SKP

Pamiętacie o czym marzyła ludzkość w połowie dwudziestego wieku? Że za sto lat osiedlimy Marsa, na Księżycu będziemy robić zakupy, nie będzie chorób i wszyscy będą mieli latające samochody, gadające pralki, a najgorsze czego będziemy się bać to bunt robotów.

Sto lat później… Wszyscy wiemy co wydarzyło się sto lat później. Nic się nie wydarzyło. Zamiast latających samochodów mieliśmy elektryczne, na Marsa nie polecieliśmy, Księżyca nie skolonizowaliśmy. Buntu robotów też nie było, ale to nie dzięki jakimś asimovskim prawom robotyki tylko przez ideologię. Do buntu potrzeba idei, a wąska specjalizacja coraz potężniejszych AI była jednak bezideowa. No i dobrze.

Dziś, prawie ćwierć tysiąclecia później, wcale nie jest dużo lepiej. Od dawna zapowiadana osobliwość nadal jest tylko teorią. Trochę nas przybyło, siedemnaście miliardów nie w kij dmuchał, ale to się wszystko kłębi głównie w Afryce i Azji. Postęp w medycynie jest niezaprzeczalny; całkowicie wyeliminowaliśmy ospę, mukowiscydozę i zaćmę, ale po drodze dorobiliśmy się CJC, abeliny i kuberów, czyli jakby z deszczu pod rynnę.

No dobra, nie płacimy za prąd. To już coś.

A transport?

Barbarzyńskie czasy, kiedy auta (spalinowe!) prowadzili ludzie (żywi!) minęły bezpowrotnie; dziś dzieci uczą się o tym na lekcjach historii. Teraz wszystkim kieruje AI. Samoorganizujące się pasy ruchu 3D, lepsze algorytmy unikania korków, likwidacja stacji paliw, globalna standaryzacja pojazdów – wszystkie te ulepszenia sprawiły, że podróż samochodem zamieniła się z mrożącej krew w żyłach przygody w zwyczajną, nudną, bezawaryjną usługę. Ogólna zasada oczywiście nie zmieniła się: człowiek wsiada do auta w punkcie A i wysiada z niego w punkcie B.

Koleje jednak… Tak. Tu się pozmieniało, zdecydowanie.

Na pierwszy ogień poszły tradycyjne szyny zastąpione magnetycznymi. Zero tarcia, nic się nie zużywa. Co prawda prądu ciągnie od groma, ale ten mamy przecież za friko.

Największym problemem był wagon. Tradycyjny model, w którym pcha się do jednego wagonu setkę ludzi miał w zasadzie tylko jedną zaletę: mogła nim podróżować setka ludzi na raz. Poza tym jednak głównie wady: zawsze znalazł się ktoś z przewlekłym katarem albo jakiś grajek. Pasażer pod gazem. Znudzony gaduła. Kibice. Trzydniowe kanapki z jajkiem. Rezerwiści. Intelektualiści obijający sobie mordy nad wyższością desygnatów nad abstraktami. I tak dalej. Komfortu w tym żadnego, a ryzyko niemiłej przygody – spore.

A potem pojawiła się Eleonora Muskat.

Muskat zbiła majątek na giełdzie. Większość ludzi wygrywających nagle miliardy popada w amok, jednak rodzina Eleonory miała pieniądze od wielu pokoleń i potrafiła się z nimi obchodzić. Eleonora była w stanie zamienić miliard w dziesięć miliardów bez mrugnięcia okiem.

Geniusz finansowy w połączeniu z niespożytą energią i pomysłowością pozwoliły Muskat rozwinąć skrzydła. Oczywiście, były porażki. Pod marką Tekla powstał najpierw słynny prototyp kroczącego biurowca o napędzie atomowym, który nigdy nie wyszedł poza fazę prób. Potem była największa w Europie fabryka wysokowydajnych baterii na pustyni Błędowskiej, którą jednak zamknięto zanim tak naprawdę dobrze wystartowała. Jednak ani to, ani kilka innych niepowodzeń nie zniechęciły Muskat do kolejnych inwestycji.

