Zima

Ostatnia zima była sroga. Oczywiście, jak na tutejsze warunki bo w Polsce to by takiej zimy nawet nie zauważono. No ale tu – działo się.

Po pierwsze, śnieg leżał bardzo długo bo ponad 2 tygodnie. To naprawdę sporo. Dotychczas najostrzejsza zima jaką tutaj pamiętam była jakieś 5 lat temu i śnieg leżał wtedy 3 dni.

Irlandia jest zupełnie nieprzygotowana do zimy i długotrwałych mrozów. Najgorsze dwie sprawy to ruch samochodowy oraz zamarzająca woda.

Woda zamarza, bo rury idą bardzo płytko (kilka centymetrów) pod ziemią; lód rozsadza rury i robi się nieciekawie. Ludzie próbują ratować sytuację poprzez odkręcenie wody na stałe – tutaj za wodę się nie płaci, więc nic to nie kosztuje. Z tym, że jak dwieście tysięcy gospodarstw domowych odkręci nagle wodę, rezerwy miejskie znikają w parę dni. Żeby temu zapobiec, zmniejsza się ciśnienie wody, co z kolei oznacza, że rury jednak zamarzną prędzej czy później (raczej prędzej).

Druga sprawa, dużo ciekawsza, to utrudnienia w ruchu samochodowym. Ponieważ tutaj śniegów zwyczajnie nie bywa, ludzie nie używają opon zimowych. Ba, większość nawet nie zdaje sobie sprawy z istnienia takiego wynalazku. No i nagle pierdut, spada masa tego białego świństwa i leży, i jak tu jechać?

Cierpią użytkownicy wypasionych BMW, które są co prawda autami naprawdę wysokiej klasy, ale na ubitym śniegu / lodzie nie dają sobie rady zupełnie. Cierpią użytkownicy automatów, którym ciężko się „wybujać” z zaspy. Cierpią głównie kierowcy, którzy nigdy wcześniej po śliskim nie jeździli (czyli większość autochtonów), bo nie zdają sobie sprawy jak łatwo wpaść w poślizg na lodzie, i jak trudno z niego potem wybrnąć, zwłaszcza na ruchliwej, miejskiej drodze. Tak więc, blacharze zacierają ręce, ubezpieczalnie klną, jest wesoło.

Z domu do pracy mam 7 minut. Z czego 3 minuty obwodnicą. Zeszłej zimy przytrafiło mi się jednak jechać do domu 3.5 godziny – niestety, ponieważ większość aut nie ma zimowych opon ani łańcuchów (ani napędu na 4 koła), nikt nie był w stanie zjechać z obwodnicy (na ogół zjazdy są pod górkę), więc wszystkie zjazdy były kompletnie zablokowane – M50 zamieniła się na parę godzin w największy i najbardziej zajęty parking Europy Zachodniej. Dawało się zjechać tylko niektórymi, względnie płaskimi zjazdami, i dzięki temu udało mi się wreszcie dotrzeć do domu (nadkładając z 50 km i jadąc większość trasy 0km/h). Najdłużej (jakieś 2h) stałem pod jednym z rond – większość kierowców wyłączała silniki, ludzie wychodzili z aut, gadali, robili zdjęcia – w sumie byłoby nawet fajnie gdyby nie wizja nocowania na obwodnicy (która na szczęście się nie ziściła). Najgorsza w takiej sytuacji jest bezsilność, bo ze „zwykłej” drogi zjechać na pole nietrudno, a obwodnica wiadomo, wszędzie dookoła beton, nie ma jak uciec ani zawrócić.

Przydarzyła mi się też raz sytuacja dość groźna – mianowicie, dowiedziawszy się, że droga do domu jest zakorkowana samochodami próbującymi bezskutecznie podjechać pod górkę, pojechałem sobie naokoło, licząc (naiwnie), że nikt inny na ten pomysł nie wpadł. Otóż niestety, droga była również zapchana, i to tuż pod koniec. Wyobraźmy sobie wąską, lekko krętą drogę, z obu stron ograniczoną słupkami chodnikowymi i wysokimi krawężnikami, która ma jakiś kilometr, ciągle pod górkę, a sama końcówka jest ciut bardziej stroma od całej reszty. Z tą stromizną walczyły kolejne auta, pobliscy kierowcy wysiadali i próbowali pchać, ale w butach od garnituru pcha się dość ciężko… No więc stwierdziłem, że ja to pierdzielę, i że wracam. Zawrócić nie było jak (wąsko) więc zjechałem na przeciwległy pas („pod prąd”) i zacząłem zjeżdżać na wstecznym. Z naprzeciwka jechały auta, które nie miały w razie czego jak zahamować (ślisko!), więc musiałem się naprawdę przyłożyć, żeby o nic nie zahaczyć, nie poślizgnąć się na żadnym łuku i dojechać w jednym kawałku do najbliższego (na szczęście pustego) skrzyżowania, gdzie mogłem w końcu obrócić się o 180 stopni i kontynuować dalszą jazdę już „normalnie”, przodem. Może nie brzmi to zbyt strasznie, ale jak się kieruje na wstecznym po oblodzonej nawierzchni człowiek jest naprawdę spięty i trzeba się solidnie przyłożyć do kółka żeby się nie skończyło blacharnią.

Lokalna społeczność jest tutaj dość życzliwa i ludzie sobie nawzajem chętnie pomagają. Niestety, trafiłem raz na sytuację, która mnie strasznie zdenerwowała. Otóż wyjeżdżam ja sobie z podporządkowanej na główną pod górkę, sznur aut z przodu i z tyłu, ten na samym początku nie może podjechać (tuż przed wjazdem na główną jest ciut stromiej) – nikt się nie kwapi z pomocą, więc niewiele myśląc wysiadam z auta (byłem może czwarty albo piąty w kolejce), idę do gościa, pomagam mu wyjechać, podjeżdża następny, zaczyna się ślizgać… jak się nietrudno domyślić, pomogłem wszystkim autom stojącym przede mną. Wracam do auta, a tymczasem ci co stali za mną skorzystali, że droga z przodu się zwolniła i, ominąwszy mnie, bez problemu zaczęli podjeżdżać pod górkę siłą rozpędu. Ja się zakopałem na samym końcu i jakoś nikogo nie było, żeby mi pomóc. Kręciłem kołami dość długo, wreszcie żonka moja wysiadła, pchnęła autko (lekko, wystarczyło), prawie sobie przy tym zwichnęła kostkę – i pojechaliśmy. Noż co za świat…

Bardzo denerwująca jest tez irlandzka, złota młodzież, która korzystając z dużych ilości śniegu urządza sobie rzucanie śnieżkami w przejeżdżające auta. Nic się nikomu od tego nie dzieje, ale miłe to nie jest. No i jakby ktoś akurat miał otwarte okno, mogłoby być różnie.

Kolega w pracy przyszedł któregoś dnia z opowieścią (nie wiem ile w tym prawdy, ale brzmiał dość wiarygodnie) o swojej znajomej, która zakopała się na poboczu jakimś fajnym, nowoczesnym autem klasy, mniej więcej, BMW 7 – wysiadła więc, wyjęła z bagażnika saperkę i dalejże wykopywać śnieg spod kół. Dodajmy, że było lekko z górki, kilometr niżej był zakręt w prawo a na wprost jeziorko. No więc, wykopała ten śnieg, chce schować saperkę do bagażnika a tu auto ruszyło siłą bezwładu (zapomniała zaciągnąć ręczny, silnik był na chodzie). Drzwi się zatrzasnęły od środka, nijak wejść – zrobiła więc jedyną sensowną rzecz którą dało się w tej sytuacji zrobić – rozbiła saperką tylną szybę, weszła do środka i opanowała auto zanim się zdążyło doturlać za daleko. Nie wiem, podziwiać za odwagę i pomysłowość, czy współczuć głupoty. W każdym razie wszystko skończyło się szczęśliwie.

Jeżeli kolejna zima potrwa również co najmniej dwa tygodnie, całkiem poważnie zacznę się zastanawiać nad zakupem auta 4×4. Ale mam cichą nadzieję, że to był tylko jednorazowy wybryk, i że w tym roku będzie spokojniej.

Ach, prawda, kawał. Byłbym zapomniał.

Żona wysyła męża – informatyka – do spożywczaka.
– Kup jajka. Jeżeli będą pomidory, kup dwa.
Mąż idzie do sklepu i zagaja ekspedientkę:
– Są pomidory?
– Są
– To poproszę dwa jajka.

Wniosek: większość żon informatyków cierpi okrutnie, ponieważ ich mężowie robią to, o co się ich poprosi, a nie to, co się miało na myśli.
Wniosek 2: Kupić wszystkim żonatym informatykom czytniki myśli!

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Zima"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
ulinka
Gość

Ten kawał w tej wersji jest bez sensu, bo ile jajek by kupił jakby nie było pomidorów? 😛 Powinno być: Kup (np) 5 jajek, jak będą pomidory to kup 2 😛

ulinka
Gość

Ty może znasz, ale ten kto czyta kawał – niekoniecznie 😛

wpDiscuz