie podobno jest ich już czterech – czworo?) zapewne raczył zauważyć, dość często zdarza mi się jeździć pod różnymi pretekstami do Donegal.

Przyczyna jest głównie taka, że tamte okolice darzymy obydwoje dużym sentymentem. Tam się urodziła nasza córa, tam przeżyliśmy pierwsze dwa lata naszego emigracyjnego życia. No i ładnie tam jest, i spokojnie. I Wogle.

Jedną z przyczyn, dla których tam jeździmy, jest też serwis gwarancyjny autka. Owszem, dealerów Kia w Dublinie nie brakuje, jednak ja jestem człowiek nieufny. Byłem już raz nabity w butelkę przez autoryzowanego dealera, tym samym więc, skoro już znalazłem zaufanego mechanika, będę u niego serwisował auto choćbym miał tam dojeżdżać nawet i pińcet kilometrów. Tym bardziej, że pomimo prawie czterdziestki na karku, nadal nie potrafię rozróżnić alternatora od alternatywy, dopiero niedawno nauczyłem się po której stronie mam wlew paliwa (po zewnętrznej!) no i ogólnie rzecz ujmując, moja wiedza o samochodach w skali dziesięciostopniowej waha się gdzieś w okolicach minus trzech…

Tak więc w przedwczorajszy piątek, ledwie wieczorna bryza pokryła Dublin swym lekkim jak pajęczyna płaszczem (zdecydowanie lepiej od paraleli wychodzą mi jednak kawałki kodu VBA, ale co mi tam, mój blog, moja paralela), wbiliśmy się całą naszą trójką do autka i pożeglowaliśmy w stronę zachodzącego (a w zasadzie już zaszłego) słońca.

Tym razem wybrałem N3 (zamiast zwyczajowego M4/N4) – a to z tej prostej przyczyny, że korek na N4 na wylocie z Dublina sięgał na oko trzech kilometrów (i to na samej M50 – strach pomyśleć co było dalej), tak więc samo wyjechanie z miasta („miasta” buhahaha) zajęłoby nam tamtędy dobre półtora godziny. Tymczasem N3 była pusta, dzięki czemu w Donegal byliśmy po zaledwie trzech godzinach jazdy (spod domu wyjechaliśmy 17:40, tabliczkę wjazdową „Donegal Town” minęliśmy o 21:02)

Serwis był jak zwykle nudny. Dostaliśmy na zastępstwo Opla Merivę, który może jest i fajnym autkiem, ale niestety ma zamienione stronami przełączniki kierunkowskazów / wycieraczek, dzięki czemu przez pierwszych kilka rond i skrzyżowań zajadle machałem wycieraczkami, a także mrugałem kierunkowskazami jak tylko zaczynało padać. Objechaliśmy miasteczko, odwiedziliśmy jednego znajomego, zajrzeliśmy do sklepu z gratami pamiątkami i wróciliśmy do dealera, gdzie nasza staruszka Kia dzielnie czekała już na nas na parkingu.

Podczas gdy moje dziewczyny uganiały się po salonie, oglądając nowe modele, ja zabrałem się za przenoszenie naszych klamotów z Merivy z powrotem do macierzy. Klamoty, czyli fotelik oraz torby i plecaki podróżne.

No właśnie. Torby.

Jako osobnik noszący znamiona geniuszu (a także, o czym już wiele razy wspominałem, i zapewne jeszcze drugie razy tyle wspomnę, człowiek o niezwykłej wręcz skromności) jestem dość roztrzepany. Czasem próbuję wynieść do śmieci torbę z zakupami, czasem zostawię portfel na dachu samochodu, a czasem na przykład zapomnę przełożyć torby podróżne z jednego auta do drugiego…

Całe szczęście, że w drodze powrotnej, tuż przed Sligo, zachciało mi się pić. Zatrzymałem się więc na poboczu i poprosiłem swoją samicę dominującą, żeby mi podała flaszkę z bagażnika. Pięć sekund później dowiedziałem się w dosadnych słowach (ale nie za bardzo dosadnych, dziecko słuchało) co jest, a głównie czego nie ma, w bagażniku. Kolejnych dwadzieścia sekund później już zawracałem w kierunku Donegal Town.

Ze Sligo do Donegal Town jest ciut ponad 60 kilometrów. Przemnożone przez dwa daje to dodatkowe 120 kilometrów, które musiałem wczoraj przetrwać za kierownicą. Całe szczęście, że lubię jeździć… Oraz, że na M4, przed Enfield, jest stacja serwisowa, na której można nie tylko napoić rumaka, ale też skosztować przewybornej (i nawet dość mocno nasączonej kofeiną) kawy. Do domu dotarliśmy już bez większych przygód.

Amen.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz