Fresk

Poniższy tryplecik był pisany w strzępkach wolnego czasu, na przestrzeni około czterech miesięcy. Brakuje mu spójności, pomysłu, stylu i sensu. Fabuła rwie się niczym sparciały kołnierz kurtki stryja Zenona na przednówku. Autor pisze na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia. Nic nie pasuje i nic się nie zgadza. Niżej upaść już nie sposób. Witamy na blogu xpil.eu…

***

Nicola westchnął ciężko. Był zdecydowanie za stary na takie przygody.

Szybko odrzucił tę myśl.

„Starość zaczyna się w umyśle. To stan świadomości. Ciało jest wtórne.”

Tak zwykł mawiać jego świętej pamięci ojciec, który dożył osiemdziesięciu trzech lat, i który do samego końca twierdził, że jest zupełnie młody, tylko czasem musi naoliwić tę cholerną maszynę, żeby za bardzo nie skrzypiała. Oliwił zwykle Jasiem Wędrowniczkiem, chociaż pod koniec miesiąca zdarzało się, że do konserwacji „cholernej maszyny” używał zwyczajnego spirytusu.

Niezależnie jednak od tego, co mówił na ten temat jego ojciec, fakty były bezlitosne. Nicola miał już więcej z tyłu, niż z przodu. Był tego boleśnie świadom i świadomość ta coraz częściej drażniła go nieznośnym brzęczeniem gdzieś z tyłu głowy. Jakby ktoś wsadził mu pod czapkę worek wściekłych ós.

Spojrzał jeszcze raz na sufit. Pomimo zwichniętej kostki, pulsującej tępym bólem, oraz sporych rozmiarów guza rosnącego na czole niczym cholerna parodia bindi, przepełniało go wewnętrzne zadowolenie i poczucie spełnienia. Fresk sprawiał, że ciasne wnętrze niewielkiego kościółka wydawało się teraz o wiele większe, niż trzy miesiące temu. Najtrudniejsze były narożniki. Właśnie przez jeden z nich Nicola o mało nie przywitał się dziś z ojcem. Pędzel ledwie sięgał ostatniej, narożnej cegły i Nicola musiał trochę za bardzo wychylić się w tamtą stronę. Upadek z wysokości czterech metrów zakończył się pechowo. Skręcona kostka byłaby niewielką ceną za nieostrożność. Jednak kiedy niezdarnie gramolił się z kamiennej podłogi, oberwał w sam środek czoła szczebelkiem drabiny, która po dłuższym wahaniu, właśnie w tamtym momencie zdecydowała się jednak przewrócić.

Mogło być gorzej. Cztery centymetry niżej i skończyłby z pogruchotanym nosem. Dwa centymetry w lewo albo w prawo i mógłby w szkolnym teatrzyku grać cyklopa bez charakteryzacji.

Przykładając do czoła zwilżony ręcznik oceniał swoje dzieło z perspektywy podłogi. Oczyma pamięci wciąż widział stary, szarobury sufit i próbował sobie wyobrazić radosne zaskoczenie widza – może turysty, może księdza, a może po prostu przypadkowego przechodnia – który zamiast tradycyjnego w tych okolicach betonowego sufitu ujrzy jego dzieło. Fresk przedstawiał rozwścieczony tłum wiernych, wrzucających zawinięte w śnieżnobiałe prześcieradło ciało do rwącej pod drewnianym mostem, spienionej rzeczki. Kolory, jak zwykle, udało się odwzorować idealnie. Specjalna farba zapewniała trwałość obrazu na wiele lat po tym, jak prawnuki Nicoli opuszczą ten padół.

Chciał jeszcze dziś dokończyć ten ostatni narożnik, ale po krótkiej wewnętrznej walce dał sobie spokój. Promienie sierpniowego słońca rzucały długie cienie na nieregularną szachownicę kamiennej posadzki. Ból głowy wprawdzie ustąpił, ale kostka wyglądała nieciekawie. Niezdarnie podpierając się krzesłem, Nicola pokuśtykał do głównych drzwi. Na zewnątrz rześkie powiewy wieczornego, alpejskiego wiatru sprawiły, że szczelnie dopiął kurtkę pod samą szyją. Wyjął zza pazuchy przedpotopową komórkę i zadzwonił do Phyllis.

***

Papahi Takete Tuatapu bezceremonialnie gapił się na przybysza. Papahi wszystko robił bezceremonialnie, ponieważ miał taki charakter. Poza tym był królem tej wyspy, a także kilku sąsiednich wysepek, wystawiających niewielkie czubki skał ponad spokojne o tej porze roku fale Pacyfiku. Jako król nie musiał martwić się o żadne konwenanse.

Gość nie wyglądał na więcej niż pięćdziesiąt lat. Czerstwe oblicze pokrywała warstwa trzydniowego zarostu. Dotarcie ze środka Europy aż tutaj, na Tonga, wymagało od Mikołaja dużej dozy cierpliwości, a także całkiem sporej dozy gotówki. Łapówki, które urzędnicy wyspiarskich państewek uważali za coś tak naturalnego jak powietrze czy woda, pochłonęły już lwią część budżetu przeznaczonego na tę wycieczkę. Miało to swoje dobre strony. Mikołaj musiał po drodze zgubić kilku zbyt wścibskich osobników o lepkich rękach i niedobrych spojrzeniach sugerujących, że za dziesięć dolarów chętnie poderżnęliby mu gardło, a gdyby ich ładnie poprosić, zrobiliby to pewnie za darmo. Ponieważ jednak nie był to jego pierwszy wypad w te okolice, potrafił sobie radzić z takimi oprychami. Wyglądał niepozornie, co bardzo pomagało osłabić czujność wszelakiej maści zbirów. Tym gorzej dla nich. Jednak ponieważ większość gotówki już się rozpłynęła w czeluściach machiny urzędniczej, Mikołaj przestał być łakomym kąskiem dla tych, którzy zazwyczaj skubali frajerów, a którzy jeszcze nie mieli przyjemności obcowania z naszym podróżnikiem. Ci, którzy tę przyjemność mieli, zasilali obecnie szeregi pacjentów intensywnej opieki medycznej okolicznych szpitali. Ci bardziej pechowi zasilali piramidę pokarmową oceanicznej flory i fauny, przyczyniając się do użyźnienia i tak już bogatego w składniki odżywcze dna.

Papahi był nieufny. W maleńkiej społeczności rządzonego przezeń królestwa nie było miejsca na zaufanie. Zwłaszcza na tak wysokim stanowisku. Słowa „ufny” i „martwy” były w tych okolicach synonimami. Należało się mieć na baczności przez cały czas. Król na wszelki wypadek postawił w zacienionych narożnikach swej ogromnej, półotwartej komnaty swych najlepszych łuczników. Co prawda istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że ktoś będzie próbował przekupić łuczników, aby pozbyć się króla, jednak Papahi dobrze dobierał swych przybocznych.

Mikołaj spokojnym, zdecydowanym, ale nie za szybkim krokiem, zmierzał w kierunku tronu. Nie wiedział o czających się w ciemnościach łucznikach, ale przypuszczał, że Tuatapu ma jakieś zabezpieczenie na wypadek, gdyby gość okazał się podstawionym mordercą. Dlatego też szedł z rękoma lekko rozchylonymi, tak, żeby król mógł wyraźnie widzieć wnętrza jego dłoni.

Nie planował nikogo zabijać.

Wizyta Mikołaja miała charakter czysto biznesowy. Jego papierowe konsorcjum od trzech pokoleń rosło w siłę, wbrew przeciwnym prądom historii, podłej ekonomii i zwykłej, ludzkiej złośliwości. Odziedziczony po ojcu majątek był ogromny, a Mikołajowi skutecznie udawało się go pomnażać, z roku na rok. Miał wrodzony zmysł do negocjacji, był bezczelny, a do tego inteligentny i wciąż szybko się uczył, pomimo ciążącego na nim ładunku ponad pięciu dekad intensywnego życia.

Jedna z odnóg konsorcjum, zarejestrowana w irlandzkim Cork firma-córka o przewrotnej nazwie Stampede, operowała na rynku znaczków pocztowych. W ciągu ostatnich kilkunastu lat udało się wchłonąć lub zniszczyć większość krajowych monopolistów w tej branży. Stampede bez pardonu wyrzynało lokalnych potentatów pocztowych, oferując atrakcyjne pakiety zniżek ocierające się czasem o dumping. Jednak żadna z komisji nigdy niczego Mikołajowi nie udowodniła i teraz ekonomia wielkiej skali zaczynała przynosić całkiem konkretne zyski. A  Tonga było jednym z ostatnich rynków, które jeszcze opierały się hegemonii Stampede. Bynajmniej nie z przyczyn politycznych czy ekonomicznych. Albo raczej tak, z tych właśnie przyczyn, ale rozumianych dość przewrotnie: było to państewko położone w najbardziej zakurzonym i niedostępnym kawałku globu, o przyzerowej wartości PNB, zupełnie nieliczące się na międzynarodowej arenie politycznej. Jednak Mikołaj zawsze uważał, że rzeczy trzeba doprowadzać do końca, nawet jeżeli ostatnie szczegóły są pozornie nieistotne lub wymagają nieco więcej wysiłku i poświęcenia.

Poza tym, dawno już nie miał porządnego urlopu.

Tak czy siak, maszerował teraz równym krokiem w stronę króla („królika”, jak z lekkim rozbawieniem nazywał go w myślach). Podszedł na odległość wyciągniętej ręki i zagaił po angielsku:

– Wasza Wysokość.

Królik okazał się być królem na poziomie. Po europejsku uścisnął podaną przez Mikołaja rękę i zaprosił go do suto zastawionego stołu, gdzie przez kolejnych kilkanaście minut przeżuwali pieczone banany, sałatkę papajową i kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, a także wymieniali uwagi na temat pływów i pogody. Potem przenieśli się w bardziej zacieniony kąt sali, gdzie przy kieliszku sfermentowanego mleczka kokosowego przeszli wreszcie do rozmowy o interesach.

Chodziło rzecz jasna o reklamy na znaczkach. Z królem nie rozmawiało się o szczegółach, zresztą gdyby zaszła taka potrzeba, w ogóle nie trzeba by było rozmawiać. Pieniądze, przekazane w odpowiednie ręce, otwierają każde drzwi. Mikołaj postanowił jednak zagrać w otwarte karty i poprowadzić sprawę w sposób politycznie poprawny. Sprawdzić, czy jeszcze pamięta smak własnej uczciwości. Tak więc roztoczył przed Takete wizję Tonga opływającego w bogactwa płynące z przychodów z reklamy. Kwiecistym językiem kreślił świetlaną przyszłość obywateli, zadowolonych z łatwego dochodu, mogących wreszcie samodzielnie opłacić studia dzieciom, czy kupić lepszy sprzęt do połowów. Papahi jednak okazał się być politykiem starej daty i szybko przeszedł do sedna:

– Co będę z tego miał?

Mikołaj w ułamku sekundy przeobraził się z jowialnego, przyjaznego faceta z plecakiem w twardego negocjatora (z plecakiem). Król zagrał va banque i zażądał twardo czterdziestu milionów dolarów w gotówce. Mikołaj uśmiechnął się lekko i wskazał na plecak:

Omnia mea mecum porto. Wasza Wysokość nie sądzi chyba, że dysponuję taką kwotą? Poza tym, to prawie dziesięć procent waszego przychodu narodowego brutto. Mogę zamiast tego zaoferować krowę i trzy jaki.

