Błąd

Przedsłowie.

Opowiadanko „Błąd” z założenia miało być jednostronicową miniaturką o niefortunnym podróżniku w czasie. Jak już kilka razy wcześniej wspominałem, podróże w czasie to mój ulubiony element każdego porządnego opowiadania SF, o ile tylko jest sprawnie napisane i nie wpada w banał.

Niestety, opowiadanko trochę mi się rozrosło. Głównie dlatego, że od samego początku nie miałem dobrego pomysłu na wyjaśnienie śmierci głównego (i w zasadzie jedynego) bohatera, a bohater ów ginie w pierwszej scenie, więc wypadałoby jakoś tę śmierć potem objaśnić.

Summa summarum zamiast zgrabnej miniaturki wyszedł mi trochę tasiemcowy pasztet. Próbowałem doprawić go szczyptą humoru, ale niestety wyszło jak zawsze. Lem może spać spokojnie, jego „Dzienniki gwiazdowe” a w szczególności podróż, w której Ijon Tichy wpada w obszar wirów czasoprzestrzennych, pozostanie dla mnie niedościgionnym ideałem na wieki wieków. Amen.

***

Musiał gdzieś popełnić błąd.

Do ostatniej chwili, zamiast dygotać z przerażenia, próbował zrozumieć co się stało. Przecież wszystko poustawiał jak zawsze. Do znudzenia, do wyrzygania znany schemat. Odtwarzacz powinien był się włączyć dobre pół godziny temu. Tymczasem stał tutaj, na oczach wszystkich, a kat odczytywał mu coś kompletnie niezrozumiałego.

Nie bał się. Potraktował całe zajście jako niefortunny skrót. I tak by umarł, kilkadziesiąt lat w tę czy we w tę nie robiło żadnej różnicy w kosmicznej skali. Tym bardziej, że doświadczył już geologicznych otchłani czasu. Widział zwierzęta, które jego koledzy zza miedzy, jak żartobliwie zwykł nazywać profesorków z Geo, znali tylko w postaci skamielin. Raz nawet dał się pożreć tyranozaurowi, żeby wiedzieć, jakie to uczucie. Ustawił wtedy Odtwarzacz na dziesięć dni. Oczywiście nie pamiętał potem całego zdarzenia, ale obejrzał sobie wszystko na ekranie Rejestratora. Rex był wyraźnie zdziwiony widząc nagi, dwunożny obiad, który zamiast uciekać, podszedł do niego z otwartymi rękoma, jakby zapraszał do konsumpcji. Dziesięć dni później, a właściwie wcześniej, Daniel szukał już swoich ubrań ukrytych gdzieś w rabarbarowcu. Jedyne, co pamiętał, to lekkie brzęczenie w potylicy, standardowy efekt Cofnięcia. Zapis na Rejestratorze był nudny, nie licząc samego momentu, w którym Rex rozwarł paszczę, a Daniel nagle zmienił zdanie i próbował uciec. Nie ubiegł nawet dwóch kroków. Wielkie zęby zmiażdżyły go na pół, w feerii rozpaczliwego i bardzo krótkiego wrzasku. Obsranych ze strachu nóg tyranozaur nie ruszył. Miał swoją godność.

Ale to było wtedy. Teraz stał na podeście, gapie się gapili, a kat ciągle gadał do niego w nieznanym języku. Sznur uwierał. Daniel spróbował przełknąć ślinę, ale nie udało mu się. Nie szkodzi.

Z braku lepszego zajęcia przyglądał się twarzom gapiów. Biła z nich tępota oraz chęć mordu. Był dla nich tym, czym dla jemu współczesnych telewizja czy prasa poranna. Rozrywką, tanim jarmarcznym widowiskiem. Cieszyli się, że zobaczą drgające na naprężonej linie ciało, i że to nie im się to przydarza, tylko komuś innemu. Wodził wzrokiem od twarzy do twarzy.

Wtedy ją zobaczył. Stała w tłumie i bezczelnie gapiła się na niego tymi swoimi zimnymi oczyma.

Małolepszy, nie doczekawszy się odpowiedzi, sięgnął wreszcie po wajchę i pociągnął zdecydowanym ruchem.

Zanim zaczął spadać, poczuł znajome mrowienie w potylicy i w tej samej chwili tłum zniknął, a kat rozbryznął się z obrzydliwym pluśnięciem. Niestety, mechanizm klapy zdążył już zadziałać i Daniel poczuł pod nogami pustkę. Zrozumienie nadeszło niczym grom. Już wiedział, co zrobił nie tak. Ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał, był świst powietrza wciąganego panicznie przez jego własną, szybko zaciskającą się tchawicę. A potem nie było już nic.

