R-Buzz

O tym, jak nabyliśmy arbuza z własną sferą Schwarzschilda.

Arbuz (ang.: R-Buzz, czyli Brzęczenie Polarne) to dobry pomysł. Przynajmniej tak się wydaje na początku, bo potem bywa różnie. Przekonaliśmy się o tym całkiem niedawno.

A było tak…

W Irlandii jest Dublin. Miasto takie, chociaż co do tego ostatniego zdania są mocno podzielone. W Dublinie jest Finglas. A „na finglasie” jest Golt Food, polska hurtownia spożywcza, w której od czasu do czasu zaopatrujemy naszą lodówkę.

W odróżnieniu od wielu innych „polskich hurtowni”, będących de facto biznesami rosyjskimi, litewskimi lub w najlepszym przypadku mieszanymi, tutaj mamy firmę faktycznie polską, do szpiku, imentu i diaska. Tak polską, że jak dobrze powąchać, czuć między półkami zapach gryki, świerzopa i dzięcieliny pały.

W odróżnieniu od konkurencji, Golt Food ma też odpowiednie rozmiary. Ja wiem, mówią, rozmiar nie ma znaczenia. Ale czasem jednak ma. Tu półki ciągną się niemalże po horyzont, w każdy poprzek. Sam dział lodówkowy jest wielkości średniej wielkości wieloryba średniej wielkości.

No i teraz akcja właściwa. Rzucili arbuzy (to taka gra słówek, w rzeczywistości położyli je delikatnie, żeby się nie rozbryzgnęły), zwane przez nas uporczywie „groszkiem z Czernobyla”. Ponieważ arbuza nie jedliśmy już dość dawno, wypatrzyliśmy jednego szczególnie dużego osobnika i wrzuciliśmy do koszyka. To znaczy włożyliśmy, żeby się nie rozbryzgnął. Duży był, suczy syn, ale daliśmy radę.

Przy kasie, dla lepszego efektu, arbuza położyliśmy na samym początku taśmociągu. Pani kasjerka delikatnie przeturlała go na przykasową wagę. Ta natychmiast zaprotestowała oburzonym „ti-tiiiit!”, wyświetlając równocześnie „Err” zamiast kilogramów.

Pani przeturlała arbuza na taśmociąg i apiat’ na wagę. Znać, że uczona. Mi zajęło 19 lat edukacji powszechnej, żeby nauczyć się, że większość problemów z technologią da się rozwiązać poprzez wyłączenie i włączenie urządzenia.

Ti-tiiit!

Trzecie podejście zakończyło się tak samo.

– Kryśkaaa!
– Hę?
– Dasz radę wziąć tego arbuza na wagę?
– Na jaką wagę?
– Tą na zapleczu. Zaraz za drzwiami jest.

Czujnej mej uwadze nie umkło, iż pani kasjerka użyła nieprawidłowej formy zaimka – należało bowiem powiedzieć „tę” a nie „tą”. Pomyślałem sobie jednak, że wprawdzie arbuz jest ciężki, jednak wzburzona moimi uwagami pani kasjerka mogłaby w nagłym przypływie sił wbić mi arbuza na głowę. Albo (co gorsza), nie na głowę. Ugryzłem się więc w język, a w tym czasie Kryśkaaa, uginając się pod ciężarem zmutowanego groszku, zniknęła w czeluściach nazaplecza, z których wyłoniła się pół minuty później.

– Szesnaście i pół kilo! – wydarła się na cały sklep, przekrzykując gwar zakupowiczów.

Ciszę, jaka zapadła po tych słowach, można usłyszeć tylko w najbardziej oddalonych zakątkach międzygalaktycznych przestworzy. Zgroza z wolna wypełzła na twarze najbliżej stojących zakupowiczów. Jakieś dziecko zakwiliło, wystraszone nagłym brakiem dźwięków.

Po nieskończenie długich parunastu sekundach Kryśkaaa przytargała wreszcie arbuza do kasy, nabawiając się po drodze naderwanego ścięgna, przepukliny oraz zaawansowanej arbuzofobii.

*** trzy godziny później ***

Zazwyczaj kroję arbuza w kliny. Takie jakby półkoliste. Szybko to idzie, łatwo się to je (tylko trzeba podłożyć pod brodę zylion serwetek, bo cieknie). Z tym, że to działa w przypadku arbuzów małych lub średnich. Ten zaś był naprawdę spory. Przy krawędziach widać było wyraźnie, jak zagina przestrzeń. Dlatego przyjąłem inną strategię i zacząłem go kroić w plastry. Potem wykrawa się z takiego plastra środek, tnie się go w grubą kostkę, ładuje się tę kostkę na talerz bądź – lepiej – do miski. Stawia się talerz (bądź – lepiej – miskę) na stole, daje każdemu domownikowi widelec i rolkę ręczników kuchennych, i arbuz znika.

Z tym, że jednak nie znika.

*** trzy dni później ***

Zjedzenie 3/4 arbuza zajęło nam trzy dni. Ostatnia ćwiartka wciąż leży w lodówce. Nikt już nie może patrzeć na arbuza. Arbuz jest fructus non gratus. Wypowiedzenie słowa „arbuz” wiąże się z trzema dodatkowymi dyżurami przy kuwecie.

Muszę podpytać Wędrowycza, czy pędził kiedykolwiek arbuzówkę…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

8 komentarzy do "R-Buzz"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Kasia
Gość

Zawsze myslalam, ze takie duze to niesmaczne musza byc bo pedzone, w sensie tuczone na sile 🙂

tolep
Gość

Duży chłopiec, a najprostszych rzeczy nie wie. Usunąc pestki, zmalaksować z żelatyną i wódką, wstawić do lodówki po przełożeniu do naczyń…..

wpDiscuz