Krakowskie wspomnienie

Przydarzyła mi się dawno temu historia, którą dziś opowiem.

Od razu zaznaczę, że historia ta jest interesująca głównie dla mnie, ponieważ w niej uczestniczyłem i mam jej żywe wspomnienie. Dla Czytelników tego bloga będzie to po prostu kolejny, nudny wpis, na który nie warto marnować czasu 😉

Wbrew tytułowi, sam Kraków nie jest tematem głównym. Chodzi głównie o jazdę pociągiem. Kto lubi, ten wie, co mam na myśli.

Żeby jednak chociaż trochę umilić nudę, postanowiłem swoją opowieść nieco ubarwić, wzbogacić i ubrać w szaty mini-opowiadanka. A co mi tam. W końcu to mój blog i mogę sobie pisać co tylko ślina na język, nieprawdaż. Proszę więc poniższy tekst czytać cum grano salis.

Wszystkie opisane wydarzenia faktycznie miały miejsce. Może nie wszystkie na raz, pozmieniałem nazwiska i rozkłady jazdy pociągów, żeby bardziej pasowały. Licentia Poetica 😉

Tak czy siak…

W absolutnej ciszy, tylko na chwilę przerwanej cichnącym już stukotem kół Włóczęgi Północy, wielkie, wirujące płatki śniegu spływały leniwie, skrząc się w świetle rzadkich latarni. Biały puch skrzypiał pod bieżnikami podeszew ciężkich, czarnych butów. Codzienny spacerek. Półtora kilometra ze stacji PKP do miejsca, które od ponad dwunastu lat nazywałem swoim domem rodzinnym, chociaż które na dobrą sprawę z domem rodzinnym nie miało zbyt wiele wspólnego.

Jak zresztą żadne inne.

Wąska, wiejska droga pokryta kiepskiej jakości asfaltem była o tej porze roku porządnie odśnieżona tylko do chaty Bielickich. Dalej pług jeździł zaledwie dwa razy dziennie: rano, przed siódmą, i po południu, około trzeciej. I to tylko w dni robocze, żeby popegeerowskie dzieciaki miały jak dotrzeć do szkoły, a ich rodzice do gopsu po zasiłki.

Wczoraj też tędy szedłem. I jutro też będę.

Trasa, którą znałem lepiej niż jakąkolwiek inną. Latem te półtora kilometra można było pokonać w piętnaście minut. Chyba, że akurat trafiło się na furmankę starego Grzesiaka, wtedy, wygodnie siedząc na sianie, docierało się do domu w niecałe dziesięć. Ale to było ponad dekadę temu, jak stary Grzesiak jeszcze żył.

Rozmyślania przerwał mi dzwonek dobiegający z kieszeni grubej, brązowej kurtki. Lekko przybladły od mrozu, kolorowy ekran Siemensa S55, najnowszego krzyku mody telefonicznej, wyświetlał obcy numer. Kierunkowy zero-dwanaście nic mi nie mówił.

– Halo.
– Dzień dobry, czy pan Leszek Mueller?
– Dobry wieczór. Tak, to ja. Słucham.
– Panie Leszku, Agnieszka Szupińska z tej strony, ja dzwonię z CompTrain. Może pan teraz rozmawiać?
– Proszę mówić, pani Agnieszko.
– Straszne nieszczęście, Wally nam się wykruszył, a do końca kursu jeszcze trzy dni. Dałby pan radę pociągnąć?
– Wally? – obcobrzmiące imię zabrzmiało dziwnie sztucznie w zamarzniętej ciszy.
– No, Waldek Machuła, on głównie bazy danych prowadzi, przecież pan wie. Ale grupa strasznie mocna, no i nie dał rady. Przez pierwsze dwa dni praktycznie go zjedli. Wally mówi, że trzeciego dnia już nie da rady zrobić, o czwartym i piątym w ogóle nie wspominając. A nikogo akurat nie mamy pod ręką na zastępstwo, wszystkich już obdzwoniłam, pan jest ostatni na liście.
– Co za kurs?
– Oj, no tak, zapomniałam powiedzieć. MS Access, dla zaawansowanych. Ten z makrami, wie pan.
– Tak, oczywiście, wiem – skłamałem – muszę się zastanowić. A jaka stawka?
– Panie Leszku, to jest gardłowa sytuacja, gdyby się pan zgodził, zapłacimy każde pieniądze.
– Proszę mi dać… dziesięć minut, a potem zadzwonić jeszcze raz, na ten sam numer. OK?
– Oczywiście. Do usłyszenia.
– Halo? Halo??
– Tak, panie Leszku?
– A proszę mi jeszcze powiedzieć gdzie ten kurs?
– No u nas, w Krakowie.
– W porządku. Proszę zadzwonić za dziesięć minut.

Myślałem intensywnie. Osobowy do Słupska odjeżdżał za niecałą godzinę. Potem przyspieszony do Gdyni, a dalej już jakoś pójdzie. Tylko co z pracą? Szybko wybrałem numer prywatnej komórki szefa.

Arkadiusz Dzierzba, świeżo upieczony szef działu IT, pracował wcześniej u światowej klasy gigantów technologicznych. Nie dalej jednak jak dwa miesiące temu trafił na nasze zadupie i teraz zamiast trzydziestu ludzi miał pod sobą ledwie trzech. Po korporacyjnym pierdolniku taka praca musiała być dla niego jak wakacje. Jeszcze gościa do końca nie rozgryzłem, ale nie pora na rozmyślania. Trzeba działać szybko. Oczyma wyobraźni widziałem, jak pani Agnieszka siedzi sama w opustoszałym krakowskim biurze CompTrain i odlicza sekundy na wielkim, ściennym zegarze. Wszyskie biura CompTrain-u miały te zegary, złowrogo przesypujące ziarenka sekund w klepsydrze Czasu. Wybrałem numer.

– Halo?
– Wszelki duch! Co tam?
– Cześć, Arku. Mam sprawę, raczej nietypową.
– Domyśliłem się. O tej porze, no no… co, pali się gdzieś?
– Nie, tylko coś pilnego mi wyskoczyło całkiem znienacka i potrzebuję wolnego.
– A dużo?
– Trzy dni. Od jutra rana.
– Cholera, może być ciężko. Jutro jeszcze spoko, ale w czwartek mamy duże spotkanie międzydziałowe. Przydałbyś mi się tam. Ale wiesz co?
– Hm?
– Srał to pies. I tak masz mnóstwo zaległego urlopu. Bierz te trzy dni, papiery wypełnisz jak wrócisz. Pogadam z haerami.
– Wiszę ci piwo. Duże.
– Dobra, dobra. Mam tylko nadzieję, że nie idziesz na interview o pracę.
– Nie, nic z tych rzeczy – roześmiałem się – Dostałem bardzo intrantą ofertę, mogę sobie konkretnie dorobić do pensji przez te trzy dni.
– Aaaa, widzisz, i wszystko jasne. No to powodzenia, widzimy się w poniedziałek.
– Dzięki. Cześć.

Zerknąłem na zegarek. Cztery minuty. Nie jest źle, pomyślałem, powinienem zdążyć. Jeszcze tylko jeden telefon.

– Tak, słucham?
– Cześć, kochanie. Nie uwierzysz co się stało.
– Zamieniam się w słuch.
– Dostałem przed chwilą telefon z CompTrain-u, chcą, żebym im dokończył szkolenie. Prowadzący wymiękł. Trzy dni. Od jutra rana. Kraków.
– No to chyba warto. Tylko że musiałbyś jeszcze dzisiaj jechać.
– Wiem. Mam pociąg za niecałą godzinę. Za dziesięć minut powinienem być w domu.
– Spakować cię?
– Możesz mi zrobić kanapki, pewnie w pociągu zgłodnieję do rana.
– I tak mnie samą zostawisz, rodzinie na pożarcie?
– Oj tam, nie pierwszy raz. Dasz sobie radę?
– Dam. Z czym chcesz te kanapki?
– Zdaję się na twoją kreatywność.

Śmiech.

– Dobra, ja muszę jeszcze zadzwonić w jedno miejsce i zaraz będę.

Ledwie się rozłączyłem, telefon znów się rozdzwonił. Zero-dwanaście…

– Halo?
– Dobry wieczór panie Leszku, tu Agnieszka Szupińska z CompTrain-u. Ma pan dla mnie jakieś dobre wieści?
– Tak, pani Agnieszko. Proszę przekazać szefostwu, że się zjawię jutro z samego rana.
– Yessss! – Odsunąłem słuchawkę od ucha i potrząsnąłem głową, żeby pozbyć się dzwonienia w uszach wywołanego ultradźwiękami paniagnieszkowej radości. – Wiedziałam, że można na pana liczyć, panie Leszku. Proszę mi jeszcze powiedzieć na jaką kwotę mam pisać umowę-zlecenie.
– Standardowa stawka, razy dwa. Plus dojazd, zakwaterowanie, wyżywienie, jak zawsze.
– OK, umowa będzie gotowa na jutro rano. Wyślę panu kopię mailem.
– Super. Aha, jeszcze jedno: może mi pani zrobić rezerwację w jakimś hotelu?
– Oczywiście. Może być Szopen?
– Obojętnie, pani Agnieszko, byle bym nie musiał drałować na drugi koniec miasta.
– Jasna sprawa. Jeszcze raz strasznie panu dziękuję i do następnego razu. Mnie do końca tygodnia nie będzie, mam urlop. Ale Radek pana przejmie, nasz nowy sekretarek, wszystko będzie załatwione jak trzeba.
– Doskonale. Do widzenia i miłego urlopu.
– Do widzenia.

Właśnie minąłem ostatnią działającą latarnię, stojącą jakieś pięćdziesiąt metrów za chatą Bielickiego. Hałdy schodziły się tutaj z obydwu stron drogi, spotykając się na środku i tworząc nieregularne „V”. Dalsza wędrówka drogą groziła zapadnięciem się w dwumetrowej wysokości śniegu, odbiłem więc na prawo, na pole Dębickiego. Miałem przed sobą jeszcze dobry kilometr marszu po twardej, zamarzniętej powierzchni. Na wydmuchanym wiatrem polu było płytko, nie więcej niż trzydzieści – czterdzieści centymetrów. Zanim dotarłem do domu, zapadłem się po kolana może ze trzy razy. Nic nadzwyczajnego.

***

Gdybym wyszedł z domu minutę wcześniej, albo gdybym trochę bardziej wydłużył krok, zdążyłbym. Spóźniłem się dosłownie o sekundy. Przebiegłem przez budynek wiejskiego dworca, pamiętający jeszcze czasy sprzed wojny, dopadłem wahadłowych drzwi prowadzących na jedyny peron. Niestety, wagony przesuwały się już zbyt szybko, żeby ryzykować wskoczenie w biegu. Wściekły na samego siebie podreptałem do służbówki. Dróżnik uchylił okno i z lekkim uśmiechem stwierdził:

– Spóźnił się pan, panie Leszku.
– No widzę. Cholera, muszę się na rano dostać do Krakowa. To był ostatni, prawda?
– Ostatni.
– Szlag by to…

Zerknąłem bez większych nadziei w stronę postoju. Dwanaście lat temu mieliśmy trzy taksówki. Teraz została tylko jedna, ale o tej porze duży fiat Małołęckiego dawno stał zaparkowany pod blokiem.

– Ostatni według rozkładu. Ale za niecałą godzinę Słupia będzie tu miała mijankę z towarowym. Zatrzyma się na krótko, ale jak pan poczeka o tam, przy tamtej platformie, spokojnie pan zdąży. Tylko bilet pan będzie musiał u konduktora kupić bo tu kasa już nieczynna.
– Nie wiem jak panu dziękować.
– Nie trzeba. I niech pan uważa, ślisko jest.
– Oczywiście. No, to dobranoc, strasznie mi pan pomógł.
– Jeszcze pan nie dojechał, niech pan nie dziękuje. Powodzenia!

Na platformie przeładunkowej faktycznie było ślisko. Odsłonięta na podmuchy wzmagającego się z każdą chwilą wiatru, była jednym z ostatnich miejsc, w których miałem ochotę się teraz znajdować. Wdrapałem się po stromych schodkach i w ramach zabijania nudy spacerowałem w tę i we w tę. Plecak trochę ciążył, ale dzięki temu miałem obie ręce wolne.

Ekspres nadjechał czterdzieści minut później. Dla mnie – cała wieczność. Ręce, chociaż w rękawiczkach i kieszeniach kurtki, miałem zgrabiałe. Nos, kawałek bezkształtnego kartofla, genetyczne nieporozumienie i spadek po tysiącach kartoflowatokształtnych nosów przodków, był jedyną częścią twarzy, która trochę wystawała na mróz znad podwójnie owiniętego, biało-niebieskiego szalika. Nie czułem nosa kompletnie. Dziwne uczucie.

No i oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie przegapił prostego faktu, że dróżnik kazał mi czekać obok platformy a nie na niej, o czym zorientowałem się odrobinę za późno. Pół biegnąc, pół ślizgając się, dotarłem do schodków, ryzykownie zbiegłem, prawie przewracając się na samym dole. Byłem z pięć metrów od wagonu kiedy usłyszałem znajome, głuche skrzypnięcie. Pociąg ruszał.

Na szczęście pociąg to nie bolid formuły pierwszej, więc zanim wagon nabrał prędkości, zdążyłem złapać się poręczy i wskoczyć na dolny stopień. Chwilę mocowałem się z zamarzniętymi drzwiami, mając świadomość, że jak ich nie otworzę, będę tak jechał uczepiony poręczy przez co najmniej piętnaście kilometrów. Na szczęście drzwi puściły i chwilę później, lekko zasapany, zamykałem je z drugiej strony, z ulgą opierając się o ścianę. Podreptałem w stronę lokomotywy w poszukiwaniu konduktora.

– Dobry wieczór, chciałbym kupić bilet.
– A kiedy pan wsiadał?
– Teraz, przed chwilą.
– Każdy tak mówi. Bez biletu jedziemy?
– Niech pan przestanie. Uciekł mi ten osobowy o 21:40, a muszę się koniecznie dostać do Krakowa na rano. Mieliście tu mijankę, mój fart.
– Rozumiem. No dobra. Druga klasa?
– Tak, druga.
– I dokąd pan jedzie?
– Mówiłem, do Krakowa. To znaczy tym tylko do Warszawy, a dalej już coś złapię.
– Prościej będzie panu przesiąść się w Gdyni na Lajkonika. Będzie pan w Krakowie na szóstą rano, no i prześpi się pan porządnie. A tak, przesiadka na Zachodnim przed świtem, żadna frajda.
– Ma pan rację. W takim razie poproszę bilet tylko do Gdyni.
– Niech pan siądzie w drugim przedziale, w wagonie zaraz za lokomotywą. Za chwilę do pana przyjdę.

Biletu rzecz jasna nie zobaczyłem. Banknot dziesięciozłotowy wystarczył, żeby dotrzeć do Gdyni. W sumie nie musiałem oszczędzać, CompTrain pokrywał wszystkie koszty. Ale nie chciałem sobie robić wroga z kanara, który przecież jakoś sobie musi dorobić do pensji. Zamiast więc roztrząsać problemy moralne, których i tak bym nie rozwiązał, zapatrzyłem się w białe smugi, wsłuchany w ponure wycie lodowatego wiatru za szczelnie zasuniętym oknem.

Słupsk… Lębork… Wejherowo… Ocknąłem się na głos megafonu zapowiadającego odjazd pociągu ekspresowego „Słupia” do Warszawy.

Cholera, muszę wysiadać!

Na szczęście obyło się bez ryzykownych akrobacji. „Słupia” odjechała jakieś piętnaście minut później, kiedy już popijałem herbatę w jedynej czynnej o tej porze dworcowej kafejce. Była mocna i tak gorzka, że wyraźnie czułem, jak gorący płyn ściąga mi włókna dziąseł i spływa ciepłym, orzeźwiającym strumykiem do żołądka. Chwilę wcześniej kupiłem – tym razem już legalnie – bilet i miejscówkę na „Lajkonika”. Kanapki były przepyszne. Mój pociąg właśnie wjeżdżał na tor przy peronie czwartym.

Wszystko szło jak po maśle.

***

Lepszego momentu na spacer do WARS-a nie mogłem sobie wymarzyć. Jakaś barbarzyńska godzina, na oko pewnie okolice pierwszej trzydzieści. Przejścia między wagonami przyprószone śniegiem, wdzierającym się przez nieszczelne przeguby. Łomoczące nieregularnie sprzęgi. Łoskot kół. Już w połowie ostatniego przed WARS-em wagonu wiedziałem, że coś jest nie tak. Plecy kanara krzyczącego coś niewyraźnie do przypiętej na piersi krótkofalówki zniknęły w przejściu. Podreptałem za nim, wizualizując sobie filiżankę gorącej herbaty.

Dwóch kanarów stało przy wejściu do WARS-a razem z dygoczącym z przerażenia pracownikiem obsługi. Nikogo nie wpuszczali do środka. Wyciągnąłem szyję i zajrzałem przez szybę w zamkniętych na łańcuch drzwiach. Nie było widać za wiele, ale i tak to, co zobaczyłem, sprawiło, że chęć na herbatę przeszła mi od ręki.

Po przeciwnej stronie wagonu, potężny facet o kręconych, czarnych włosach kopał wielkimi buciorami zwiniętego w kłębek człowieka. Inny facet, dużo niższy, rzucił ciężkim szklanym wazonem w naszą stronę. Na szczęście pocisk poleciał trochę w prawo i trafił z hukiem w kontuar. Odłamki szkła posypały się na podłogę. Na aluminiowej framudze jednego z okien widać było długi, karminowy ślad, jakby ktoś przejechał tamtędy gąbką pełną gęstego soku malinowego. Na podłodze pod oknem leżał jeszcze inny facet i krzyczał przeraźliwie, trzymając się za podbrzusze.

Wnętrze wagonu restauracyjnego było w opłakanym stanie. Świeciły może ze trzy świetlówki, pozostałe walały się po podłodze i stołach w postaci ostrych, drobnych odłamków. Przez jedno z okien, częściowo otwarte, do środka WARS-u wpadało lodowate powietrze i hałas. Zanim konduktorzy uprzejmie acz stanowczo odsunęli mnie od drzwi i pokazali gestami, żebym wracał do swojego przedziału, naliczyłem w środku co najmniej pięć osób, wściekle walczących ze sobą na pięści, kopniaki i cokolwiek akurat było pod ręką.

Wróciwszy do przedziału zasunąłem drzwi, zdjąłem pasek od spodni i przywiązałem go jednym końcem do klamki, a drugim do półki na bagaże. Potem zdjąłem buty, wyciągnąłem się wygodnie na wznak, otuliłem się szczelnie kurtką i zapadłem w drzemkę.

Z nerwowego półsnu wyrwało mnie łomotanie w drzwi. Zanim zdążyłem odsłonić firankę, żeby sprawdzić, kto to, klamra od paska trzymającego drzwi puściła i z głośnym PLINK! uderzyła w ścianę przedziału tuż nad moją głową. Zanim zdążyłem zareagować, wysoka, ciemna sylwetka zajęła całe drzwi. Nie było szans na ucieczkę.

– Dobry wieczór, bilecik poproszę.
– A, to pan… Kurczę, rozwalił mi pan klamrę od paska.
– Trzeba było otwierać jak pukałem. Spał pan?
– Tak. Był pan w warsie? Co tam się właściwie stało?
– Jacyś Cyganie pobili się między sobą, ale już ich sokiści zwinęli w Radomiu. No i wagon trzeba było wyczepić, konkretnie tam napsuli. Bilecik.
– Tak, tak, już. Proszę bardzo.
– W Krakowie będziemy ciut po ósmej, trochę żeśmy opóźnienia złapali przez tą zadymę.

***

Niczym Fileas Fogg, wszedłem do sali wykładowej dokładnie w chwili, kiedy wielka, ciężka wskazówka zegara ustawiła się prostopadle do swojej grubszej, za to krótszej siostry. Siostra wskazywała dziewiątkę. Just in time.

Wariactwo.

***

Kurs był intensywny. Grupa faktycznie mocno zaawansowana, widać, używają Accessa na co dzień. Wcale się nie dziwię, że Wally (nieznany mi zupełnie Waldek Machuła), który zwykle prowadził kursy dla początkujących, poległ. Sam musiałem raz czy drugi przyznać się do chwilowej niewiedzy, przez co większość przerw na kawę i ciacho, zamiast spędzić na kawie i ciachu, spędzałem przekopując się przez dokumentację. Było warto. Na koniec kursu nie pozostawiłem żadnego pytania bez odpowiedzi, a także uzyskałem całkiem niezłe noty od kursantów.

Swoją drogą za każdym razem zadziwia mnie od nowa prostota tego pomysłu. W szkole, nieważne, podstawówce, liceum czy na studiach, jedna rzecz jest całkiem jasna: nauczyciele wystawiają oceny, a uczniowie zakuwają (albo kombinują), żeby dostać lepsze oceny. Albo żeby po prostu zaliczyć. W CompTrain-ie sytuacja była dokładnie odwrotna. Nikogo nie interesowało, czy kursanci po ukończonym kursie uzyskali wiedzę, po którą przyszli, i za którą zapłacili gruby szmal. Może z wyjątkiem tych kursów, które przygotowywały do oficjalnych egzaminów certyfikacyjnych, ale to już całkiem inna para kaloszy. W CompTrain-ie tymi, którzy wystawiali oceny, byli kursanci. Prowadzący otrzymujący wyższe oceny dostawali więcej kursów, a co za tym idzie lepiej zarabiali. Było więc o co walczyć. Najgorsze było to, że człowiek nigdy nie wiedział na jaką trafi grupę. Czasem dostawało się znudzonych urzędników, dla których kurs był obowiązkową karą za bliżej nieokreślone grzechy, opłaconą przez urząd miasta. Ci najchętniej wzięliby certyfikaty ukończenia pierwszego dnia, a resztę czasu pili albo grali w Tetris. Częściej były grupy mieszane, opłacane z tłustych budżetów dużych korporacji. Ci byli najgorsi. Kadra menadżerska wymieszana z programistami i zwykłymi biurwami. Jednym się nudziło, bo za wolno, inni nie nadążali, no i weź tu, człowieku, zrób wszystkim dobrze, żeby zarobić chociaż solidne cztery-dwa.

Grupa Wally-ego była w miarę jednolita, mieli konkretne pytania. Przynieśli nawet własne dane firmowe, na których ćwiczyliśmy. To kolejna zaleta prowadzenia kursów z baz danych – człowiek przez pół roku ma okazję zapoznać się z danymi z tylu różnych miejsc, że jak potem trafi do „prawdziwej” pracy, w zasadzie wszystko wie.

Tak czy siak, ankieta na koniec kursu wypadła dla mnie bardzo pomyślnie, ku wyraźnej uldze szefostwa. Bali się, że będzie skarga, i że trzeba będzie powtarzać szkolenie na własny koszt, a może i dorzucić coś więcej w ramach utrzymywania dobrych stosunków z klientem. Tymczasem okazało się, że wybroniłem się (i przy okazji dobre imię firmy) bez pudła i grupa podziękowała mi wysokimi ocenami. Cztery-siedem. Bingo.

Na odchodne przybiłem piątkę z Radkiem, lokalnym nowym sekretarkiem, i na wszelki wypadek upewniłem się, że załatwił najważniejsze:

– Papierkowa robota załatwiona?
– Jasne. Kopia umowy poszła pocztą na twój adres domowy. Druga na email, na wszelki wypadek. Kasa powinna wejść przed dwudziestym piątym.
– Bomba. W takim razie ja już uciekam, dzięki za wszystko. Cześć.
– No, nara.

Szybki spacer na najbliższy postój taxi. Do pociągu dwie godziny, przesiedziałem na dworcu siorbiąc gorzką jak szlag herbatę z plexiglasowej szklanki z uszkiem i skrobiąc notatki. Zawsze sobie robiłem notatki po kursie. Nigdy ich potem nie czytałem; notowanie pomagało mi zapamiętać materiał.

W Słupsku byłem o szóstej rano. Sobota. Do osobowego do domu jakieś czterdzieści minut. Wyszedłem przed dworzec rozprostować kości.

Błąd.

Wydawałoby się, że sobota szósta rano to martwy okres. Nic bardziej mylnego. Jakaś banda debili, średnia wieku w okolicach czternastu lat, zahaczała wszystkich jak leci. Standardowa gadka:

– Komu kibicujesz?

Cholera. Odpowiem, że nikomu, niedobrze. Strzelę w jakiś zespół, spudłuję, też niedobrze. Jak się człowiek nie obejrzy tak dupa z tyłu.

– Odpowiadaj jak się ciebie grzecznie pytam, kurwa.
– Nikomu nie kibicuję.
– A ten, kurwa, białoniebieski szaliczek to co to kurwa ma być. Zaraz ci kosę ożenię, chuju.
– To prezent od babci. Naprawdę nikomu nie kibicuję. Panowie, za dziesięć minut mam pociąg do domu, jak się wam kolor szalika nie podoba, mogę go schować.
– Oddawaj ten szalik i wypierdalaj.
– Nie. To prezent od babci. Mogę go schować, ale nie oddam.

Charakterystyczny trzask rozkładanego sprężynowca rozpoznałem z opóźnieniem. Ostrze już lądowało na mojej szyi. Na szczęście było naprawdę zimno i szalik miałem owinięty na dwa razy. Zanim zdążyłem się wystraszyć, usłyszałem:

– Chodź, Siwy, to cywil jest. Pierdol frajera.

Chmara szczeniaków już kierowała się w stronę następnej ofiary.

Gdyby istniała dyscyplina olimpijska polegająca na nonszalanckim przejściu sprzed dworca PKP na peron na czas, byłbym prawdopodobnie złotym medalistą. Osobowy już stał, drzwi zapraszająco rozsunięte. Wsiadłem, nastawiłem budzik na dwadzieścia minut i zapadłem w płytki, nerwowy sen.

***

Po powrocie do domu wdzwoniłem się do Sieci i sprawdziłem pocztę. 512 kilobitów na sekundę to potężna prędkość, wszystko śmigało aż miło. Spodziewałem się emaila od Radka, z kopią umowy i tak dalej. Tymczasem nic.

Weekend, więc nie było sensu dzwonić do CompTrain-u. Nie znoszę gadać z automatycznymi sekretarkami.

Potem był zjazd rodzinny, jakieś urodziny czy co tam jeszcze. W międzyczasie w panice kończyłem pisać magisterkę. O tym, żeby zadzwonić do CompTrain-u, zapomniałem zupełnie.

Trzy tygodnie później, sprawdzając transakcje na koncie, znalazłem wypłatę z bankomatu w Krakowie i dopiero sobie przypomniałem o szkoleniu. I o Radku, który wysłał mi kopię umowy na email, a oryginał i do domu, a która to kopia wraz z oryginałem gdzieś przepadły bez wieści.

0-12-…

– Dzień dobry, CompTrain, Agnieszka Szupińska, słucham?
– Dzień dobry, pani Agnieszko. Leszek Mueller z tej strony. Pamięta pani może to szkolenie…
– Panie Leszku, tu legendy już o tym szkoleniu chodzą. Wally mówi, że następnym razem jak pan u nas będzie, wykąpie pana w beczce z piwem.
– Rozumiem, no to bardzo mi miło, ale kurczę zastanawiam się czy wszystko gra, bo do dzisiaj nie dostałem żadnej kasy od was, ani nawet kopii umowy. Zastanawiam się co się dzieje.
– Już sprawdzam. Niech mi pan da dziesięć minutek, oddzwonię do pana.
– OK, w takim razie czekam na telefon.

Kto by pomyślał…

Okazało się, że w CompTrain pracuje inny Leszek Mueller, z Katowic. No a Radek, świeżak, nie miał bladego pojęcia, że ja jestem kimś innym. Sprawdził w systemie kadrowym, imię i nazwisko mu zagrało, a tam wolnych strzelców nie mają zarejestrowanych. Tym prostym sposobem pan Leszek z Krakowa po powrocie z długiego urlopu bardzo się zdziwił znajdując w skrzynce pocztowej umowę na szkolenie, którego nie zrobił, a na koncie pokaźną kwotę, którą firma mu za owo szkolenie zapłaciła.

***

Odkręcenie pomyłki zajęło prawie dwa miesiące. A potem jeszcze drugie sześć korespondowania ze Skarbówką, żeby się wybronić z dat i kwot. Co to za dziwny system. Jak się na czas nie udowodni, że się nie jest stonogą, ściągną z człowieka podatek za dodatkowych czterdzieści dziewięć par butów zanim się zdąży obejrzeć.

Ale to już, jak to się mówi, zupełnie inna historia.

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Krakowskie wspomnienie"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Iwa
Gość

Niezła historia.

I już tak nie kokietuj z tym marnym czytelnictwem bloga 🙂

Serdeczności

Dusia
Gość

„W absolutnej ciszy, tylko na chwilę przerwanej cichnącym już stukotem kół Włóczęgi Północy, wielkie, wirujące płatki śniegu spływały leniwie, skrząc się w świetle rzadkich latarni. Biały puch skrzypiał pod bieżnikami podeszew ciężkich, czarnych butów. Codzienny spacerek. Półtora kilometra ze stacji PKP do miejsca, które od ponad dwunastu lat nazywałem swoim domem rodzinnym, chociaż które na dobrą sprawę z domem rodzinnym nie miało zbyt wiele wspólnego.

Jak zresztą żadne inne…Jak zresztą żadne inne…Jak zresztą żadne inne…” Echo, echo, echo….

Piękne opowiadanie, wzruszyłam się.

wpDiscuz