Plan idealny

In Fikcja by xpil6 Comments

Plan nie mógł się nie udać.

Żeby jednak mieć pewność, że tamci dobrze rozumieją jego komunikat, Evan przed chwilą zabił dwoje zakładników. Tak na wszelki wypadek.

Pierwszym z nich był gruby, łysiejący facet w szarej marynarce i nieproporcjonalnie dużych okularach, który tuż przed tym, jak zarobił kulę między oczy, piskliwym głosem próbował przekonywać Evana, że ma na utrzymaniu rodzinę. Evan nigdy nie miał rodziny, natomiast chronicznie nie cierpiał grubasów, ponieważ uważał, że człowiek nie powinien tak się zaniedbywać. Strzał był czysty i okularnik umarł bezboleśnie.

Drugim, dużo bardziej pechowym zakładnikiem, była czterdziestoparuletnia kasjerka, która uruchomiła alarm. Dyskrecja nie była elementem planu Evana i wyjący alarm był ostatnią rzeczą, która by go martwiła. Postanowił jednak pokazać wszystkim przyszłym kasjerkom, które będą kiedykolwiek brały udział w napadach na banki, żeby nie zachowywały się zbyt bohatersko jeżeli chcą jeszcze trochę pożyć. Kasjerka zarobiła precyzyjne cięcie w okolice krtani. Z cichym bulgotem utopiła się we własnej krwi zanim ciśnienie tętnicze spadło poniżej krytycznego poziomu.

Evan upewnił się, że obydwie śmierci zostały zarejestrowane na kamerach security.

Stał teraz z wciśniętym przyciskiem detonatora, z telefonem przy prawym uchu, i tłumaczył temu dupkowi, który próbował z nim negocjować przez ostatnich 40 minut, że naprawdę nie żartuje, i że jeżeli puści przycisk, seria eksplozji bardzo dokładnie pozamiata całą dzielnicę z aut, biurowców i parudziesięciu tysięcy pracujących w tych biurowcach ludzi.

***

Carli Stettler, zastępującej chwilowo niedomagającego szefa bostońskiej policji, wystarczył tylko jeden rzut oka na zbielałą twarz negocjatora. Było naprawdę kiepsko. Liu Chang III był jednym z najlepszych specjalistów od negocjacji z terrorystami, samobójcami i wszystkimi tymi świrami, przez których takie niedzielne popołudnia jak dzisiejsze trzeba było spędzać w pracy, zamiast byczyć się gdzieś w Lake West. Fakt, że terroryście udało się wyprowadzić Liu z równowagi świadczył o tym, że nie był to zwykły bomber, którego można odstrzelić przy pierwszej lepszej okazji. Rabuś chwilę temu uporał się z przelaniem ponad półtora miliarda na różne konta w rajach podatkowych, a teraz wyglądało na to, że uda mu się również wyjść z tego bez szwanku.

Amerykańskie siły policyjne ani wojskowe nigdy nie były zbyt skłonne do negocjacji z bandytami. Jednak wizja centrum Bostonu zamienionego w krater stopowała skutecznie wszelkie zapędy nieszczęśliwej Stettler, której tak dotychczas udana kariera zawodowa w jednej chwili zawisła na bardzo cienkim włosku. Miała jeszcze kilka ładnych lat do emerytury i ostatnie, czego by chciała, to trafienie na karty historii jako winna hekatomby prawie dziesięciu procent populacji tego pięknego miasta. A już najbardziej nie życzyłaby sobie, żeby nastąpiło to pośmiertnie.

Wiadomość o śmierci dwójki zakładników przyjęła z zimnym spokojem. Nie znała tych ludzi i nie do niej będzie należało poinformowanie rodzin. Poprosiła Liu na stronę. Nakazała mu się uspokoić i wziąć w garść.

– Liu, skup się.
– Ale tamtych dwoje…
– Nic z tym nie mogłeś zrobić, nie bądź beksa.
– Kurwa mać!
– Skup się, Liu, potrzebuję dwustu procent twoich możliwości. Tu i teraz.

***

Plan Evana był bajecznie prosty. Zagrozić wysadzeniem miasta, wyjść głównymi drzwiami, wsiąść w zaparkowanego za rogiem Forda. Za skrzyżowaniem Drugiej z Szesnastą zjechać na most, gdzie czekał na niego Stan z helikopterem. Trzy minuty później lądowanie na dachu w Longfellow, po drodze szybka zmiana wyglądu. Jego tożsamości, tej prawdziwej, i tak nikt nie znał.

Za tydzień będzie już smażył dupę gdzieś na Kiribati.

***

– Stettler, słucham.
– Cześć Carla, tu Brian. Jak tam nasz wybuchowy chłoptaś?

***

Brian O’Dowd był pośrednio szefem wszystkich policjantów w promieniu paruset kilometrów, a bezpośrednio także Carli. Pomimo żartobliwego sposobu wyrażania się był wyjątkowo skuteczny w unieszkodliwianiu przestępców. Podlegające mu jednostki znały go jako skurwysyna, który potrafił pozbawić człowieka kwartalnej premii za niedopięty guzik. Jednocześnie dzięki paru naprawdę spektakularnym akcjom podwładni oraz koledzy z sąsiednich okręgów darzyli go niekłamanym szacunkiem.

Tak czy siak, Brian nie mógł teraz być w pobliżu banku, ponieważ zmagał się z dużo bardziej osobistym przeciwnikiem: hemoroidami. Zabieg sigmoidoskopii potrafi pozbawić aureoli nawet największych twardzieli, jednak O’Dowd nie wydawał się zbyt przejęty. Czasem trzeba sobie dać zaaplikować kawałek rurki w dupę, żeby wydobrzeć. Znał gorsze rzeczy. Takie życie.

***

– Jak tam nasz wybuchowy chłoptaś?
– Ma się nieźle. Zabił na pokaz dwie osoby, teraz szykuje się do wyjścia. Chłopcy mają go na muszkach od paru minut, ale aktywował zapalnik, więc nie możemy go zdjąć zanim nie rozbroimy ładunków. A do tego potrzebujemy czasu, którego nie mamy.
– Jakieś alternatywy?
– Możemy spróbować zrzucić faradaya, ale jeżeli się w porę zorientuje, będziesz mógł mi postawić kwiatki na grobie. O ile znajdzie się jeszcze dla mnie miejsce na cmentarzu.
– Straty?
– Póki co zaledwie półtora miliarda dolarów i dwa trupy, ale facet nie przebiera w środkach więc…
– Dobra, Carla, słuchaj. Podsyłam Ci tam kogoś, powinien być na miejscu za 10 minut. Sprawa jest delikatna. Facet pracuje dla federalnych, ale nieoficjalnie.
– Co za facet? Czemu nieoficjalnie?
– Nie mogę ci teraz za dużo powiedzieć, sprawa jest sporo powyżej moich kompetencji. Tak czy siak, ponieważ oficjalnie ten gość jest nikim, możesz go odesłać do wszystkich diabłów i nikt palcem nie kiwnie.
– Nikim?
– Tak, formalnie faceta nie ma. Jeżeli coś się stanie, nikt nie poniesie za to odpowiedzialności.
– „Coś się stanie?” Chryste, Brian, chcesz z zimną krwią wysadzić miasto?
– Nie. Tego chce Evan. Ja chcę temu zapobiec, a ten facet wydaje się być naszą szansą.
– Coś więcej?
– Czas ucieka. Zgódź się.
– Śmierdzi mi to na milę.
– Wolisz trochę smrodu czy dwadzieścia pięć tysięcy zwłok, w tym własne?
– Niech cię szlag, Brian.

***

Leonid Bratsskij kończył rozstawiać sprzęt. Carla w głębi duszy spodziewała się jakiegoś masywnego killera z paroma giwerami i toną elektroniki bojowej. Zamiast tego w jej ciężarówce dowodzenia pojawił się cherlawo wyglądający blondyn o szczurzej twarzy. Z silnym wschodnioeuropejskim akcentem zagaił:

– Pani Carla Stettler?
– Tak, to ja.
– Dzień dobry, Leo Bratsskij. Potrzebuję źródła zasilania, dwóch minut i czterech metrów kwadratowych wolnego miejsca. Dwa metry na dwa.
– Zamierza pan…
– Pani Stettler, o ile się orientuję, mamy bardzo mało czasu. Przestępca właśnie wychodzi.

Rzeczywiście, przez uchylone drzwi główne najpierw wysunęła się dłoń z zapalnikiem. Chwilę potem Evan już szedł wolnym krokiem w stronę schodów.

– Mamy jakieś próbki jego DNA?
– Nie, nie udało nam się do niego podejść. Przypuszczam, że ekipa z laboratorium coś znajdzie, jak już uda się wejść do budynku. Ale teraz…
– Jakieś nagrania głosu?
– Mamy dwa nagrania, dzwonił z komórki. Używał filtra wysokotonowego więc głos jest…
– Nie szkodzi. Poproszę o te nagrania.

Leonid wpiął wtyczkę w złącze audio swojego laptopa. W międzyczasie wyjął z walizki nieduże białe pudełko, otworzył je i również podłączył do laptopa. Zdażył też postawić wysoką na trzy metry teleskopową antenę i podłączyć ją do źródła zasilania. Wszystko zajęło mu niewiele ponad trzydzieści sekund. Po jego pewnych ruchach widać było, że robi to nie pierwszy raz.

