Żeby kózka nie skakała

Całkiem niedawno, w niedzielę rano, zachciało mi się po raz kolejny sprawdzić, czy kanapa stoi na swoim miejscu. Zazwyczaj używam do tego celu małego palca u losowo wybranej stopy. Metoda działa bez pudła: palec,  w połączeniu z gromką wiązanką niewybrednych wyrażeń, przy których Trzynasta Księga Pana Tadeusza wydaje się wigilijną opowieścią dla maluszków, wykrywa meble z dokładnością niemalże do stałej Plancka.

Ostatnio jednak zachciało mi się eksperymentowania. Zamiast palca małego postanowiłem użyć – serdecznego. O ile rzecz jasna nazewnictwo palców u stóp odpowiada temu u dłoni. Bo jeżeli nie odpowiada, to wyjaśniam, że chodzi o palec czwarty od prawej. To znaczy od prawej strony, a lewej stopy. Albo drugi od lewej, zależy jak ustawić kamerę.

Ponieważ palec ów jest nieco dłuższy od swojego skrajnego sąsiada, założyłem (błędnie, jak się okazało), że do poprawnego działania wymaga on użycia dłuższego wektora oddziaływania kinetycznego. Przyłożyłem więc dłuższy wektor, czyli po naszemu przygrzmociłem tym palcem w nogę od kanapy tak, że ujrzałem wszystkie gwiazdy w promieniu siedemnastu parseków, wraz z przyległymi planetami, składem chemicznym atmosfery oraz analizą widmową uwzględniającą dopplerowskie przesunięcie ku czerwieni, a w przypadku czarnych dziur zobaczyłem też całkiem wyraźnie promieniowanie Hawkinga.

Standardowo drugim krokiem testu jest wspomniana wyżej wiązanka, jednak ponieważ miałem w akustycznym zasięgu swoje jedenastoletnie dziecię, które jest nadal święcie przekonane, że jej tatuś jest stworzeniem o kulturze dodatniej, zdążyłem się w porę zreflektować i zadowoliłem się głośnym syknięciem oraz niemniej głośnym stęknięciem, które pozwoliły mi przetrwać pierwszych parę sekund po teście.

Efekt?

Palec napieprzający tak, że miałem szczerą ochotę odchlastać go sobie kombinerkami. Na szczęście akurat nie miałem takowych pod ręką.

Ponieważ nie była to moja pierwsza przygoda z wykrywaniem mebli (zainteresowanych zapraszam do lektury na przykład tego wpisu), ani nawet nie druga, wiedziałem już, że do lokalnego lekarza nie ma sensu iść. Albo mi każe jeść paracetamol wiadrami, albo przywiąże palec taśmą izolacyjną do zdrowszego sąsiada, albo jedno i drugie – i tyle będzie z leczenia.

Jakoś przekuśtykałem do wieczora. Obolały, ale optymistycznie nastawiony do poniedziałkowego poranka.

Tymczasem w poniedziałek rano palec zrobił się sporo większy, zsiniał w dwóch miejscach oraz zaczął naparzać tak, że z bólu zapomniałem nie tylko o śniadaniu i porannej kawce, ale nawet o wizycie w Komnacie Zadumy.

Na szczęście auto mam z automatyczną skrzynią biegów, lewa noga i tak nie ma tam nic do roboty, więc do pracy dotarłem bez większych problemów.

To znaczy… na parking pod pracą. Spacerek z parkingu do biura, który nie powinien zająć mi więcej, niż 5 minut, zajął mi ich prawie 20. Zająłby pewnie i dłużej, gdyby nie jednostajnie nasilający się zew Ucha Modlitewnego (jeżeli nie wiesz, czym jest Ucho Modlitewne, zapraszam do opowieści o Ralfie)

W biurze wytrzymałem dwie godziny, po czym stwierdziłem, że p*lę to wszystko, jadę do wracza-kościologa.

Wracz-kościolog wykonał oględziny, porównał obecny wygląd palca ze zdjęciem, które przezornie pstryknąłem poprzedniego dnia wieczorem i uznał, że bez fotki rentgenowskiej się nie obejdzie.

Na fotce niczego nie zauważyłem, ale pan dochtór już owszem. Wskazał mi punkt na kości, który wyglądał identycznie jak wszystkie inne punkty i powiedział:

– Widzi pan? Tu jest pęknięte.

– Widzę – skłamałem natychmiast z mądrą miną, żeby nie wyjść na idiotę (jakby kopanie w sofy już nie było wystarczającą poszlaką) – Faktycznie, pęknięte jest.

Dostałem kule (mało okrągłe) oraz błogosławieństwo na zwiększoną dawkę paracetamolu po czym kazano mi odmaszerować w siną dal, po uprzednim rzecz jasna uiszczeniu odpowiednich danin w okienku kasowym, a także ustaleniu daty wizyty kontrolnej.

Za trzy tygodnie.

Ech, życie.

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Żeby kózka nie skakała"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jacek
Gość

Ja sobie kiedyś serdeczny u nogi złamałem klasycznie – stając nim na klocek lego pozostawiony przez latorośl. Albo przeze mnie podczas zabawy z latoroślą. Niemniej klocek lego. Czym potwierdziłem ich mordercze skłonności.

Kuba
Gość

Po prostu mebel Cię zaatakował

Futrak
Gość

Pierwszy raz słyszę, że paracetamol leczy złamania. Oby ta wiedza się nie przydała, ale w razie czego…
Tylko proszę o doprecyzowanie, czy paracetamol nakłada się na złamanie zewnętrznie (jak gips) czy może przyjmuje tradycyjną metodą doustną.

Robsik
Gość
Gdy pierwszy raz, a było to tak dawno temu, że należałoby to już umieszczać w książkach historycznych, spotkałem się z wyjątkowo swawolną planetoidą, której trajektorii do dziś nikt nie wyznaczył wzorem matematycznym, a którą to z niewyjaśnionych do dziś przyczyn nazywali piłką (wolę używać ją przy stole warsztatowym), byłem tak oszołomiony, że z wybitym kciukiem chodziłem jeszcze tydzień czasu. Nie przeszkadzało mi nawet to, że wspaniałomyślne siostry zakonne wymyśliły usztywnienie, kawałek bandażu i przekonały, że będzie i ma boleć. Gdy po tygodniu miałem już wyraźny problem z kciukowym wybieraniem nadmiaru zanieczyszczeń z otworów wentylacyjnych (zwanych także nosowymi), udałem się fachowca,… Więcej »
bagienny
Gość

Łaaa tylko paracetamol?
Ale cóż, detektor trzeba czasem oddać na przegląd. Tobie się udało i nie zrośnie Ci się w poprzek.

Mało bólu życzę.

5000lib
Gość

Wiem, o czym piszesz niestety.
Współodczuwam, na szczęście i pokrzepienie palca u nogi i serca.
PS. A kombinerek może nie miałeś na szczęście pod stopą, chociaż, co ja tam wiem…
Pozdrówki,

Joanna
Gość

U nas rodzinny okrzyk w takiej sytuacji brzmi: „dziap dziap dziap” – mówione szybko i wielokrotnie, według potomstwa ma sprawdzone działanie przeciwbólowe w takich sytuacjach i jest na dodatek ewidentnie cenzuralne.

Rzast
Gość

Słyszałem o dzieciach, które mówiły w takich sytuacjach harmincegy i ktoś się oburzał, że przeklinają. A to tylko niewinne słówko po węgiersku…