W końcu trafiło na koleje.

Muskat wiedziała z historii, że pomysły typu Hyperloop nie wypalą ze względu na kompletnie nieprzewidywalną tektonikę naszej planety. Jednak transport powietrzny – tu już można było coś ugrać. W powietrzu było wprawdzie dość tłoczno, jednak dodatkowy wymiar dawał ogromne możliwości. Osiem lat i trzynaście miliardów dolarów później technologia była już opracowana, przetestowana i wdrożona. Globalnie.

SKP, czyli Szybka Kolej Powietrzna okazała się strzałem w dziesiątkę. Mobilny przedział podróżny mieści jedną osobę, która najpierw zostaje wprowadzona w stan farmakologicznej śpiączki, następnie ułożona w komfortowym leżu i przypięta pasami bezpieczeństwa. Później przedział zostaje hermetycznie zamknięty i przetransportowany do bezzałogowego pojazdu wraz z innymi, identycznie zapakowanymi pasażerami. Potem szybki przelot nad stratosferą (w zależności od dystansu trwa to od trzydziestu minut do czterech i pół godziny), automatyczne lądowanie, pobudka, wypięcie z pasów i gotowe.

Pojedynczy pociąg może przewieźć maksymalnie do ośmiu pasażerów.

Fachowcy z Tekli postawili przede wszystkim na niezawodność. Przez te wszystkie lata funkcjonowania SKP nie zdarzył się ani jeden wypadek. Kontrola jakości była traktowana bardzo poważnie – za odbarwioną gałkę uchwytu można było stracić premię. Dzięki temu chętnych na przeloty ciągle przybywało, zaczęła działać ekonomia skali. Ceny, na początku wariackie, zaczęły nieco maleć. Dziś koszt nadal jest astronomiczny jak na kieszeń przeciętnego Kowalskiego, ale duże firmy chętnie wysyłają swoich kluczowych pracowników na drugi koniec świata. Czas to pieniądz, a połączeń SKP jest dziś już kilkanaście tysięcy i stale przybywa nowych.

SKP pokochałem od pierwszego przelotu. Mam taką pracę, że muszę się często przemieszczać po świecie i firma płaci bez mrugnięcia okiem. Mają głębokie kieszenie.

Wnętrze przedziału nie jest jakoś specjalnie wyposażone. Pasażer śpi, więc nie trzeba mu serwować posiłków ani rozrywki. Ot, komfortowe leże, do tego szerokie na pięć cali pasy bezpieczeństwa, system filtrowania powietrza… I to w zasadzie wszystko. To znaczy do niedawna, bo ostatnio inżynierom Tekli udało się zbudować neuroprzekaźnikowy wśniacz, który – za pomocą niewielkiej obręczy nakładanej śpiącemu na skronie – potrafi przenieść jaźń pasażera w świat rzeczywistości wirtualnej. Wśniacze od razu stały się standardowym elementem wyposażenia przedziału SKP, w ofercie są programy rozrywkowe, erotyczne, sportowe, survival, a nawet tak egzotyczne rzeczy jak szydełkowanie, jazda na strusiu czy gra na thereminie. Dopłata jest stosunkowo nieduża, a wrażenia – podobno – niesamowite.

Piszę „podobno” bo mój pracodawca uznał, że nie potrzebuję takiego zbytku i do tej pory zawsze latałem wersją podstawową. Jednak tamtego poranka postanowiłem zaszaleć i dokupiłem sobie – już na miejscu – pakiet z wśniaczem. Na pytanie o tematykę poprosiłem o wylosowanie czegokolwiek.

Przelot miał potrwać około czterech godzin (Włoszczowa – Wellington to jedna z najdłuższych tras SKP), liczyłem więc na solidną porcję rozrywki. Dałem się napoić i uśpić robotowi przygotowującemu pasażera do lotu. Ostatnie co pamiętam to delikatne wkłucie wenflonu z usypiaczem.

Okazało się, że wylosowałem program historyczny, z wesołym miasteczkiem z końca 20 wieku. Przejechałem się kilka razy super szybką kolejką górską, wlazłem na diabelski młyn, skosztowałem gorzkiej lokalnej kawy i przesłodzonych pączków, po których rzygałem dobry kwadrans w lokalnej toalecie. Przeleciało mi tak łącznie z półtora godziny, kiedy nagle wszystko znikło zastąpione absolutną ciemnością, w której słychać było tylko rozrywający bębenki uszne łomot i ryk dartego metalu. Cały świat zatrząsł się, poczułem jak jakaś straszna siła próbuje wyrwać mnie z pasów. Potem uderzyłem w coś głową i straciłem przytomność.

Nie wiem ile czasu byłem nieprzytomny. Może pięć minut, może kilka godzin? Najpierw poczułem pulsujący, tępy ból nad lewym okiem, potem próbowałem wstać, ale pasy trzymały mocno. Poczułem przypływ paniki, zacząłem krzyczeć. Czułem oblewające mnie fale potu i zaraz potem przenikliwego zimna. Miotałem się w pasach, próbując dostać się jakoś do klipsa otwierającego, ale bezskutecznie. Po chwili przypomniałem sobie o zapasie tlenu – czy dwa dni to dużo? Jeżeli będę się tak wysilał, zużyję zapas dużo szybciej. Zmęczony i przerażony rozluźniłem mięśnie i zacząłem nasłuchiwać.

Nic. Żadnych odgłosów, z wyjątkiem mojego własnego oddechu.

Przeleżałem tak dobre – bo ja wiem – pół godziny? Godzinę? W takich sytuacjach subiektywny czas płynie inaczej, ciężko powiedzieć. W końcu usłyszałem jednak jakieś głosy. Jakby dwoje ludzi rozmawiało za bardzo grubą ścianą. Zacząłem znów wydzierać się na całe gardło i miotać w swoim maleńkim więzieniu – dialog ucichł. Za chwilę poczułem jak ktoś łomocze czymś ciężkim w mój przedział, po chwili drzwi się otworzyły i zobaczyłem pochylającego się nade mną starszego mężczyznę.

— Żyje! — odezwał się do swojej towarzyszki, która w tym momencie wyłoniła się zza jego pleców — żyje i chyba nic mu nie jest, tylko niewielki szok. I potem do mnie — Hej, człowieku, jak masz na imię? Możesz mówić?

— Sz… — odkaszlnąłem gwałtownie — Szymon Brass. Jezu, myślałem że tu już umrę, dzięki za uratowanie mi życia.

— Z tym to się jeszcze zobaczy — odrzekł mężczyzna — Jestem Carl. Carl Munroe, a to Lakshmi — dodał wskazując na hinduskiej urody kobietę w bliżej nieokreślonym wieku. To ostatni przedział, jaki udało nam się znaleźć. W pozostałych… przykra sprawa. Nikt nie przeżył. Z ośmiu przedziałów znaleźliśmy siedem, jeden musiał wpaść do wody wcześniej.

— Ale… co się właściwie stało? — spytałem, ciągle nie wierząc, że rozmawiam teraz z jakimś kompletnie mi obcym człowiekiem zamiast rzygać na kolejnej kolejce górskiej w wirtualu. — Gdzie jesteśmy?

— Nie mam pojęcia. Coś nas chyba uderzyło. Może mikrometeoryt? To by był pierwszy taki przypadek… Tak czy siak, nie wiem gdzie się rozbiliśmy, ale zaraz powinni po nas przylecieć — Carl był pełen optymizmu — wiesz, te wagony mają wbudowane automatyczne nadajniki na wypadek awarii, na pewno już ktoś nas namierzył.

— Powiedzialeś — do wody?

— No tak, to rozbiliśmy się dosłownie kilkaset metrów od brzegu, szczęście w nieszczęściu bo mój przedział rozleciał się praktycznie na kawałki, a ja słabo pływam.

— A telefony? Możemy zadzwonić po pomoc? — zapytałem bez większego przekonania gramoląc się jednocześnie na zewnątrz.

— Niestety, cały przedział bagażowy odpadł gdzieś po drodze. Mamy tylko to, co na sobie.

„No ładnie” — pomyślałem sobie i zacząłem się zastanawiać. Musieliśmy się rozbić gdzieś między Tasmanią a Nową Zelandią. Tu jest tyle małych wysepek, że mogą nas szukać latami. Nadajnik awaryjny pewnie działa, ale pewności nie ma… W razie czego na pewno mogą próbować odtworzyć trasę pociągu z GPS, przecież to jest monitorowane na bieżąco. A więc nie powinno być tak źle. Tylko pytanie, ile czasu im to zajmie…

Pogrążony w rozmyślaniach, dopiero po paru chwilach zauważyłem, że do naszej trzyosobowej grupki zaczęły podchodzić takie jakby wielkie jaszczurki.

— To są warany — powiedziała Lakshmi — z ich prędkością raczej nie zrobią nam krzywdy, ale jeżeli pójdziemy spać… One są mięsożerne.

— Spać? Myślisz, że ratownicy nie przylecą jeszcze dzisiaj?

— Nie wiem. Lepiej być przygotowanym.

Ze zbudowaniem osłony przed waranami było na początku trochę problemu – w okolicy nie było żadnych materiałów nadających się do postawienia choćby najprostszej ściany. Na szczęście Carl wymyślił, żeby rozebrać pozostałe przedziały pociągu na części i spróbować ich użyć do zrobienia prymitywnego kromlechu. Lepszy rydz, niż nic.

Dwie godziny później siedzieliśmy już, zmęczeni, w środku szczelnego kręgu zrobionego z wkopanych w piasek kawałków przedziałów. Warany póki co nie podchodziły bliżej, ale uwaga Lakshmi o diecie tych wielkich jaszczurek nie przestawała napawać mnie zgrozą.

— Słuchajcie — powiedziałem — jeżeli faktycznie przyjdzie nam tutaj nocować, to przydałoby się znaleźć jakieś źródło wody. O suchych pyskach daleko nie zajdziemy.

Zrobiliśmy całkiem spore koło. Wdrapaliśmy się nawet na coś w rodzaju góry, chociaż bardziej pasowałoby określenie „pagórek”. Piaszczyste wzniesienie, z którego można było zobaczyć całą…

Wyspa. Byłem zamknięty na parokilometrowej długości, piaszczysto-kamienistej wysepce, z dwójką kompletnie obcych ludzi, stadem wygłodniałych waranów, bez wody i jedzenia, a jedyną szansą na ocalenie był nadajnik awaryjny, który — przynajmniej w teorii — wysyłał cały czas sygnał SOS do wszystkich możliwych służb porządkowych w zasięgu.

Dwa dni później zaczęło się robić naprawdę nieciekawie.

Warany chwilowo nakarmiliśmy ciałami naszych bardziej pechowych współtowarzyszy podróży. Śmierdziało okropnie, ale gadom to nie przeszkadzało. Rzygałem potem gorzej, niż po tamtych pączkach.

Problem z wodą pozostał. Żelazne racje wydobyte z pozostałych przedziałów skończyły się dość szybko, chociaż oszczędzaliśmy każdy łyk.

Byliśmy głodni, Carl chyba zwichnął sobie kostkę, bo kulał. Lakshmi próbowała trzymać fason, ale widać było, że jest z naszej trójki najbardziej wykończona.

Ostatnimi siłami postanowiliśmy zbudować tratwę. Skoro nikt po nas jeszcze nie przyleciał, nie było sensu czekać na pomoc.

Za element wypornościowy posłużyły nam wyrwane z porozbijanych przedziałów butle z tlenem. Do nich przywiązaliśmy zrobionymi z naszych koszul prymitywnymi linami fragmenty przedziałów – te same, które przedtem posłużyły do postawienia osłony przed waranami. Po pięciu czy sześciu próbach, kiedy już zaczynaliśmy tracić nadzieję, w końcu udało się zrobić coś w rodzaju tratwy bez żagla, na którą wdrapaliśmy się i odpłynęliśmy z niegościnnej wyspy.

„Odpłynęliśmy”, dobre sobie. Najpierw fale przyboju spychały tratwę z powrotem na ląd, ale za każdym razem trochę dalej na wschód. Potem jak się w końcu udało wyjść w pełne morze, zrobiło się całkiem kiepsko. Przenikliwy wiatr sprawiał, że byliśmy przemarznięci do szpiku kości, w dodatku zaczął padać deszcz. To wszystko w połączeniu ze świadomością, że nie mamy jak sterować naszą rozlatującą się łupinką sprawiało, że siedzieliśmy na tej nieszczęsnej tratwie jak skazańcy, szczękając zębami i modląc się o szklankę słodkiej wody i kawałek koca.

Wszystko skończyło się z nadejściem nocy.

Najpierw umarła Lakshmi. Wielka fala po prostu zmyła ją z pokładu. Próbowaliśmy ją wołać, ale narastający huk wiatru i nieskończenie wielkiej wody zagłuszał wszystko.

Potem przyszła kolej na Carla. Zasnął i już się nie obudził, a jego ciało zsunęło się w ciemne fale przy kolejnym przechyle tratwy.

Ja miałem być następny. Wzburzone fale wreszcie przewróciły moją jedyną nadzieję na ratunek i wpadłem do wody. A że pływak ze mnie kiepski… Chwilę później przestałem walczyć z kipielą. Złapałem ostatni w życiu oddech i zacząłem opadać w kierunku dna.

Obudziło mnie ukłucie igły i miękki głos robota:

— Welcome to Wellington, Mr Brass. Would you like a light refreshment? Bathroom facilities are that way. You should be up and running in no time. Thanks for chosing Fast Air Airlines and enjoy your stay in New Zealand.

Zrozumienie nadeszło po kilku sekundach. To był tylko losowy pakiet rozrywkowy! Żyję. Nie ma żadnej tratwy, wyspy, katastrofy. Nie umieram z pragnienia, nie pożrą mnie warany, nie utonę, nie umrę od hipotermii.

A żeby was.

Franka poznałem przypadkiem, w jednym z kilkunastu miejsc pracy, przez które się w życiu przetoczyłem. Kilka lat temu Frank porzucił życie korposzczura – bazodanowca, wziął sobie urlop od życia i wyjechał do Berlina, gdzie napisał całkiem zgrabną trylogię „Knight Series”. Teraz przygotowuje się do wydania kolejnej książki. Tym razem będzie to jednak zbiór mini-opowiadań, który miałem zaszczyt czytać zanim zrobił to ktokolwiek inny.

Powyższy tekst jest moją bardzo, ale to bardzo nieudolną polskojęzyczną interpretacją jednego z tych opowiadań. Zmieniłem zakończenie, dodałem postać Eleonory oraz cały ten wstęp o historii ludzkości od połowy dwudziestego wieku.

Profil Franka można znaleźć tutaj. Jeżeli lubisz dobre historie szpiegowskie, polecam!

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
bagienny Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
bagienny
Gość

Za długo. W sumie Cię rozumiem, to, że żyjemy w mvp zorientowałem się na progu XXI wieku. Nic nie będzie dopóki się komuś nie będzie opłacać (międzynarodowe korporacje… bwahahahaha) albo będzie miał kogoś przed kim będzie miał prężyć muły (Zimna Wojna) albo ktoś będzie miał zwyczajnie pieniądze i fantazję (Elon Musk).