Toy Wars: recenzja

“Toy Wars” czytałem już kiedyś, dawno temu, z jakiejś pirackiej kopii.

Tak, wstydzę się.

Dlatego niedawno, żeby uspokoić sumienie, nabyłem w drodze kupna wersję elektroniczną i zanurzyłem się w świecie Toy ponownie.

Książkę można przeczytać z dwóch skrajnie przeciwnych perspektyw:

Perskeptywa A: gość udający pisarza, wkraczający właśnie w smugę cienia, wyżywa się w nieomal pornograficznym stylu na czytelniku, ładując w książkę maksimum golizny, seksu, wybuchów, mordobicia, kurwolingwistyki oraz płytkich żartów klasy B.

Perspektywa B: Świetnie napisany zbiór czterech mini-opowiadań w mocno komiksowym stylu, pełen dynamicznych zwrotów akcji oraz niesztampowych pomysłów na jej urozmaicenie. Wyraziste sylwetki głównych bohaterów, trup ściele się gęsto, a wszystko zaserwowane na półmisku z mocno humorystycznego języka.

Który punkt widzenia reprezentuję?

Tak po prawdzie to nie jestem pewien. Ale wiem jedno: jak się już do książki dorwałem, ciężko mi było przerwać. A to dobry znak.

Zaczyna się całkiem niewinnie: Toy Iceberg otrzymuje w spadku po ojczymie firmę detektywistyczną oraz sześć milionów dolarów. Pieniądze dostanie jednak dopiero po dziesięciu latach i to tylko wtedy, jeżeli uda jej się przez tych 10 lat utrzymać z uczciwej pracy jako prywatny detektyw.

Toy jest bardzo drobnej budowy, ma ogromną wadę wzroku, ma też dość mroczną przeszłość; głównie prostytucja i narkotyki. Nie ma kompletnie predyspozycji do zawodu prywatnego detektywa, więc strasznie bieduje. Do tego stopnia, że kupuje kocie żarcie bo taniej, kradnie mydło i ręczniki po stacjach benzynowych i tak dalej. Ogólnie – niepowodzenie.

Pewnego dnia jednak odwiedza ją Dante, szef najemników i proponuje pracę. Niebezpieczną, ale za bardzo dobre pieniądze.

Toy nie mając za bardzo wyboru zgadza się… i tu się zaczyna rozpierdziucha. Przez trzy kolejne mini-opowiadanka śledzimy Toy, która wraz z bandą najemników wyrusza na kolejne szalone misje. Jest… intensywnie. Jest też śmiesznie. Widać, że Autor bawi się świetnie, bo pomimo dość przerażających scen malowanych nam co chwilę potrafi utrzymać lekki ton i nie szczędzi nam żartów.

Czwarte natomiast mini-opowiadanko, które jest jednocześnie ostatnim w książce… Noż kurdę. Od niego powinno się wszystko zacząć! Nie chcę teraz zdradzać zbyt wiele fabuły, ale przemiana, którą Toy przechodzi zmienia ją w prawdziwą machinę śmierci i zagłady – dopiero tutaj faktycznie zaczyna się Dziać. Toy musi rozpracować szatańską zagadkę, w przeciwnym razie umrze mnóstwo ludzi, w tym jej najlepsza przyjaciółka z sierocińca.

Tak sobie myślę, że jak już p. Andrzej skończy cykl “Achai” (co pewnie zajmie mu jeszcze z 10 lat albo i więcej), i jeżeli będzie jeszcze miał siłę i chęć na pisanie (czas niestety nie chce się zatrzymać nawet dla Wielkich tego świata), powinien pociągnąć dalej temat Toy. Takiej postaci nie można, po prostu nie można odstawić na bok.

Dodam jeszcze, że książka jest zdecydowanie nie dla dzieci, nie spodoba się też ludziom miłującym rozwlekłe opisy przyrody czy też głębokie rozważania walki wewnętrznej głównego bohatera.

Jak już nadmieniłem, “Toy Wars” to książka mocno komiksowa. Jeżeli p. Ziemiański kiedyś sprzeda prawa autorskie Marvelowi, dałoby się z tego nakręcić całkiem fajny serial.

To znaczy, o ile najpierw dopisze się więcej części, bo cztery odcinki to co to za serial…

Zapisz się
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
6
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x