USB-to-Ethernet

Z Internetem jest jak z Panem Bogiem. Jest wszędzie. Oczywiście z wyjątkiem piwnicy Kowalskiego, ale to tylko dlatego, że Kowalski nie ma piwnicy…

I podobnie, jak owa hipotetyczna Wszechmocna Nadistota, Internet wydaje się nie mieć ograniczeń. Pan Bóg potrafi stworzyć kamień, którego nawet on sam nie będzie w stanie podnieść. A potem go podniesie, bo ma uprawnienia administratora i może sobie rozwiązywać takie paradoksy na poczekaniu. Nie nam, maluczkim takie sprawy rozumieć.

Internet wydaje się nie mieć ograniczeń nie tylko w kwestii popularności, ale również prędkości działania. Czyli ilości informacji przesłanej w jednostce czasu.

Sieci szkieletowe idą już w dziesiątki terabitów na sekundę. Użytkownicy końcowi w większych aglomeracjach przyzwyczajeni już są do setek megabitów na sekundę, a tu i ówdzie nawet pojedynczych gigabitów.

Wąskim gardłem staje się, paradoksalnie, połączenie lokalne między urządzeniem końcowym użytkownika, a lokalnym ruterem, podpiętym (na ogół) jakimś kablem koncentrycznym do sieci operatora z jednej strony, oraz starą, dobrą skrętką do urządzeń lokalnych z drugiej.

Z tym, że kto dziś używa skrętki w domu? No proszę was bardzo, przecież nie pójdę do WC na dwójeczkę z ciągnącym się za mną czterożyłowym kablem, c’nie?

A więc – łajerles. Wszechobecny łajerles, który jeszcze kilka lat temu w zupełności wystarczał, a teraz stał się słoniem w składzie porcelany i spowalnia dostarczanie filmików ze śmiesznymi kotami na nasze wspaniałe urządzenia mobilne.

Pół biedy, gdybyśmy mieli jedno urządzenie bezprzewodowe oraz porządny, szybki ruter WLAN. Wtedy możemy liczyć na prędkości rzędu setek megabitów lub nawet pojedynczych gigabitów. Ale przecież oprócz smartfonów i tabletów jest w domu jeszcze stado innego złomu żebrzącego o wolne pasmo na ramki 802.11, który to złom skutecznie pożera dostępne pasmo i sprawia, że w oczekiwaniu na załadowanie filmiku o śmiesznych kotach człowiek zaczyna z nudów miauczeć.

I co wtedy?

Cóż. Podejścia są zasadniczo dwa. Można zwiększać przepustowość urządzeń bezprzewodowych (w tym – co ważne – rutera), albo zmniejszyć ich ilość.

Przyspieszanie WLAN-u działa na krótką metę. Zaraz przylezą głodomory i tak czy siak zapchają eter. Wracamy do punktu wyjścia.

Zmniejszenie ilości urządzeń bezprzewodowych… tak, to lepszy wybór. Ale niełatwy. No bo albo coś wyłączymy (na przykład drukarka – jeżeli nie używamy jej non-stop, można ją uśpić), albo podepniemy do kabelka.

I tutaj dochodzimy do meritum dzisiejszego wpisu. Otóż kilka dni temu zdecydowałem się podłączyć domowego laptopa, na stałe „przyklejonego” do telewizora, do Internetu, za pomocą kabelka sieciowego.

Z tym, że teraz, panie, to te laptopy robią takie cienkie, że jak się go postawi na sztorc pod światło, to potem można go szukać z godzinę. Cienkie toto jak żyletka, co może jest fajne jak się gdzieś dalej wyjeżdża i każdy centymetr jest ważny, ale nie w przypadku takiego domowego laptopika. No a cena „cienkiej grubości” jest taka, że większość portów trzeba wywalić. Na przykład port Ethernet, jeszcze do niedawna tak popularny, teraz pomału zanika z małych laptopów, bo jest niewymiarowy.

Jaka jest alternatywa?

A no trzeba się zaopatrzyć w taki dynks, który przekształca sygnały w standardzie USB na Ethernet (i odwrotnie). Udało mi się niedawno takiego drania upolować i muszę przyznać, że efekty są zdumiewające.

Prawdę mówiąc odwykłem już od bardzo szybkiego Internetu. W domu wszystko „po prostu działa”, ale szału nigdy nie było jeśli chodzi o dostarczanie treści multimedialnych. Bezprzewodowo trzeba było zawsze cierpliwie odczekać kilka sekund na załadowanie większych stron www. Tymczasem po kabelku mam wrażenie, że strona jest załadowana jeszcze zanim kliknę myszem, gdzie trzeba.

Krótko mówiąc, jest BARDZO szybko.

Z głupia frant zrobiłem test prędkości z kabelkiem i bez, i różnica wyszła mi mniej więcej trzydziestokrotna: niecałe 8 Mb/s po WLAN-ie oraz 238 Mb/s po kablu.

Czy taka prędkość jest mi potrzebna?

Chyba nie. Obstawiam, że 30-50 Mb/s w zupełności wystarczyłoby do wszystkiego, do czego używamy Internetu w domu.

Tymczasem Virgin Media (następca UPC) ostro reklamuje już łącza 360Mb/s. Różnica w cenie znikoma. Obstawiam, że w działaniu nie zauważy się żadnej poprawy. Serwery www takimi przepustowościami i tak nie operują (xpil.eu na ten przykład stoi na łączu „tylko” stumegabitowym), a klienci mają coraz mniej urządzeń przewodowych, więc i tak nie mają szans wykorzystać całego pasma.

No ale zawsze to można się pochwalić sąsiadowi, że się ma grubszą rurę od niego. Temat stary jak świat…

O.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "USB-to-Ethernet"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gabriela
Gość

A jak się taki ‚drań przekształcający na enternet’ i odwrotnie nazywa? Please!!!

wpDiscuz