***

Trzy dni wcześniej.

***

Nazywami się Daniel Zięba. Mam czterdzieści siedem lat i jestem pierwszym na świecie podróżnikiem w czasie.

Ideę urządzenia do przemieszczania się pod prąd czwartego wymiaru dopracowywałem od wczesnych czasów studenckich, głównie jako żart. Wszyscy wiedzą, że w czasie podróżować się nie da. Jednak odkrycia na polu Wielkich Energii pokazały, że wbrew naszej dumie i pewności siebie, jesteśmy w głębokim średniowieczu jeżeli chodzi o rozumienie otaczającego nas świata. Wszystkie te teorie supestrun, siatek Plancka i innych relatywistycznych banialuków okazały się, jak zwykle, tylko przybliżeniem stanu faktycznego.

Któregoś lata, w czasie praktyk studenckich w CERN, kiedy to mozolnie przegryzaliśmy się przez petabajty danych eksperymentalnych, zobaczyłem to.

Logika mówiła, że musiał to być jakiś błąd aparatury. Jakiś uszkodzony element termiczny, albo błąd w oprogramowaniu do wizualizacji. Musiałem na kilka dni postawić komputery CERN-u na głowie, żeby przeprowadzić więcej analiz. Wszystko w czasie wolnym od zajęć, ma się rozumieć, kiedy nie musiałem ślęczeć nad standardowymi obserwacjami i bazgrać głupoty w dzienniczku praktyk.

No i udało się. Raz na jakiś czas w próżni tunelu pojawiała się cząstka, która zachowywała się zupełnie jak hadron, ale w jakiś niepojęty sposób umykała próbom wizualizacji. Wyliczenia masy i energii pokazywały, że cząstka przemieszczała się od punktu A do punktu B, gdzie kolidowała z inną cząstką i rozpadała się na wysokoenergetyczne nic, ale nie pojawiała się nigdzie w zasięgu wartych setki milionów dolarów kamer, rejestrujących wydarzenia z taką prędkością, że pojedynczy foton wydawał się pełznąć w ślimaczym tempie.

***

Dopiero Daniel wpadł na pomysł, że te cząstki muszą się przemieszczać pod prąd czasu, a więc z przyszłości w przeszłość. Jednak jego pomysł, chociaż całkiem sensowny, został grzecznie acz stanowczo zakwalifikowany do opowieści niegroźnych wariatów łamane przez pijanych studentów.

Nie dał jednak za wygraną. Za wygraną w totka zbudował sobie własne laboratorium z niedużym akceleratorem cząstek i poświęcił się analizie retrozonów, rodziny cząstek nazwanych tak ze względu na ich kierunek przemieszczania się.

Trzy lata później miał już działający prototyp Urządzenia, za pomocą którego przeniósł trzy dni wstecz żywą mysz. Wiedział już, że eksperyment się nie powiedzie, ponieważ trzy dni wcześniej znalazł martwą mysz na schodach do sypialni. Był to prawdopodobnie efekt kolizji myszy elementarnej z twardym, dębowym materiałem schodów. Dopracowanie bezpiecznego mechanizmu zatrzymującego obiekt przemieszczający się wstecz z szybkością tygodnia na milisekundę na dżul kwadratowy zajęło mu kolejnych sześć lat i tysiące zabitych myszy, które znajdował w rozmaitych miejscach swojego mieszkania. Raz przeżył prawdziwy horror: o drugiej w nocy szedł właśnie do łóżka, akurat był na korytarzu, kiedy w powietrzu znikąd pojawiło się już zmiażdżone ciało myszy i obryzgało mu piżamę wnętrznościami. Pomyślał wtedy, że musi przenieść się z eksperymentami w jakieś bezpieczniejsze miejsce, w przeciwnym razie któraś z myszy zmaterializuje mu się w brzuchu. Albo w uchu.

Pierwszą próbę na małpie zapamięta do końca życia (czyli, o czym jeszcze nie wie, przez trzy dni). Wiedział, że mu się uda, ponieważ trzy dni wcześniej wściekły goryl próbował go dopaść wśród przerażonych wrzasków zdumionych gapiów. Pojawił się znikąd po tej stronie ogrodzenia, po której zazwyczaj stoją zwiedzający. Na szczęście było już późno i gości było niewielu. Nikt tak naprawdę nie zauważył, że goryl zjawił się z cichym „plop!” całkiem znikąd. Jedynie Daniel wiedział, że za trzy dni powinien tu przyjść z prototypem i spróbować cofnąć tego goryla. Mało brakowało, a zamiast tego wylądowałby w szpitalu na intensywnej. Goryl był szybki i wyglądał jak góra mięśni. Danielowi udało się wskoczyć na dach Jeepa obsługi zoo zanim jeden z pracowników wstrzelił ostrze tasera w tułów nie spodziewającego się niczego czwororękiego. Dwanaście tysięcy woltów zrobiło swoje i Daniel odetchnął z ulgą.

