Bóg nie gra ze światem w kości

Niniejsze opowiadanie powstało w ramach walki z nudą na pokładzie samolotu. Jest to zdecydowanie najgorsze, a zarazem najbardziej abstrakcyjne z moich wszystkich dotychczasowych opowiadań. Próbuje pokazać nieco szerszą perpektywę na sens naszego ludzkiego istnienia 😉

Gra była cholernie trudna. H’Dragg już kilkanaście partii temu zrozumiał, że szanse na wygrane ma w zasadzie żadne. W poprzedniej rundzie przeżył dosłownie cudem. Głupi fart. B’Hvangg nierozsądnie wystawił się z parametrami piany i H’Dragg przeskoczył go dosłownie o włos. Ledwie o pół miliona. Sędzie musiały przeglądać nagrania w zwolnionym tempie, żeby ustalić z całą pewnością kto wygrał.

Pozostali przeciwnicy byli bardzo doświadczeni. W ostatniej partii nie udało mu się nawet dotrzeć do pierwszego miliarda. Gdyby nie błąd B’Hvangga, już by nie żył.

Nie powinien był w ogóle zaczynać.

Na takie refleksje było jednak o wiele za późno. Z gry nie można było się wycofać. Teraz mógł liczyć tylko na łut szczęścia. Szczęście jednak wydawało się omijać planszę H’Dragga szerokim łukiem. Zamieszał kośćmi.

Postanowił w kolejnym rozdaniu postawić na metale ciężkie. Rozstawił żetony potencjałów na największych, ciemnych polach planszy. Podciągnął siły wiązań prawie na maksimum, wskaźniki niebezpiecznie wahały się tuż pod czerwoną skalą. Pozostały jeszcze dwa wolne pola parametrów, zdecydował wykorzystać je na nieprzekraczalny limit prędkości i przyczynowo-skutkowość. Resztę ustawień planszy musiał pozostawić ślepemu losowi, no i D’Hummowi, który już ostrzył klęchnie na jego ustawienia.

Zgodnie z regułami, każdy z graczy miał prawo zmienić wartość jednego, wybranego przez siebie parametru na planszy wylosowanego przez system przeciwnika, na inną. Dopuszczalny zakres wartości był losowany przez Grę i pozostawał nieznany, a więc należało działać delikatnie. Wyjście poza dopuszczalny zakres skutkowało karniakiem i przeciwnik mógł zmienić ten sam parametr na planszy H’Dragga.

Wylosował planszę N’Delele. Zagrał łagodnie i zmienił mu domyślny kręt antyprotonów na przeciwny. Było to posunięcie bezpieczne; jeszcze nie zdarzyło się w całej historii Gry, żeby system zablokował możliwość zmiany krętu. Co prawda wpływ tej zmiany grę był również znikomy, ale H’Dragg nie chciał ryzykować osłabiania własnej planszy ewentualnym karniakiem.

D’Humm natomiast zagrał va banque i zażyczył sobie na planszy H’Dragga milionkrotnego zmniejszenia stałej grawitacyjnej. Było to dość ryzykowne, niestety ku swej rozpaczy H’Dragg stwierdził, że jego Plansza przyjęła modyfikację. Z rezygnacją powlókł się do izolowanej sterówki, gdzie miał siedzieć do czasu, gdy jego Gra osiągnie drugi level. „O ile w ogóle gdziekolwiek dotrze”, pomyślał. Z takim G jego Gra mogła w ogóle nie wystartować, czego efektem byłaby natychmiastowa anihilacja sterówki wraz z jej zawartością. H’Dragg nie cierpiał tego elementu Gry, zwłaszcza że przegrał już wcześniej kilka razy i kolejna reinkarnacja mogła skończyć się dla niego dużo gorzej niż dotychczasowe. Westchnął ciężko, usadowił się wygodnie w sterówce – i rzucił kośćmi.

Gra ruszyła.

H’Dragg z zazdrością obserwował zza przezroczystej osłony siłowej plansze przeciwników. Gra T’Khanna wystartowała jako pierwsza, efektownymi kleksami znacząc osobliwości, formujące się wszędzie obłoki gorącej plazmy oraz wyładowania energii wiązań, syntetyzujących coraz to nowe, bardziej złożone molekuły. Zoomer ledwie nadążał z kompresją przestrzeni rozwijającej się w szalonym tempie na planszy T’Khanna.

T’Khann wytrzeszczał w tym czasie swoje wzrocza w kierunku planszy D’Humma, na której pływy supergęstej, wysokoenergetycznej kaszy protonowo-neutronowej tworzyły aysmetryczne, wielowymiarowe struktury pochłaniające entropię w zatrważającym tempie. H’Dragg sądził, że D’Humm musiał urodzić się z jakimś siedemnastym zmysłem, dzięki któremu konstruował swoje plansze w tak niedościgniony sposób. Rzadko kiedy kończył poza podium, a najczęściej był pierwszy. H’Dragg podejrzewał, że tamten ma jakiś cichy układ z właścicielem lokalu, ale wolał nie drążyć tematu za bardzo.

Tymczasem jego własna Gra jeszcze dobrze nie wystartowała. Przyzerowa stała grawitacyjna w połączeniu z niewielką masą wodoru stanowiły bardzo skromne zaplecze i jedyne, na co H’Dragg liczył, to to, że gdzieś się wreszcie utworzy jakaś niewielka osobliwość, która zastartuje tę nędzną planszę.

Ku niewysłowionej uldze naszego gracza, stało się tak w ostatniej chwili, dosłownie na pół miliarda lat przed upływem pierwszego deadline-u. H’Dragg obserwował jak powstała w przypadkowym punkcie planszy osobliwość puchnie w czwartym wymiarze, pozostawiając tu i ówdzie rzadkie jak szylcze odchody zgęstki materii. Pomimo niewielkiej energii początkowej, całość zaczęła się rozłazić na wszystkie strony niczym stare spodnie. Zoomer leniwie odliczał kolejne rzędy wielkości. Dobrze chociaż, że nie dostał pełnej symetrii jak ostatnim razem, kiedy Gra w całości zanihilowała mu się zaraz po starcie. Tym razem antymaterii starczyło ledwie na parę nędznych kwazarków, dzięki czemu miał cień szansy, żeby doczołgać się do trzeciego levelu.

Zaledwie siedemnaście miliardów lat później rozległ się ostrzegawczy brzęczyk alarmowy. H’Dragg obrócił jedno wzrocze w kierunku ekipy sędziowskiej i zobaczył, że Sędzia O’Krwanghh przygląda mu się bacznie spod swoich krzaczastych gnycli. Zdrętwiał.

Dopiero po dobrych trzech miliardach lat zorientował się, że sędzia patrzy na znajdującą się zaraz za nim planszę D’Humma, która właśnie zapadała się w metaosobliwość, kasując po drodze wszystkie pracowicie wydziergane przez Grę atomy. D’Humm z niedowierzaniem we wzroczach próbował zrozumieć co się stało. No cóż. Tak to bywa, jak się przesadzi z niektórymi parametrami. Sędzia bezlitośnie sięgnęło po niebieską wajchę i bez żadnych zbędnych emocji skasowało Grę D’Humma, wraz z pechowym (i wciąż bardzo zdziwionym) graczem. Oczywiście D’Humm mógł sobie pozwolić na szybki backup inkarnacyjny, więc zaraz odrodził się obok miejsca, gdzie ledwie sto milionów lat temu znajdowała się jego sterówka. Ale w Grze już nie brał udziału.

Tymczasem bieżąca partia dobiegła do fazy zrównoważonej. Gracze bacznie obserwowali wskazania życiomierzy, próbując wychwycić jakiekolwiek oznaki rozumów w swoich planszach. Jednak poza kilkoma drobnymi smarkami pseudointeligencji, trwającymi ledwie drobne ułamki milionów lat, wszystkie plansze były martwe jak hadron na pustyni.

H’Dragg końcem końców zremisował z N’Delele, ponieważ obaj mieli na koniec swoich wieczności identyczne entropie. A sędzie poszły na stronę i ustaliły, że znudziło im się tak ciągle sędziować (chociaż upłynęło ledwie kilkanaście eonów od czasu, kiedy zaczęła się pierwsza Gra). Sędzia O’Krwanghh postanowiło zająć się od tej pory trenowaniem młodych Gnęśli, żeby za jakiś czas mieć zastępstwo. A sędzia Klumpff poszło na zaś, jak zwykle.

I już nikt więcej nie musiał ginąć w sterówce.

Dublin-Londyn-Dublin, 12-13 lutego 2014

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Bóg nie gra ze światem w kości"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jacek
Gość

Ma potencjał. Tylko zakończenie niespodziewanie urywa dobrze zapowiadający się wątek. Pociągnąłbym to dalej a nie zakończył remisem. To oczywiście tylko moim zdaniem.

wpDiscuz