W tym czasie Evan zdążył już zejść na dół. Zmierzał teraz wzdłuż zachodniej ściany budynku w kierunku najbliższego skrzyżowania. Nikt mu nie przeszkadzał, ponieważ bardzo wyraźnie wyjaśnił wcześniej negocjatorowi co stanie się, jeżeli któryś z tworzących kordon policjantów choćby pierdnie w jego stronę.

Tymczasem Carla przyglądała się Leonidowi, który najwyraźniej skończył z laptopem. Odpiął wszystkie kable, pozostawiając na miejscu tylko zasilanie anteny. Wziął białe pudełko i otworzył je. Wewnątrz znajdowało się kilkaset małych kapsułek, przypominających wyglądem zwykłe tabletki. Sięgnął lewą ręką do przełącznika u podstawy anteny. „Tabletki” w mgnieniu oka rozsypały się w drobny pył, który zniknął natychmiast, chociaż pogoda była bezwietrzna.

– Carla?
– Słucham.
– W ciągu najbliższej minuty facet musi się odezwać.
– Odezwać?
– Masz jeszcze 55 sekund.
– OK. Liu! Liu, łap za telefon i dzwoń do Evana.
– I co niby mam mu powiedzieć? Życzyć mu wesołych świąt?
– Widzę, że wróciłeś już do normy. Słuchaj, mamy jakieś 40 sekund. Evan musi się odezwać.
– Odezwać?
– Dzwoń!
– Dzwonię.

***

Przypadek jest najbardziej niedocenianym czynnikiem rozwoju cywilizacji. Kuchenka mikrofalowa, penicyilna, klej akrylowy, nawet banalna opona – żaden z tych wynalazków nie powstałby bez odrobiny szczęścia – lub w niektórych przypadkach nieszczęścia – które przytrafiło się wynalazcom.

Liu nie udało się zmusić Evana do mówienia. Evan nawet nie odebrał telefonu. Był skupiony na lekko już ścierpniętych mięśniach lewej dłoni, a także na szybkim marszu w stronę widocznego z daleka Mustanga, rocznik 2009. Sięgał właśnie prawą ręką do kieszeni po kluczyki, kiedy potknął się o leżący na chodniku kamień.

Jakim cudem kamień znalazł się w tymi miejscu, nie wiadomo. Może wypadł z przejeżdżającej ciężarówki, może przyniosły go tu bawiące się dzieciaki. Jednak łapiącemu równowagę Evanowi było to obojętne. Zaklął szpetnie:

– Kurw…

***

Rój zajmował się Nasłuchiwaniem oraz Powielaniem. Matryca akustyczna była niewyraźna, jednak wystarczająco unikalna. Powielanie szło nieźle, wysokoenergetyczne powietrze centrów miast zawsze służyło Rojowi. Liczba Węzłów Podstawowych właśnie przekroczyła szesnaście trylionów, kiedy Ucho zaraportowało, że Cel został zidentyfikowany. Zgodność fali akustycznej z matrycą, po odfiltrowaniu częstotliwości powyżej siedmiuset herców, wynosiła dziewięćdziesiąt cztery i siedem dziesiątych procenta.

Rój podjął decyzję w czasie siedemnastu nanosekund. Zagęszczenie Węzłów w okolicy źródła fali akustycznej było kwestią kolejnych dwudziestu pięciu. Węzły Roju zlokalizowały neurony ruchowe prawej ręki i aktywnie zaczęły blokować dochodzące do nich potencjały czynnościowe. W tym samym czasie inne Węzły zajęły się syntezą miozyny i ADP do mięśni odpowiadających za zginanie palców, pomijając w ten sposób cały mechanizm kaskady neurotransmiterów i powodując natychmiastowe, bezwarunkowe zaciśnięcie palców lewej dłoni. Bezustanna synteza ADP pochłaniała miliardy Węzłów na każdą milisekundę, więc Rój nieznacznie zwiększył tempo Powielania w celu zachowania Równowagi. Dziewięćset siedemnaście milisekund później Rój zidentyfikował detonator. Minęły kolejne dwie milisekundy i trzysta miliardów Węzłów przekształciło w rdzawy pył antenę generującą sygnał aktywujący zapalniki. Ostatnim elementem algorytmu była synteza kilkunastu miligramów pewnego związku chemicznego bezpośrednio do krwiobiegu Celu.

***

Dwie sekundy po tym, jak Carla zauważyła upadek Evana na chodnik – właśnie wtedy, kiedy ze zgrozą wyobraziła sobie detonator wypadający z jego ręki, Liu, z właściwym sobie refleksem, powiedział:

– Żyjemy.

***

Godzinę później reporterzy wszystkich telewizji zachłystywali się niezwykłym finałem sensacyjnego napadu na jeden z banków w Bostonie, w efekcie którego zginęły dwie osoby. Okazało się, że główny sprawca napadu blefował, próbując użyć niedziałającej makiety detonatora. Ponadto ujawniono jeszcze, że facet miał we krwi ponad trzy promile alkoholu. Zeznania świadków oraz nagrania kamer security dostarczyły niepodważalnych materiałów dowodowych, dzięki którym bandyta powinien trafić do celi śmierci w najbliższym czasie.

***

Tylko nieliczni znali prawdę. Udało się zlokalizować i zneutralizować wszystkie ładunki wybuchowe. Pieniędzy nigdy nie odzyskano.

Carla Stettler otrzymała oficjalną naganę i została zwolniona z pracy w trybie dyscyplinarnym. Nieoficjalnie federalni pogratulowali jej szybkiego podjęcia słusznej decyzji, i pozwolili dowodzić nową, eksperymentalną jednostką Nano.

Liu Chang III odszedł z pracy w policji i założył własną firmę. Udziela teraz porad niedoszłym samobójcom i ich rodzinom.

Brian O’Dowd wyleczył hemoroidy i do emerytury szczęśliwie łapał i gromił bandytów.

Leonid Bratsskij dostał nagrodę Nobla w dziedzinie rozwoju nanotechnologii. Do końca życia pracował dla FBI.

Ale, jak to mówią, to już zupełnie inna historia.

***

Niniejsze opowiadanie jest, podobnie jak dwa poprzednie, mieszanką różnych znanych mi wcześniej opowiadań. Nieumiejętnie próbowałem zamaskować fakt, że zarówno styl, jak i większość motywów, są bezczelnie ukradzione od Wielkich.

Po pierwsze primo – styl. Dopiero przy którymś z kolei czytaniu uświadomiłem sobie, że zarówno miejsce akcji (Boston) jak i styl pisania są podświadomie (i nieumiejętnie) zerżnięte z serii thrillerów medycznych autorstwa Tess Gerritsen, których jakiś czas temu naczytałem się po dziurki w nosie (i które zalegają teraz nasze liczne półki). Tylko że Gerritsen pisze również romantycznie, a w tym opowiadaniu romantyzmu jest tyle co kot napłakał.

Motyw z poderżniętym gardłem i z utopieniem się zanim się człowiek wykrwawi, jest zerżnięty żywcem z Sapkowskiego.

Motyw z wyprowadzeniem z banku dużej ilości gotówki drogą elektroniczną zerżnąłem z kolei z oglądanego niedawno filmu (niestety nie pamiętam tytułu), w którym główny bohater (grany przez Johna Travoltę) robi przekręt na dziewięć miliardów – i udaje mu się.

Motyw z Rojem wykluł mi się dość niespodziewanie. Przypuszczam, że jest on luźno związany z powieścią „Wizja lokalna” Lema.

Szczegóły działania mięśni wykopałem – jakże by inaczej – na Wikipedii. Podobnie jak sigmoidoskopię. Łatwo dziś zgrywać mądralę, z Googlem i Wikipedią pod ręką.

P.S. Luźna kontynuacja tego opowiadania, napisana w połowie roku 2013, znajduje się tutaj – zapraszam do lektury.

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Plan idealny"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Właśnie. Za dużo mądrali z Seattle. Nie tędy droga 🙂 Styl bez zarzutu, dowcipnie i inteligentnie, ale lepiej było bez tego googla 🙂 I to rwanie kamery to za szybko jak dla mnie. Może po 100 stronach w finałowym momencie to bym łyknął, a tak to POPculture 🙂

admin
Gość

Jestem niecierpliwy przy pisaniu. Zamiast się przespać z pomysłem tydzień, drugi, ja bym zaraz pisał i to najlepiej od początku do końca, w jeden dzień.

(bajdełej, akurat to opowiadanko zajęło mi dwa dni, strasznie długo)

Dlatego pewnie zarabiam na życie wciskaniem klawisza Enter a nie tfurczością literacką…

valdie68
Gość

Nie uważam, że straciłem czas na przeczytanie, a mam co czytać, więc… Pisz dużo 🙂

dusia
Gość

A nie mówiłam? Pisz, pisz, jak najwięcej!:)

agnieszka_sto
Gość

Podsuwam pomysl:
Mulholland Drive wymieszany z czymkolwiek innym. 🙂

pendragon
Gość

Jak wcześniej wspominalem przy okazji Skoku – czytalo się dobrze, tym razem bez żadnego podpierania się łokciem albo przeskakiwania. Ale po kiego się tak przyznawać że zerżnięte i wyguglane… Wystarczyloby napisac ze inspirowane Gerritsenem, Sapkowskim, Travolta (nie pamietam tytulu)

wpDiscuz