***

Zasada działania Urządzenia była niezbyt skomplikowana, jeżeli spojrzeć na zagadnienie z odpowiednio szerokiej perspektywy. Wiadomym jest, że żeby spowolnić czas obiektu, trzeba ten obiekt rozpędzić. Teoretyczne podwaliny tego faktu położył lata temu staruszek Einstein. Zjawisko wykorzystywano potem praktycznie na rozmaite sposoby – głównie w satelitach nawigacyjnych. Matematyki jednak nie da się przeskoczyć, okazało się, że żeby dylatacja czasu uzyskała ujemną wartość, trzeba albo podzielić przez zero, albo wyciągać pierwiastki z liczb ujemnych – wszystko to wymagało uprzedniego rozpędzenia cząstek do nadświetlnych prędkości. To stanowiło główną trudność. Po pierwsze, wymagało nieskończonej ilości energii, a po drugie, przyspieszenie czegokolwiek do nieskończonej prędkości dawało w efekcie nieskończenie wielką masę. Czarna dziura przy tym to bułka z kwantowym masłem.

Jednak Danielowi udało się zaobserwować w pieleszach swojego labu interesujące zjawisko: przy odpowiedniej kombinacji masy, prędkości oraz grawitacji, cząstki potraktowane stosunkowo niewielką ilością energii przekręcały się prostopadle do wszystkich trzech wymiarów. Przy czym był to „obrót” natychmiastowy, coś jakby elektron tunelujący wbrew wszelkim zasadom fizyki między zakazanymi poziomami energetycznymi. Cząstka taka znikała z naszego świata na zawsze, chyba, że najpierw nadało jej się odpowiednią oscylację, która interferując sama ze sobą powodowała powrót cząstki z „prostopadłego” wymiaru w nienaruszonej postaci. Co jednak ciekawe, okazało się, że w wymiarze „prostopadłym” czas płynął wstecz względem naszego, dzięki czemu cząstka wracała o kilka pikosekund wcześniej.

Znalezienie metody na rozciągnięcie tych kilku pikosekund do bardziej ludzkich interwałów zajęło Danielowi kolejne dwa lata. Musiał po drodze znaleźć sposób na dostarczenie dodatkowej energii do oscylujących między wymiarami cząstek. Zrobił to „pożyczając” energię z wymiaru prostopadłego. Po powrocie cząstka automatycznie oddawała energię, dzięki czemu bilans pozostawał zerowy. A cząstka wracała o siedemnaście pikosekund wcześniej. A potem o sekundę. A jeszcze potem nie wracała w ogóle – Daniel zrozumiał, że cząstka pojawia się ZANIM zbudował tam swoje laboratorium.

Tak czy siak, w wieku czterdziestu trzech lat miał już działające Urządzenie. Udało mu się upchnąć cały generator do pudełka wielkości niedużej książki. Urządzenie generowało sferyczne pole o średnicy mniej więcej dwóch i pół metra, wewnątrz którego na nieskończenie krótki czas wszystkie cząstki materialne obracały się o kąt prosty względem wszystkich trzech wymiarów, a następnie wracały, już w przeszłości. Dla obserwatora z zewnątrz wyglądało to tak, że Daniel znikał. Dla obserwatora w przeszłości – pojawiał się znikąd. Obydwaj obserwatorzy usłyszeliby każdorazowo ciche „plop!”, efekt implozji (bądź eksplozji) powietrza w miejscu Cofnięcia.

Przemieszczanie się do przodu okazało się równie proste. Wystarczyło zmienić kierunek obrotu prostopadłego z lewoskrętnego na prawoskrętny. Natomiast ilość czasu, o który następowało Przesunięcie, była liniową funkcją ilości Pożyczonej energii. Ponieważ Pożyczenie następowało na nieskończenie krótki czas (tak naprawdę był to czas Plancka), nie było żadnych efektów ubocznych. W dodatku ilość lokalnej energii niezbędna do uruchomienia urządzenia była znikoma, wystarczyła niewielka bateryjka albo ogniwo słoneczne, które Daniel zawsze miał gdzieś pod ręką.

Po kilku miesiącach głupich zabaw z podrzucaniem okazów geologicznych kolegom zza miedzy, wygrywaniu milionów w Totka czy ratowaniu kotków przed pewną śmiercią pod kołami pędzących aut, Daniel dorobił Urządzeniu Rejestrator oraz Odtwarzacz. Rejestrator, specjalna kwantowa kamerka, rejestrował wszystko, co działo się wokół Urządzenia i potrafiła przechować zapis wydarzeń niezależnie od tego, w którą stronę i jak daleko urządzenie wędrowało w czasie. Daniel nie wiedział jaką dokładnie pojemność ma pamięć Rejestratora, ale póki co wszystko się tam mieściło i mógł bez problemu przeglądać przeszłe (lub przyszłe) wydarzenia na niedużym ekraniku. Natomiast Odtwarzacz potrafił „przewinąć” Wszechświat o zadaną ilość czasu wstecz, przy czym – ponieważ chodziło o cały Wszechświat, a nie tylko mały, sferyczny jego wycinek, ilość energii potrzebnej do tego manewru rosła wykładniczo z czasem. Dziesięć dni to było maksimum, na jakie Daniel odważył się ustawić Odtwarzacz. Obliczenia pokazywały, że można było Odtworzyć dużo więcej niż dziesięć dni, ale problem polegał na tym, że energia z prostopadłego wymiaru nie była w takim przypadku zwracana przez cały cykl Odtwarzania, co mogło docelowo spowodować zaburzenia bilansu. Jakie były konsekwencje – Daniel nie wiedział i nie chciał sprawdzać. Niemniej jednak właśnie dzięki Odtwarzaczowi mógł potem obejrzeć swoją własną śmierć w szczękach tyranozaura, jak również kilka innych wydarzeń, w których brał udział, a które potem odkręcał Odtwarzaczem.

Najbardziej wstydził się tamtego razu, kiedy podmienił egipskim inżynierom plany Wielkiej Piramidy na kserokopię instrukcji serwisowej kuchenki mikrofalowej – na szczęście dziesięć dni to za mało, żeby zbudować takich rozmiarów mikrofalę, więc sprawa poszła w zapomnienie, a jedyny jej dowód zalegał w obwodach pamięciowych Rejestratora.

***

Najzabawniej było, kiedy zakładałem się z frajerami o drobiazgi. Na przykład z tamtym grubasem z Llano, jak mu tam było? John? James? Mniejsza o to. Założyłem się z nim o stówę, że Gruba Luśka, do której uderzał od kilku miesięcy, prędzej wyrzyga się na niego niż da mu dupy. Biedak nie miał pojęcia o nadchodzącej epidemii grypy żołądkowej. Oczywiście stówy mi nie wypłacił, tłumacząc się tym, że przez mój głupi zakład musi sobie teraz kupić nowy garniak. Nie miałem do niego żalu. A na pieniądzach mi nie zależało zupełnie. Nauczony doświadczeniem ze smutnymi panami w ciemnych kapeluszach, odpuściłem sobie wygrywanie wielkich sum na loteriach. Nie potrzebowałem uwagi całego świata, a ciężko jest się ukryć po wygraniu milionów zielonych. Zamiast tego wygrywałem sobie mniejsze kwoty, po dziesięć – dwadzieścia kawałków. Wystarczająco na bieżące potrzeby, a sporo poniżej radarów mafii i urzędów. Oczywiście za każdym razem pod innym nazwiskiem.

Tak czy siak, jak już zdaje się mówiłem (a może dopiero powiem?) zabawy z zarabianiem dużych pieniędzy szybko mi się znudziły i postanowiłem sięgnąć po więcej. Padło na władzę. Postanowiłem najpierw poćwiczyć w piaskownicy i pod koniec 2014 roku udało mi się podrzucić fałszywkę programu do liczenia głosów wyborczych w moim dawnym rodzinnym kraju. Robiłem kilka podejść – za którymś razem spróbowałem nawet bezczelnie wyłonić siebie jako zwycięzcę, chociaż nie było mnie na żadnej liście, ale się krajanie za szybko połapali i musiałem się znów Cofnąć i zacząć działać bardziej ostrożnie.

Low-profile, jak to mówią.

Udało mi się wreszcie wkręcić w najwyższe elity i narobić trochę zamieszania w Watykanie, głównie wokół interpretacji niektórych zapisów dotyczących celibatu. Niestety trochę się zapędziłem i kilka nieautoryzowanych kopii filmów, na których dymam nowicjatki wyciekło do Sieci. Jak zwykle, skończyło się na Cofnięciu i odkręcaniu wszystkiego. W końcu papieżowi nie przystoi.

Ale to wszystko były tanie wygłupy, prawdę mówiąc. Ot, duży dzieciak, któremu się przyfarciło i zamiast sikawki, dostał na śmigus dyngus giwerę ojca, prawdziwą i załadowaną na ostro.

***

Daniel starzał się jak wszyscy. Jego przejażdżki w czasie zawsze odbywały się we wnętrzu pola ochronnego, w którym czas płynął całkiem zwyczajnie. W końcu dobił do czterdziestki piątki.

***

Na czterdzieste piąte urodziny wyskoczyłem do Vegas, gdzie zamierzałem pobawić się w kotka i myszkę z krupierami. Vegas to już nie były żarty. Na wszelki wypadek ustawiłem wtedy Odtwarzacz na automatyczne Cofnięcie, w razie gdybym zginął, albo trafił w łapska jakichś oprychów.

***

Tamtej nocy w Ceasar Palace było dość bezludnie. Kilku ewidentnie znudzonych klientów bez przekonania rzucało kośćmi, lekko już nietrzeźwy milioner bez większego zaangażowania podrywał krupiera przy jednej z małych ruletek. Leciwa dama popijała sherry z trzymanego w lewej ręce stożkowatego kieliszka, podczas gdy prawą witała się co chwilę z jednorękim. Lekko przyćmione światła i niezbyt głośna jazzowa muzyka sącząca się z ukrytych głośników sprawiały, że człowiek czuł się trochę spowolniony.

Daniel pomachał na orbitującego niedaleko kelnera i zamówił szklankę zimnej wody. Odprowadziwszy wzrokiem dobrze ukrywającego zdziwienie boya podszedł do dużej ruletki, poczekał, aż kulka rozpocznie swój szaleńczy taniec na obwodzie i na początek postawił siedem dolarów na zielone. Zerknął jeszcze na zegarek. Siedemnaście sekund później kulka zatrzymała się na czarnym. Postawił kolejne siedem dolców, tym razem na czarne. I jeszcze raz.

***

Metoda była prosta. Najpierw jedna runda rozpoznawcza, z Odtwarzaczem i Rejestratorem pozostawionymi w aucie na parkingu. Żadnej elektroniki nie można było wnosić, zbyt wielu spryciarzy próbowało kantować i kasyna się wycwaniły. Po kilku minutach Odtwarzacz cofał kosmos do momentu włączenia – trzeba teraz było tylko przejrzeć zapisy Rejestratora, zapamiętać wyniki na ruletce i iść obstawiać duże kwoty. Nie za duże. Aha, i oczywiście druga runda musiała być krótsza od pierwszej, musiałem przecież wrócić do auta i dezaktywować Odtwarzacz. W przeciwnym razie cofnąłby mnie znów do chwili włączenia i trzeba by było zaczynać od nowa. Tak się jednak składało, że reguła Heisenberga działała nieubłaganie, nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby drugie losowanie powtórzyło się idealnie jak na Rejestratorze, tak więc czasu na powrót do auta miałem pod dostatkiem. Trzeba tylko było udawać podnieconego i zaaferowanego przy wymianie żetonów na gotówkę, inaczej ktoś mógłby nabrać podejrzeń.

Oczywiście potem, kiedy już znudziły mi się gry i zabawy z krupierami, po prostu cofałem się o parędziesiąt lat i wpłacałem na dobrze oprocentowane konto trochę kasy. Metoda była dość ryzykowna, ponieważ musiałem mieć pewność, że przy wypłacie pieniędzy nikt nie będzie sprawdzał mojej tożsamości – jednak większość solidnych banków nigdy nie miała z tym problemu. Wystarczyło znać hasło albo mieć odpowiedni klucz i można było dowolnie dysponować odsetkami.

***

Daniel zastanawiał się kiedyś dlaczego zamiast pochwalić się odkryciem i spocząć na laurach noblowskiej chwały, ukrył maszynę przed całym światem i marnował jej nieskończony potencjał na tanie wygłupy. Doszedł do wniosku, że gdyby przekazał ideę całemu światu, na wynalazku natychmiast położyliby łapę wojskowi. A oni mieli ciężkie i niebezpieczne łapy. Gdyby nawet przeżył, musiałby podpisać setki lojalek i w najlepszym razie do końca życia siedzieć na garnuszku wujka Sama. Nie uśmiechało mu się to zanadto. Życie miał tylko jedno, to on wykombinował jak obejść pozornie niewzruszone prawa fizyki i nikt mu tego nie odbierze.

***

A jak wyglądała kwestia efektu motyla?

Okazało się, że wbrew temu, co producenci bigbusterów wtłaczali od lat w głowy kinomaniaków, żadnego efektu motyla nie ma. Historia wykazywała tendencję samoregulacji, tak jakby istniał jakiś wzorzec jej przebiegu, do którego dążyła pomimo najdzikszych prób Daniela. Raz nawet spróbował skasować drugą wojnę światową. W 1911 roku pojechał do Wiednia (a konkretnie, pojechał tam nowoczesną, współczesną koleją i dopiero będąc na miejscu Cofnął się do początku XX wieku). Podłożył trzy kilogramy C4 pod jedno z ruchliwych skrzyżowań, na którym przez kilka ostatnich dni obserwował Adiego próbującego opchnąć tandetne kartki pocztowe przypadkowym przechodniom. Potem, jak już odpalił ładunek, skoczył do 2005 roku. Jedyne, co znalazł, to wzmianka w archiwach historycznych o tajemniczym acz nieudanym zamachu na burmistrza. Niedoszłego zamachowca nigdy nie ujęto. Zamiast Hitlera wojnę rozpętał jakiś inny kretyn. Wielkimi przegranymi okazali się znów Żydzi.

***

Najzabawniejszy był chyba ten wypadek z australopitekami, których napotkał w czasie jednej ze swych eskapad w dalsze czeluście prehistorii. Spędził w ich wędrownej osadzie dobrze ponad miesiąc. Wzięli go zrazu za wroga i nawet kilka razy zatłukli na śmierć kamieniami, na szczęście miał wtedy ustawiony Odtwarzacz, więc wreszcie udało mu się przyłączyć do grupy. Dał im trochę słodyczy i próbował objaśniać jak działa Układ Słoneczny, ale nijak nie był w stanie rozeznać się w ich gwarze. Przedstawił im się zatem jako Przybysz Z Góry, w co uwierzyli bez większych oporów, a następnie wziął trzech najbystrzejszych i spróbował nauczyć ich podstawowych zwrotów po polsku i po angielsku. Szło mu to jak po grudzie, szybko mu się znudziło i sobie odpuścił.

Wrócił więc do domu (jak nazywał drugą połowę dwudziestego wieku), a tu niespodzianka. Okazało się bowiem, że grędzielnie przebżychły pręduktnie, potarwłoszywszy kłubździe i płuszyny, nawet mięgle rozmłakosiły się przeździebnie. Szybko rozkurdybasił dręchle i Cofnął się jeszcze raz do piteków, i tym razem zamiast próbować się z nimi bratać, pohukał trochę, chrząknął parę razy i desantował się w przyszłość.

Pomogło.

To musiała być jakaś kluczowa grupka, pomyślał sobie wtedy, widocznie udało mu się trafić w czas i miejsce, w których mógł znacząco wpływać na przyszłość. Dziesięć lat wcześniej pewnie zacząłby badać to zjawisko, ale przez ten czas zapędy naukowe przeszły mu już jak ręką odjął. Był po prostu ciekaw co jeszcze można wycisnąć z jego maszyny.

***

Próbowałem się czasem zastanawiać jak to wszystko działa. Przecież nie może być tak, że jednocześnie ginę w paszczy drapieżnika, a zaraz potem, a raczej przedtem, oglądam sobie to zdarzenie na ekranie Rejestratora. Przecież to kompletnie nielogiczne.

Wreszcie, nie mogąc znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi, tłumaczyłem sobie, że przecież tak samo było z odkryciem dualizmu korpuskularno-falowego i z paroma innymi zjawiskami, które przeczyły jakiemukolwiek zdroworozsądkowemu rozumowaniu. Widocznie po prostu odkryłem zjawisko, którego zrozumienie wymaga intelektu dużo bardziej potężnego niż moja kilogramowa, galaretowata gleja między uszami. Postanowiłem się tym nie przejmować.

***

Najwięcej spodziewałem się po eksperymencie, który miał podważyć przyczynowo-skutkowe podwaliny rzeczywistości. Żeby się za bardzo nie wychylać, udałem się do Peru, gdzie za grosze nabyłem kurę. Odczekałem, aż zniesie jajko (ponieważ jestem z natury niecierpliwy, po prostu zamknąłem ją w pudełku z dostępem do ziarna i wody, i skoczyłem parę dni do przodu), resztę zrobił instynkt. Kiedy po miesiącu z jajka wykluł się kurczak, Cofnąłem się razem z nim o miesiąc i zrobiłem z jego niedoszłej mamy pożywny rosół. Kurczak nic sobie z tego nie robił. Wyglądało na to, że mam przy sobie kurczaka, który nie miał rodziców. Niepokalane począcie, pomyślałem sobie ze szłośliwym uśmiechem i wypuściłem kurczaka, którego natychmiast zeżarł jakiś przelatujący w pobliżu pierzasty drapieżnik.

Ciężkie jest życie młodego kurczaka w Peru.

I krótkie.

***

Próbował jeszcze kilka razy zamienić przyczynę ze skutkiem. Na przykład strzelając z karabinu Kałasznikowa do Timofieja Aleksandrowicza, mieszkającego w jakiejś zapadłej dziurze w okręgu Kurylskim. Nienarodzony syn Timofieja miał więc nigdy nie wynaleźć broni, z której zabito jego ojca. I faktycznie, kiedy skoczył w przyszłość, nikt nigdzie nie słyszał o karabinie Kałasznikowa. Jednak bardzo podobna konstrukcja pokazała się pod nazwą broni Cornblutha, rosyjskiego geniusza teksańskiego pochodzenia. Jego egzemplarz Kałacha był jedynym, który przetrwał ten eksperyment. Świat się jednak nie zawalił.

***

Stwierdził wreszcie, że nie bawią go ani wygłupy, ani badania, ani nawet zapętlanie oszczędności, dzięki któremu jeden z banków musiał zmodyfikować swój system informatyczny, który nie potrafił sobie poradzić z nadmierną ilością cyfr. Kiedy można wszystko, nagle okazuje się, że owo wszystko jest raczej nudne.

Do czasu.

Znalazł wreszcie swojego konika. Były nim kobiety. Wyszukiwał sobie niczego nie podejrzewającą ofiarę, po czym zakładał się sam z sobą, ile potrzebuje czasu, żeby ją zaciągnąć do łóżka. Lub, w niektórych przypadkach, do jaskini, chociaż akurat z człekopodobnymi prehistorycznymi nie było takich ceregieli jak ze współczesnymi babami.

Reguły gry były proste: trzy podejścia: dobrze, więcej niż pięć – średnio. Osiem lub więcej podejść oznaczało, że trafiła kosa na kamień i że raczej nic z tego nie będzie. Po mniej więcej dziesięciu podejściach odpuszczał sobie i szukał kolejnej „ofiary”. Jak dotychczas przydarzyło mu się to cztery razy. Raz z Vernettą, śliczną włoską księżniczką, która okazała się być świetnie zakamuflowaną lesbą, raz z Petronelą, wysportowaną blond-pięknością z Kanady, która – jak się potem okazało – przeszła parę lat później operację zmiany płci i teraz realizowała swe rodzinne pasje jako Peter, i dwa razy ze zwykłymi dziewczynami, które jako jedyne nie dały się omotać danielowej magii.

Plan był za każdym razem mniej więcej podobny. Najpierw wyciągnąć maksimum informacji o ofierze. Znajomi, przyjaciele, jakieś dawne, szkolne miłości, co lubi, czego nie lubi, gdzie bywa i tak dalej. Potem na ogół szedł łatwą ścieżką, czyli skakał parę lat wstecz i korzystając ze zdobytej wiedzy rozkochiwał ją w sobie, po czym znikał bez słowa. Pojawiał się kilka lat później i zazwyczaj okazywało się, że babka ciągle czuła do niego miętę, chociaż po drodze zdążyła wyjść za mąż, czasem nawet dwa razy.

Z Verą z jakiegoś powodu mu nie poszło. Niby wszystko szło zgodnie z planem, musiał tylko poznać podstawy rosyjskiego. Udając obcokrajowca, poderwał ją, kiedy stała za barem rozlewając z niezwykłą przecyzją drinki klientom pubu. Zamówił kawę z podwójną śmietanką, łyżeczką brązowego cukru i cynamonem. Jej ulubiona. Uśmiechnęła się słysząc zamówienie składane łamaną ruszczyzną. Dała się zaprosić na kawę, miała akurat wolny wieczór trzy dni później. Pozwolił się jej wygadać, poszli na spacer (lubiła długie spacery pod mroźnym, rozgwieżdżonym niebem), potem trzymali się za ręce i nawet pocałowali, ale potem nagle Vera powiedziała, że musi uciekać, no i uciekła. Nie znalazł jej już potem, chociaż Cofał się kilkukrotnie w czas, kiedy ją poznał. Jakby w jakiś niezwykły sposób świat wymazał Verę, jakby nigdy nie istniała.

Nigdy wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Gdyby był trochę bardziej czujny…

Nie, nie pomogłoby mu to na jotę.

***

Druga była Alina, pochodząca z terenów byłej Jugosławii. W zasadzie urodziła się jeszcze za czasów, kiedy Jugosławia była pełonprawnym członkiem Europy, z własną flagą, hymnem i walutą. Alina od razu postawiła poprzeczkę na niebosiężnym, zdawałoby się, poziomie:

– Znam takich jak ty. Będziesz robił słodkie oczy, a potem zostawisz mnie z brzuchem i znikniesz, bóg jeden wie gdzie. Nie chcę cię więcej widzieć. Wysiadaj.

Udawałem wtedy znużonego autostopowicza, próbującego się odwdzięczyć za przejażdżkę pogawędką. Zdębiałem. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale posłusznie wysiadłem, wychodząc z założenia, że muszę zmienić taktykę. Skoczyłem zaraz w 2500 i levmagiem podjechałem w miejsce, gdzie kiedyś stał rodzinny dom Aliny. Potem skoczyłem wstecz do czasów, kiedy – jak mi się zdawało – Alina musiała być niemowlęciem. Spodziewałem się ubóstwa, przemocy i alkoholu, i chciałem to skorygować zanim Alina wejdzie w wiek, w którym pamięta się zdarzenia. Zapukałem w ledwie trzymające się drzwi z płyty pilśniowej obitej białą, odrapaną sklejką.

Otworzyła mi i od razu rzuciła mi się w objęcia. Nim zorientowałem się, co się dzieje, poczułem znajome mrowienie w potylicy i świat zmienił się. Zamiast ponurego domostwa wokół szumiał las. Na rękach miałem kajdanki z neuroparalizatorem (wynalazek przyjaznego dla środowiska dwudziestego drugiego wieku), a Alina wyszeptała mi do ucha:

– Mówiłam ci, gnoju, że nie chcę cię więcej widzieć. Poluję na takie szczury jak ty. Bez sumienia, bez celu, tylko byście niszczyli albo dymali, a najchętniej jedno i drugie. Możesz się miotać do woli, lokalni cię dokończą. Nie chcę sobie paprać tobą rąk. Poza tym, jest was więcej, szczurze. Trzeba was wyłapać zanim wszystko spieprzycie do końca. Wiesz jaki bajzel po was został po Koniunkcji? Trzydzieści lat się nie mogliśmy wykopać spod gruzów. Żegnaj, frajerze.

Po czym popchnęła mnie mocno, a ja przewróciłem się niezgrabnie, nie mogąc podeprzeć się skutymi rękoma. Co gorsza, upadłem prosto do wykopanego tu wcześniej głębokiego dołu. Alina odwróciła się tyłem, wyjęła swój własny Przyrząd i z cichym „plop” zniknęła.

A więc to tak. Jakaś, kurwa, czasoprzestrzenna policja, czy wolny strzelec? Próbowałem zebrać myśli. Spokojnie. Z gorszych opałów wychodziłeś, pomyślałem. A zaraz potem: a gówno, nieprawda. Nikt cię do tej pory nie zdemaskował. Zamiast bogiem, byłem teraz zwykłym przestępcą, którego jacyś „lokalni” mieli teraz załatwić.

Zaraz, moment.

Sięgnąłem do kieszeni. Jest! Mój Przyrząd był cały i zdrowy, tylko bateryjka pulsowała nieprzyjemną, czerwoną diodką. Za mało na Skok dalej niż parę minut wstecz, ale na jedno Odtworzenie wystarczy. Ustawiłem na trzy dni i zasypałem urządzenie ziemią i kamieniami. Mogą sobie robić co tylko zechcą, za trzy dni świat się cofnie do tej chwili, a ja sobie obejrzę na Rejestratorze kim są lokalni oraz co ze mną zrobili, to znaczy zrobią. Będzie można opracować jakiś plan działania.

***

Kpt. Maureen Blanque, pseudonim bojowy „Alina”, kończyła papierkową robotę. Jednego mniej, pomyślała, jednego mniej. Ilu jeszcze?

Daniel był na tyle głupi, żeby porzucić Przyrząd. Dalej poszło prosto. Zsynchronizowała jego Przyrząd ze swoim, obydwa aktywowały się w tej samej chwili. Ustawiła aktywację na swoim Przyrządzie na czas egzekucji i schowała go Danielowi do płaszcza. Świat się cofnął o trzy dni, ale bez Daniela.

No i bez połowy kata. Będzie musiała odpowiedzieć na parę pytań Komisji. Co za kretyn. Mówiła mu, żeby się za bardzo nie oddalał od ofiary. Pole chwyciło go w połowie. Niewielkia strata.

Westchnęła i otworzyła kolejną teczkę. Kto teraz? Vera Głagojewa z Pietropawłowska.

Będzie trzeba wypić.

Dublin, listopad 2014.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Błąd"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Miłosz
Gość

Czytanie w biegu w pracy powoduje pytanie.
Umarł, czy go przeniosło, kurka z katem, niewiadomo gdzie…

wpDiscuz