Przełącznik na piątkę

Nadmiar optymizmu szkodzi. To znaczy, tak mówią. Z drugiej strony, nadmiar pesymizmu podobnie.

Tak czy siak, o czym to ja miałem dziś…

Aha, przełącznik w drugiej warstwie, właśnie.

W ramach trwającego już drugi tydzień szybkiego, maksymalnie tygodniowego remontu kuchni, wykonałem niewielki upgrade okablowania w salonie. Dotychczas wszystkie urządzenia sieciowe były podłączone do sieci albo kabelkiem do rutera UPC, albo bezprzewodowo.

Od niedawna jednak wszystkie urządzenia wymagające szybkiego dostępu są podpięte do lokalnej sieci po kabelku.

Szybkość działania aplikacji sieciowych wyraźnie wzrosła i to zarówno na urządzeniach podłączonych miedzią jak też na tych bez drutów.

A tak konkretnie to nabyłem w drodze kupna niewielki, niedrogi, pasywnie chłodzony przełącznik w drugiej warstwie, zwany lokalnie pod krótką acz znaczącą nazwą „switch”. Switch ma pięć portów, a jego głównym zadaniem jest rozgałęzianie sygnału sieciowego między ruterem dostawcy a resztą urządzeń, bez utraty szybkości połączenia.

Kupując ten switch miałem też do wyboru większy, dwudziestoczteroportowy. Ale pomyślałem sobie, na kiego czorta mi dwadzieścia cztery porty, przecież nie mam aż takiej ilości urządzeń w domu, prawda?

No i kupiłem ten malutki, pięcioportowy.

Efekt jest taki, że oczywiście wszystkich pięć portów jest zajętych, na szczęście nie potrzebowałem więcej.

No bo tak: jeden port na uplink do rutera, drugi do telewizora (tv mógłby działać bezprzewodowo, ale nie mam do niego odpowiedniego dongla, który kosztuje coś ze stówkę), trzeci do konsoli, na której gramy rzadko, bo nie ma kiedy, ale czasem jednak gramy, czwarty do laptopa ustawionego na stałe przy telewizorze (muszę pomyśleć nad zastąpieniem go jakimś mini-pc wielkości kciuka, podłączanym bezpośrednio do gniazda hdmi w telewizorze – póki co jednak stoi tam pełnowymiarowy laptop) no i piąty port do skrzyneczki z dyskami.

Miałem cichą nadzieję, że zostaną mi jakieś wolne porty dla gości. A tu, proszę bardzo, nic z tego.

Cały ten złom jest teraz zainstalowany w taki sposób, że nie widać ani jednego kabelka. Wszystko albo poukrywane za podwójnymi plecami szafek, albo przykręcone za szafkami do ściany, albo po prostu postawione w szafce za zamkniętymi drzwiami. Efekt: wizualny ład i porządek, wszystko działa. Nawet drukarkę udało się wcisnąć do jednej z szafek w salonie, tylko trzeba jej było wyrwać podajnik, bo wystawał. Ale z drukarki korzystam na tyle rzadko, że jak już muszę, po prostu podłączam podajnik i wtedy drukuję.

Wot, tiechnika.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Przełącznik na piątkę"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jaro
Gość
jakieś 2 lata temu budowałem dosyć mocno zautomatyzowany obiekt. Projekt przewidywał nawet regulację temperatury wody w prysznicach poprzez sterownik skumany z systemem BMS.Idea piękna tyle, że po dłuższym zastanowieniu się zamieniliśmy supe-hiper automatykę prysznicy na XIX-wieczne zawory termostatyczne. Z prozaicznego powodu: raz na jakiś czas automatyka zaczyna żyć własnym życiem co mogłoby się objawić np podaniem wody o temp.55-60 st. C na prysznice pod którymi kąpią się dzieci. Użytkownik przyznał mi rację. I od dłuższego czasu jestem zwolennikiem absolutnego upraszczania wszelkich rozwiązań i systemów. To wszystko, zaczyna być zbyt autonomiczne i niezależne od woli użytkownika. I tym sposobem od dłuższego… Więcej »
Miłosz
Gość

Bociek, kombinuję to samo. Właśnie wkułem 2 kabel do routera, a switch bedzie 8 portowy jednak.

wpDiscuz