Zagrywka była zwykłą prowokacją. Mógłby potem zorganizować akcję pacyfikacyjną pod pretekstem bezprawnego ataku na prezesa dużej firmy. Jednak królik nie dał się sprowokować i odrzekł z podobnym uśmiechem:

– Masz w tym plecaku krowę i trzy jaki?
– Mogę Waszej Wysokości zorganizować sto krów i tysiąc jaków w ciągu dwudziestu czterech godzin.
– W tym klimacie pierwsza setka wyzdycha zanim zdążysz przywieźć drugą. Poza tym, utrzymanie jaków kosztuje.
– Ile?
– Sto tysięcy.
– Pięćdziesiąt tysięcy w gotówce, i żadnych jaków.
– Sto tysięcy i ani centa mniej.
– Pięćdziesiąt tysię…

Świst strzały usłyszał już po tym, jak stalowy grot przewiercił się przez jego lewe ramię. Kompozytowy łuk na wielokrążku był dumą Tokoni, najlepszego strzelca w promieniu wielu mil, a także jedynego, który potrafił posługiwać się tego typu bronią. Strzał był czysty, grot minął kość i wyszedł przodem, przez biceps. Środek brzechwy tkwił w ramieniu gościa, który powinien był teraz wrzeszczeć z bólu. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Twarz Mikołaja przybrała nieco bledszy kolor, w odróżnieniu od rękawa koszuli, szybko nasiąkającego karminem.

– Wasza Wysokość twardo negocjuje, jak widzę.

Pogmerał zdrową ręką w plecaku i wyjął stamtąd niewielkie obcęgi, które następnie przełożył pod lewą pachą do tyłu i przez chwilę próbował obciąć wystającą z tyłu część strzały. Jednak kompozytowa brzechwa nie poddawała się i Mikołaj wreszcie dał sobie spokój. Odłożył obcęgi i spytał lekko uśmiechającego się Takete:

– Mogę się tutaj wykrwawić i narazić Waszą Wysokość na koszty czyszczenia dywanów, albo możemy dobić targu. Wasza Wysokość może liczyć na moją przychylność w kwestiach finansowych, o ile tylko zechce Wasza Wysokość poprosić swoich ludzi o opuszczenie broni, a także zapoznać mnie z lokalnym przedstawicielem służby zdrowia, którego, jak zgaduję, ma Wasza Wysokość na podorędziu.

Ciurkający strumyk krwi świadczył o tym, że strzała musiała uszkodzić jakieś większe naczynie krwionośne. Czuł lekkie ciepło mrowiące go w lewym barku, a także niepokojący bezwład w przedramieniu.

– Ja twardo negocjuję? Najmocniej przepraszam, ale zaszło małe nieporozumienie. Brałeś kiedyś udział w aukcji?

– Zdarzyło mi się, Wasza…

– Skończże już z tą moją wysokością, mówi mi Takete. Wyobraź sobie, brałem kiedyś udział w aukcji. Umówiłem się z domem aukcyjnym, że potarcie brody oznacza rezygnację z dalszej licytacji, a podrapanie się po nosie – podbicie oferty. Potem było jak w tanim slapsticku. Zaswędziało mnie, więc się podrapałem. Teraz tkwię tutaj, zamiast w pierdlu. Tylko dlatego, że zaprzyjaźniony sędzia znał się dobrze z lokalnym podsekretarzem stanu. Muszę spłacić pół miliona dolarów z odsetkami, albo będę królował temu zapyziałemu zakątkowi do końca życia. Hej, nie zasypiaj jak do ciebie mówię!

Po uderzeniu w twarz Mikołaj ocknął się na chwilę, chociaż bardzo chciało mu się spać. Stracił już dobre dwa litry i nie nadążał za bardzo za słowami królika. Półprzytomnie wskazał na lewą rękę, z której wciąż wystawało drzewce i z lekkim uśmiechem zagaił:

– Mmmm, ghbwr?

– Lekarz już idzie, nie panikuj. Skup się i słuchaj. Potrzebuję tych stu tysięcy. Nie targuj się ze mną, bo cię wypatroszę jak bażanta i podam na jutrzejszym obiedzie jako główną potrawę. To jak będzie?

Mikołaj kiwnął głową, nie do końca świadom o co go pytają. Po czym zemdlał, tym razem już na dobre. Ostatnią rzeczą, jaką poczuł, była silna woń sfermentowanych jabłek.

Lekarz chwycił padającego Mikołaja w ostatniej chwili. Zaraz też zabrał się do reanimacji, w tych warunkach polegającej głównie na zatamowaniu źródła krwawienia oraz podtykaniu pacjentowi szmatki nasączonej amoniakiem. Wyjęcie strzały wymagało nacięcia skóry, które półprzytomny Mikołaj przyjął nadzwyczaj spokojnie. Jeszcze tylko parę szwów, zastrzyk przeciwzapalny, więcej amoniaku…

Lekarz dawał Mikołajowi fifty-fifty. No, może ciut więcej, bo chłop był na schwał. Z drugiej strony, stracił całkiem sporo krwi. Jednak skoro pompka ssąco-tłocząca jeszcze się nie zakrztusiła z braku ciśnienia, pacjent powinien przetrwać.

Król w tym czasie z zatroskanym wyrazem twarzy grzebał w mikołajowym plecaku. Jego zawartość okazała się równie tajemnicza co bezużyteczna. Kilka nieoznakowanych pudełek, jakby lekarstwa, czy ki czort? Wojskowy nóż, trochę gotówki (głównie dwudziestki i pięćdziesiątki). Notes z mnóstwem kodów. Kalkulator kieszonkowy. Nie licząc tych paru groszy, nie znalazł niczego, co dałoby się szybko spieniężyć.

Dwie godziny później Mikołaj był już w pełni przytomny i siorbał wodnistą zupę, zaserwowaną przez grubą pielęgniarkę w lokalnym szpitalu.

Dwa dni później odwiedził go Takete i przypomniał o obietnicy. Mikołaj oczywiście niczego nie pamiętał, ale uznał, że sto tysięcy w tych okolicznościach to mniej niż drobne na bułkę. Wystawił więc królikowi czek na całość kwoty, ustalili, że przedstawiciele handlowi Stampede skontaktują się z kancelarią królewską w ciągu kilku tygodni i dograją szczegóły kampanii reklamowej. Potem przybili sobie dłonie (Mikołaj lekko się skrzywił, bo rozorana ręka wciąż rwała świeżym bólem) i pożegnali się jak dobrzy znajomi. Tak jakby jeden z nich wcale nie próbował niedawno zabić tego drugiego. Tak jakby jeden z nich nie próbował niedawno przekupić drugiego kilkoma świecidełkami, perkalem i solą.

Mikołaj chciał jeszcze w tym tygodniu załatwić Samoa, ale po krótkiej wewnętrznej walce odpuścił sobie.

Podmuchy ostrej, oceanicznej bryzy szamotały się z dachem szpitala. Mikołaj westchnął ciężko, wyjął wenflony, wstał lekko ze szpitalnego łóżka, zarzucił zdrową ręką plecak i wyszedł na zewnątrz. Sięgnął do bocznej kieszonki i wyjętym stamtąd, starożytnie wyglądającym telefonem satelitarnym zadzwonił do Peggy.

***

Dfhann Ghraa’z natężał gruchnie przez całe spektrum, aż po samo twarde. Chęchle drżały lekko w skupieniu. Próbował wygruzdać cokolwiek, ale chędodziór był przeżęplony na wskroś, ledwie dało się cokolwiek zgrokować. Przestchnął, lekko już zniecierpliwiony i przenicował gruchnie w podprzestrzenie urojone. Tam było trochę lepiej. Grokował obecność knypli, wyraźną jak sztrucha w gnaci, były też krdochonie i prztycle. Wypełniały szczelnie całą fraktalność chędodzioru, tylko w pi szóstych coś tam kleptało z cicha. Przestroił gruchnie na subplanki, nieco zaniepokojony zbyt szybkim zwijaniem się podprzestrzeni, i wtedy to zobaczył: maleńki pierścień krdochoni ewidentnie klęchnił się, aż wzrocza mrowiły go od nadmiaru przestrzeni.

Gdyby nie subplankowa korekta gruchni, już odszedłby w niebyt. Tymczasem jednak udało mu się odklęchnić cały pierścień i teraz patrzyła na niego stamtąd złowroga jama nicości. Odnicował się z lekkim obrzydzeniem w nadprzestrzeń, zgrokował, że niewiele brakowało.

Po przebudzeniu obiecał sobie solennie nigdy więcej nie sięgać po nalewkę stryja Zenona. Sięgnął po słuchawkę i wybrał numer do Gladys.

***

Koniec.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz