Własna firma

Wspominałem niedawno, że wady i zalety biurokracji zostały najwyraźniej rozdzielone geograficznie: wady do Polski, zalety do Irlandii. Dziś króciutko o tym, jak założyłem firmę na Zielonej Wyspie (chciałoby się dopisać „… i co z tego wynikło”, ale to napiszę kiedy indziej, jak już coś z tego wyniknie).

Założenie własnej firmy w kraju Guinessa nie jest wcale mniej skomplikowane niż w Kaczystanie. Zasadnicza różnica jednak polega na tym, że tutaj łatwo znaleźć kogoś, kto za niewielkie pieniądze zajmie się całym procesem od początku do końca w taki sposób, że nawet tak biurokratycznie tępe osobniki jak autor niniejszego wpisu poradzą sobie bez większych zgrzytów.

Po pierwsze więc trzeba sobie znaleźć księgowego, który zgodzi sie poprowadzić naszą firmę. Na rynku jest zatrzęsienie firm księgowych – pozostałości po dogorywającym Celtyckim Tygrysie – więc jest z czego wybierać, a że konkurencja spora więc i ceny niezbyt wygórowane.

Po drugie… no właśnie, nie ma „po drugie”. Księgowy przygotuje nam całość dokumentacji, wyśle nam dokumenty potrzebne do otwarcia firmy, z przyklejonymi plakietkami „tu podpisz”, a także będzie prowadził naszą firmę za 200-300 euro miesięcznie (albo i mniej). Biorąc pod uwagę średnie stawki kontraktorów na irlandzkim rynku IT, jest to na ogół niecała dniówka pracy. W dodatku połowę tej kwoty możemy sobie odliczyć jako koszty prowadzenia firmy, więc de facto księgowość kosztuje nas niecałe pół dniówki miesięcznie.

Dzisiaj byłem w banku, założyć konto firmowe. Okazuje się, że w kilogramie makulatury, pieczołowicie przyrządzonym przez księgowego, zabrakło jednego karteluszka wymaganego przez bank do otwarcia konta. Ja się już łapię za głowę (mam chroniczny uraz do papierkowej roboty i wolę sobie ukręcić głowę niż wypełniać kolejny formularz…), a tymczasem pani w banku powiedziała, że ona mi ten dokument przygotuje a ja tylko podpiszę. Pytam „na kiedy” a ona mi na to, że już się robi i że za chwilę będzie. Po czym siadła do Worda, stworzyła (ręcznie!) namiastkę mojego papieru firmowego (jeszcze się nie dorobiłem własnego) oraz napisała co trzeba, wydrukowała, pokazała gdzie podpisać – i gotowe.

Tutaj „civil servant” (czyli w skrócie biurwa) niesie pomoc petentowi w najszerszym możliwym wymiarze. A jak to wygląda w kraju nad Wisłą wszyscy wiedzą, nie będę pisał bo może dzieci to czytają.

Tak więc jestem od dziś szczęśliwym posiadaczem własnej wysepki na irlandzkim oceanie biznesu. Zobaczymy co z tego wyniknie… Może nawet napiszę co dalej, jak mnie jeszcze będzie stać na opłacenie łącza do Internetu 😉

Kawał, pod temat:

– Tato, jak to właściwie jest, ty masz dwa jachty i domek letni na Bahamach, mama jeździ nowym autem co roku, opłacacie mi eskluzywne uczelnie… A przecież ty tylko masz bank, prawda? Ludzie tam wkładają pieniądze i wyjmują pieniądze. Więc jak to właściwie działa?
– Skocz do kuchni i przynieś mi kawałek słoniny z lodówki.
– Tato, ale ja pytam o to, skąd mamy pieniądze, a nie…
– Nie przerywaj ojcu! Idź do kuchni i przynieś z lodówki kawałek słoniny, mówię!
– No dobra…
<idzie, wraca ze słoniną>
– Proszę.
– Dobrze, a teraz zanieś słoninę z powrotem do lodówki.
– OK…
<idzie, zanosi, wraca>
– Wyjąłeś słoninę z lodówki i włożyłeś ją z powrotem, tak?
– No, tak…
– No właśnie. A rączki tłuste!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz