Góry i chmury

In Ogólne by xpil0 Comments

Dziś flaki z olejem. Czyli o pogodzie. Nuuuda.

Na co się człowiek nastawia wyjeżdżając do kraju takiego jak Irlandia?
1. Że będzie pięknie (naoglądało się różnych filmów z irlandzkimi krajobrazami)
oraz
2. że będzie beznadziejna pogoda – przecież tutejsze lato to drugi wtorek maja, a tak to ciągle jesień i pada.

A jak jest naprawdę?

Naprawdę, to już zależy. Co do piękna otaczającej przyrody, jest faktycznie dość ładnie. Szczególnie w obszarach pozamiejskich. Nie będę tu się rozwlekał, powtórzę krótko: jest ładnie. Przede wszystkim z gór do morza jest rzut beretem i nie trzeba podróżować paruset kilometrów. W zasadzie, ze wschodnich okien naszego mieszkania widzimy Morze Irlandzkie (przy dobrej widoczności), a z zachodnich – podnóża gór Wicklow. Nad morze mamy 20 minut autem, w góry ciut mniej. To jest fajne jak się człowiek nie może zdecydować czy woli wakacje nad morzem czy w górach 😉

No i druga sprawa – nazwa „Zielona Wyspa” nie wzięła się od nadmiaru gęsiej kupy ani kopalń szmaragdów – tu jest naprawdę zielono cały rok. Na zimę co prawda niektóre drzewa tracą liście, więc zieleń się trochę przesuwa ku brązom i szarościom, ale bez przesady. Trawa rośnie cały rok.

Właśnie, zima. Śnieg jest tutaj zjawiskiem niezwykłym, a śnieg pozostający w swojej stałej postaci dłużej niż 3 dni trafia do opowieści dziadków. Tak było do niedawna, bo ostatnio zimy zrobiły się nieco bardziej dokuczliwe – ale i tak zupełnie nie ma porównania do ostrych, polskich zim, gdzie śnieg potrafi spaść na dwa metry i tkwić przez kwartał. Najlepszy dowód: tutaj nie ma pojęcia „zimowe opony” (innymi słowy, na letnich jeździ się cały rok). Pamiętam, po zakupie pierwszego auta zapytałem w salonie czy mogę dokupić dodatkowy zestaw zimowych opon. Patrzyli na mnie jakbym właśnie zniósł strusie jajo. No nie ma i już.

Brak ostrych zim ma swoje wady. Jak już zima przydzie (tak jak w zeszłym roku), robi się straszne zamieszanie. Brakuje soli do solniczek, brakuje spychaczy, kolejki do blacharzy się wydłużają, gdziekolwiek dojechać na czas jest niemożliwością (korki), ludzie są poddenerwowani i robią różne dziwne rzeczy. Rury zamarzają, ludzie próbują temu zapobiegać odkręcając wodę na cały dzień, co z kolei skutkuje wyczerpaniem rezerw wody i obniżeniem ciśnienia w kranie.

Z drugiej strony, imigranci z Europy Środkowej mają w tym momencie przewagę, bo nam w końcu zimy niestraszne i radzimy sobie nawet bez zimówek.

O moich tutejszych przygodach zimowych dałoby się napisać osobny, całkiem pokaźny wpis. Być może nawet znajdę chwilę w ciągu najbliższych paru dni – na razie o zimie wystarczy.

A jak to jest z deszczem? Wszędzie się mówi, że tu ciągle pada i pada. Jak to jest?

Ano, pada ciut więcej niż w kraju orła, a nawet jak nie pada, to jest więcej wilgoci w powietrzu – w połączeniu z częstymi wiatrami powoduje to obniżenie odczuwanej temperatury. Trzeba się do tego przyzwyczaić i nie przesadzać z bieganiem w krótkim rękawie jak tylko słońce wyjrzy chyba że ktoś lubi potem smarkać i kaszleć.

Z drugiej strony, jak już się przywyknie, każdy słoneczny dzień jest małym świętem i człowiek się cieszy jak głupi.

Podsumowując, klimat jest tutaj dużo bardziej łagodny i przewidywalny, co – z mojego punktu widzenia – jest dużo lepsze od polskich kilkudziesięciostopniowych rocznych amplitud. Ktoś mógłby pomyśleć, że to nudne. Ja tam osobiście nie lubię ani mrozów, ani upałów. A jak mi się jednak kiedyś bardzo zatęskni za jednymi albo drugimi, 3 godzinki lotu i gotowe.

Póki co kupiliśmy sobie na balkon zestaw śniadaniowy (stolik i 4 krzesła) i staramy się w miarę możliwości spożywać wspólne posiłki na świeżym powietrzu. I cieszyć się pogodą. Raz zdarzyło się nawet, że było małe urwanie chmury (a przy tym jakieś 15-17 stopni, czyli cieplutko), bardzo fajnie się wtedy siedzi na balkonie metr od ściany deszczu, popija herbatkę i obserwuje ludzi biegających z reklamówkami na głowach i szukających schronienia 😉

Po więcej szczegółów meteorologicznych odsyłam na najbliższy meteor. Albo na www.met.ie.

Co do gór… jest ich tutaj całkiem sporo. Tak naprawdę cała Irlandia to jest jeden duży kawałek skały wystający nad powierzchnię wody, pokryty odrobiną trawy, owiec i Irlandczyków. Siłą rzeczy, szukać gór tu nie trzeba, wystarczy ruszyć się gdziekolwiek poza miasto. I wszędzie można natknąć się na niespodziewane widoki zapierające dech w piersiach.

Naszym ulubionym, górsko-morskim widoczkiem jest plaża w Malin Beg, o tutaj. Miejsce jest o tyle fajne, że nawet przy najsilniejszych huraganach, kiedy auta na parkingu na górze wręcz tańczą, na dole jest cisza, a powierzchnia wody jest gładka i spokojna. Tylko w tle, przy wyjściu na otwarty ocean, huczy woda i pienią się bałwany (są dużo większe i pienią się dużo fajniej niże te, które można czasem zaobserwować włączając obrady Sejmu).

Dla odważnych, którzy dotarli aż tutaj na sam skraj tego wpisu, kawał w nagrodę:

Synek-robaczek pyta tatusia-robaczka:
– Tato?
– Tak?
– A moglibyśmy mieszkać w jabłuszku?
– Tak, synku, moglibyśmy
– Tato…
– Mhm?
– A w śliweczce, moglibyśmy mieszkać w śliweczce?
– Tak synku, w śliweczce też.
– Tato?
– …
– A w gruszce moglibyśmy mieszkać?
– Tak synku, oczywiście. W gruszce też.
– Tato…
<kawał opowiada się tak długo aż skończą się opowiadającemu nazwy warzyw, owoców i innych obiektów nadających się do zamieszkania przez małe, sympatyczne robaczki>
<i w końcu…>
– Tato?
– Tak?
– To dlaczego właściwie mieszkamy w gównie?
– Bo widzisz, synu, jest takie słowo: Ojczyzna.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz