Starość nie radość, czyli efekt domina

Niniejszemu wpisowi wróżę dobrą oglądalność. Ludzie uwielbiają czytać o tym, że ktoś ma gorzej od nich, nawet jeżeli się oficjalnie do tego nie przyznają 😀

Pamięta ktoś jeszcze mój wpis sprzed kilkunastu tygodni o tym, jak sobie złamałem mały palec u lewej stopy?

Historia rozwinęła się szeroko, niczym powieść Nałkowskiej.

No bo tak: palec złamany, więc przez trzy tygodnie o kulach (chociaż osobiscie wolałbym o sześcianach, ale w tym szpitalu mieli tylko kule), a potem na wizytę kontrolną. Tam najpierw poczekalnia, potem rentgen (znów wyszło trochę z profilu; nigdy nie byłem zbyt fotogeniczny), znów poczekalnia, lekarz patrzący z mądrą miną na czarnoszare przezrocze, wreszcie wyrok:

– Jest ok, może pan już chodzić bez kul. Zrosło się.

Ucieszony jakby mi ktoś sprezentował terabajt RAM-u, wyszedłem dziarskim krokiem ze szpitala w kierunku wyraźnie ścielącej się na horyzoncie świetlanej przyszłości.

Ale że Murphy jednak miał rację, nazajutrz stwierdziłem, że nadal mnie ta stopa łupie. Tym razem jednak już nie palec, ale podeszwa, w okolicy, gdzie palec się łączy z resztą stopy.

Połaziłem tak z tydzień, bo bolało raczej łagodnie, ale, cholera, nieustępliwie. Wracam więc do wracza i wykładam mu sprawę, a ten mi na to, że to najpewniej nagniotek jest. Na wszelki wypadek jednak (a nuż to jakaś drzazga?) kazał zrobić ultrasonografię (zabieg wygląda o wiele mniej interesująco, niż się nazywa), która nie wykazała niczego poza tym, że ultrasonograf działa. Lekarz obmacał bolące miejsce jeszcze raz i stwierdził ponad wszelką wątpliwość:

– Ma pan nagniotek.
– Ale skąd nagniotek, skoro ja tej stopy przez ostatni miesiąc w ogóle nie używałem?
– Nie wiem skąd, mu tu robimy medycynę, nie filozofię. Ma pan namiar na jakiegoś dobrego chiropraktyka?
– Nie mam.
– No to ma pan.

Chiropraktyk miał najbliższy wolny termin dopiero w maju, umówiłem się więc nazamiesiąc i cierpliwie przekuśtykałem cały kwiecień. Oczywiście oszczędzając, w miarę możliwości, lewą nogę.

Wizyta u chiropraktyka była krótka i treściwa. Babka wycięła mi z podeszwy takie ilości różnych kawałków, że zaczynam teraz rozumieć sens powiedzenia “Prędzej zjem własną stopę.”. Pluton piechoty by tym nakarmił… Wyszedłem stamtąd – wreszcie! – nie kulejąc i nie bolejąc. Człowiek docenia, czego nie ma, dopiero jak to straci.

Radość była krótka. Dwa dni później zaczęło mnie rwać – uwaga – PRAWE kolano.

Skąd nagle kolano, w dodatku prawe?

Otóż mamy teraz początek maja, a ja przecież od końca stycznia miałem różne hopsztosy z lewą nogą, przez co noga prawa była mocniej obciążona (i to do kwadratu, bom gruby) no i się z tego obciążenia zrobiło lekkie zapalenie więzadła w kolanie.

Efekt?

Dziesięć dni w zawiasach. Dosłownie. Pani doktor założyła mi na prawe kolano taki sprytny zawias, dzięki któremu noga jest permanentnie zgięta na 30° (kątowych, nie Celsjusza).

Tak więc do połowy maja: zero spacerów, zero prowadzenia auta (szczęściem mogę pracować z domu, inaczej byłoby krucho) no i brzuch mi pewnie jeszcze bardziej urośnie z braku ruchu.

Ciekawe, co dalej.


Liczba słów w tym wpisie: 579

Sprawdź też

Problem plecakowy

Jakiś czas temu zachciało nam się nowego ogródka. Wezwaliśmy więc ekipę, która wśród zgiełku i …

Aktywnie z rana

Doszedłem do wniosku, że przez to siedzenie w domu strasznie mało się ruszam. Normalnie przynajmniej …

Zapisz się
Powiadom o
guest
11 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
11
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x