Nowe pole do orania

Na początku tego blogu (czyli dobre dziesięć lat temu, jak ten czas, nieprawdaż...) żartowałem sobie, że zawodowo zajmuję się grabieniem liści. Ostatnio jednak praca moja bardziej przypominała orkę (nie chodzi o tego pływającego ssaka), postanowiłem więc - mimo szalejącej wokół zarazy - przesiąść się na lepszego rumaka, z większym pługiem i bardziej zielonym polem.

Nie szukałem nowej pracy zbyt intensywnie, prawdę powiedziawszy. Orka w starym miejscu może nie była zbyt porywająca intelektualnie, ale zacna ekipa oraz regularnie wpadające na konto dukaty wystarczały. Któregoś listopadowego popołudnia odezwał się do mnie znienacka mój poprzedni pracodawca i zapytał, czy nie chciałbym u nich poganiać batem innych oraczy, krótko mówiąc - czy nie chciałbym u nich zostać Managierem.

Trochę się zdziwiłem - a trochę zaniepokoiłem. Zdziwiłem, bo przyszło to raczej znienacka, a zaniepokoiłem, bo nigdy wcześniej nie poganiałem biczyskiem innych ludzi, a znajomy managier zdradził mi wielką służbową tajemnicę, że doglądanie zespołu programistów to trochę jak zaganianie do wspólnego spaceru stada kotów. No ale końcem końców, po serii interview oraz dialogów uzgodniliśmy, że może się jednak nadam. Ustaliliśmy też stosowny apanaż (prawdę mówiąc większy od obecnego zaledwie o kilka dukatów), podpisaliśmy wstępne papiery, wypowiedziałem, za przeproszeniem, stosunek pracy w starej firmie (czas był idealny, bo właśnie zamknęliśmy duży kawałek dużego projektu i miałem wrażenie, że firma nie za bardzo wie co ze mną zrobić) - i na początku stycznia zacząłem orkę na nowym ugorze.

Pierwszy dzień w pracy miał być w biurze - osobiście, nie zdalnie. Napaliłem się na ten wyjazd do biura jak szczerbaty na suchary, bo nie widziałem wnętrza innego budynku biurowego gdzieś tak od marca 2020, ale w ostatniej chwili przyszedł e-mail, że ponieważ ostatnio Covid szaleje, to jednak zrobią mi pierwszy dzień zdalnie. Laptopa służbowego przysłali przez umyślnego - i tyle było z mojego pierwszego dnia w biurze. No nic, może jeszcze kiedyś się uda, póki co pracuję zdalnie.

Pierwszy tydzień był dość intrygujący. Okazuje się, że na wyższym stanowisku mam dostęp do różnych interesujących systemów, o których szarzy zjadacze bitów nie mają pojęcia. Mam też sporo więcej obowiązków niezwiązanych całkiem z produkowaniem zer i jedynek - no ale na to akurat byłem nastawiony, więc przyjąłem to raczej spokojnie. Najciekawsze było to, że ludzie, pod których poprzednio podlegałem, teraz są moimi kolegami (a niewykluczone, że w bliższej lub dalszej przyszłości konkurentami do ewentualnych promocji i podwyżek - ale nie dzielmy skóry na wielbłądzie, karawana idzie dalej aż jej się na pochyłe drzewo ucho nie urwie, wiadomo).

Na podwyższonym stanowisku okazało się też, że mam dostęp i wgląd nie tylko do różnych firmowych systemów, ale też do projektów, w których być może będę brał udział. Projektów. Liczba mnoga. Oznacza to, że albo zacznę sobie porządnie organizować służbowe notatki, albo ugrzęznę, bo bez systematyczności oraz solidnej organizacji daleko tu nie zajadę. W sukurs przychodzi mi Markdown (którego nauczyłem się kiedyś w ramach ostrzenia rozumu o kamień zwany Obsydianem) - pracowicie notuję sobie kluczowe informacje o każdym projekcie (czyli, w skrócie: o co chodzi, kto jest kim, co gdzie kiedy i jak) i staram się być na bieżąco. Efektem ubocznym jest też poznawanie mnóstwa innych ludzi. Dotychczas - na ogół - było tak, że znałem współtowarzyszy pługa i ewentualnie paru dodatkowych obsiewaczy tudzież koniuszych. A teraz po niecałych dwóch tygodniach w nowej pracy mam na osobnej liście Ważnych Ludzi chyba ze setkę nazwisk wraz z krótkimi notkami kto, gdzie i po co. Obstawiam, rzecz jasna, że zadziała tu zasada Pareto i z tej setki około dwudziestka okaże się znacząca, a reszta - mniej, ale póki co i tak nie mam niczego lepszego do roboty, więc skrzętnie notuję.

Żeby było ciekawiej część ludzi, na których się tu napatoczyłem, znam z różnych poprzednich miejsc pracy (świat IT w Irlandii jest naprawdę niewielki i wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich) co ma swój niewątpliwy urok, a z drugiej strony przypomina mi nieśmiertelną zasadę o niepaleniu za sobą żadnych służbowych mostów.

Jak to będzie wyglądać dalej? Hmmm. Mam cichą nadzieję, że się rozwinie w dobrą stronę, nie bardzo mi się już chce zmieniać pracę. A tu firma jest wielka i międzynarodowa (zatrudnia ponad 10 tysięcy ludzi na całym świecie) i gwarantuje (cokolwiek by to nie oznaczało) stabilność i wzrost.

A jeżeli się (tfu, tfu, odpukać) nie uda, to trudno. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Póki co jest nieźle.

Pożyjemy - zobaczymy...

Zapisz się
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
7
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x