Drrrryńńńń

In Samo życie by xpil1 Comment

Wspominałem kilka tygodni temu, że ukradziono mi nowiutkiego Samsunga Galaxy S – i to w niezbyt wyrafinowany za to nader skuteczny sposób. W centrum miasta (pardon, w centrum Dublina), na oczach przechodniów. Bardzo sprawna akcja – gość podjeżdża na rowerze od tyłu, wyrywa telefon od ucha i odjeżdża. Gdybym miał przy sobie cegłę może bym go trafił, ale akurat skończył mi się podręczny zapas cegieł. Gonić go nie było sensu, Gardaí oczywiście pojawili się tuż po tym, jak facet wmieszał się w tłum – pozostała tylko nadmierna dawka adrenaliny w uzwojeniach, osiemnastomiesięczny kontrakt z operatorem – no i strach, że złodziej skorzysta z danych zapisanych w telefonie (na szczęście używam LastPass więc szanse na rozkodowanie haseł były znikome).

Prawdę powiedziawszy, przez pierwszych kilka dni po tamtej kradzieży miałem szczerą ochotę kupić trochę środków wybuchowych, zapalnik oraz makietę smartfona, po czym spacerować pod Szpilką tak długo aż się jakiś chętny napatoczy – niech się potem podciera łokciem do końca życia. Ale na szczęście przeszło mi zanim zdążyłem nawiązać kontakty z lokalnymi handlarzami fajerwerków.

(Nawiasem mówiąc, mam kolegę, który się kiedyś tak wściekł na złodzieja w pociągu, że poszedł następnego dnia do wędkarskiego, kupił z pół kilograma haczyków i kotewek, po czym napchał sobie nimi kieszenie i tak długo jeździł kolejką podmiejską aż się któryś złodziej nadział. Podobno wyciąganie haczyka z dłoni to niezapomniane przeżycie.)

Ech, rozmarzyłem się… wracając jednak do tematu, po utracie smartfona przez kolejne dwa miesiące byłem skazany na korzystanie z Nokii 1616 – arcydzieło sztuki telefonicznej, i nawet da się tym wysyłać SMS-y.

Jednakowoż kilka dni temu zdecydowałem się wrócić „do żywych”. Miałem przez chwilę chrapkę na nowego SGS II, ale końcem końców zdecydowałem się na Google Nexus S – w zasadzie klon pierwszego SGS, z paroma drobnymi różnicami.

Tym razem zaopatrzyłem się również w sinozębą słuchajkę dzięki czemu mogę rozmawiać nie afiszując się telefonem. Mniej będzie bolała kradzież słuchawki za 20€ od kradzieży telefonu wartego 400€.

Właśnie, cena. SGS u operatora kosztował mnie 100€ (plus 18 miesięcy kontraktu, gwarantującego operatorowi kolejne 600€ dochodu z mojej kieszeni). Nexus S natomiast kosztuje około 250-400€ (to ceny z dzisiejszego eBay-a) – bez kontraktu rzecz jasna, nowy i na gwarancji. Ja znalazłem egzemplarz używany, niestety bez żadnych papierów ani gwarancji. Istnieje szansa, że był on komuś wyrwany od ucha kilka dni wcześniej; jednak jeśli wierzyć zapewnieniom sprzedającego, jego brat pracuje w firmie współpracującej z Samsungiem i ma dostęp do telefonów testowych (cokolwiek by to nie oznaczało…), i podobno to jest właśnie taki telefon. Potwierdza to test numeru IMEI online na stronie http://www.numberingplans.com, jednak ponieważ IMEI jest w tym modelu łatwo modyfikowalny (przy odrobinie wiedzy technicznej), nie mam żadnej gwarancji co do legalności podchodzenia tej zabawki. Jednak dzięki temu udało mi się utargować całkiem rozsądną cenę – facet chciał za niego początkowo 200€, ale kupiłem go za 140€ po 5 minutach targowania się i pokazywania sprzedającemu ile ten model kosztuje (z pełnym rynsztunkiem!) na eBay-u.

Telefonik jest zacny – prawie identyczny z tym skradzionym. Jest jednak kilka drobnych różnic. Na przykład, Nexus nie ma Gorilla Glass tylko „zwykły” plastik dzięki czemu ekran jest bardziej podatny na zarysowania i zabrudzenia. Z drugiej strony, jest on nieco wklęsły – na tyle nieznacznie, że nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale wystarcza, żeby powierzchnia ekranu nie rysowała się gdy telefon leży ekranem w dół. Brakuje mu też radyjka – którego i tak nie używałem – ma za to moduł NFC – którego używam równie intensywnie co radyjka. Jedyna znacząca różnica na korzyść Nexus-a to diodowa lampa błyskowa, którą da się ustawić w trybie świecenia ciągłego (latarka!) dzięki czemu idąc nocą do komnaty westchnień mam mniejsze szanse na zahaczenie o czający się złośliwie kant nogi od łóżka czy też nadepnięcie precyzyjnie ulokowanej przez moją córkę miny przeciwpiechotnej klasy BB (Bucik Barbie – kto kiedyś na to świństwo nadepnął bosą stopą ten wie o czym mówię).

Tym samym znów mam internet w kieszeni, dzięki czemu mogę sobie przeglądać, dajmy na to, stastyki czytelności (poczytalności?) tego bloga, siedząc w, dajmy na to, pokoiku jednoosobowym z wkładką ceramiczną.

Kawał? Dziś kawału nie będzie, będzie za to cytat z Pratchetta:

A hero will always win when outnumbered, since million-to-one chances are dramatic enough to crop up nine times out of ten, but always lose when faced with a little bald wrinkly smiling man who is almost always highly trained in martial arts.

I moje nieudolne tłumoczenie na nasze (jeżeli masz pomysł na zgrabniejszy przekład, zapraszam do komentarzy):

Bohater zawsze zwycięży przeważającego go liczebnie przeciwnika jako że szanse jedna na milion są wystarczająco dramatyczne żeby sprawdzały się w dziewięciu przypadkach na dziesięć; przegra jednak w spotkaniu z małym, łysym, pomarszczonym, uśmiechniętym staruszkiem, który prawie na pewno jest mistrzem wschodnich sztuk walki.

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Drrrryńńńń"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
agnieszka100
Gość

:))))

wpDiscuz