Wojna starego człowieka: recenzja

Recenzja mocnej literatury SF w wykonaniu Johna Scalziego.

Jestem mało wybredny jeśli chodzi o kuchnię, natomiast strasznie wybrzydzam przy konsumpcji literatury. Sporo książek nie przechodzi mojej próby pięćdziesięciu stron. Sporadycznie bywa, że doczytuję książkę do końca, bo mam szacunek dla autora albo już zacząłem pisać recenzję i głupio się wycofać. Ale to rzadkie przypadki.

„Wojna starego człowieka” Johna Scalziego to książka, którą odkryłem – podobnie jak poprzednią tu recenzowaną – dzięki blogowi. Tym razem chodzi o blog Tramwaj Numer 4, który z kolei odkryłem dzięki lekturze innej książki, w której blog ów jest wspomniany, o czym zdaje się już kiedyś napomknąłem przy okazji recenzji którejś z części serii o Chyłce i Zordonie, która to seria – co jest póki co tajemnicą – ma zostać sfilmowana w postaci serialu, o czym z kolei przeczytałem przed chwilą guglając za Zordonem, którego ksywa całkiem wypadła mi z pamięci, co w moim wieku jest trochę niepokojące, ale – jak by to rzec – dziur w niej coraz więcej, niczym w wysokiej jakości szwajcarskim serze; jeśli zaś chodzi o przyszłą maturę z polskiego to podobno zadaniem na szóstkę będzie rozbiór gramatyczny tego zdania, które jednak nie próbuje nawet pretendować do miana najdłuższego zdania polskiej literatury – z dwóch powodów: po pierwsze to nie żadna literatura tylko zwykły blog, a po drugie tytuł ten należy się zdaniu autorstwa panów Tuwima i Słonimskiego, opublikowanemu w ramach primaaprilisowego żartu w jednej z gazet na początku lat dwudziestych zeszłego stulecia.

Sama książka jest bardzo dobra. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to dwie wpadki tłumacza:

  1. Zaraz na samym początku czytamy o tym, że żona głównego bohatera miała w chwili śmierci 42 lata, podczas gdy z reszty narracji jasno wynika, że chodziło o czterdziestodwuletnie małżeństwo.
  2. Tłumacz ewidentnie nie ma pojęcia o nazwach pododdziałów wojskowych – zamiast „drużyna” uparcie używa słowa „brygada”, co jest dość znacznym lapsusem dla wszystkich fascynatów wojska, ja jednak byłem w stanie przymknąć na to oko.

Cała reszta – coś niesamowitego. Książka jest „klasycznym” SF, takim, do którego się chętnie wraca (tak, mam wrażenie, że będę ją czytał jeszcze raz – może na przykład w oryginale?).

Nie chcę tu opisywać całej fabuły, bo popsułbym Czytelnikowi frajdę z lektury. Opowiem więc tylko pokrótce jak się książka zaczyna: otóż główny bohater (John Perry), siedemdziesięciopięcioletni pisarz, wdowiec, postanawia zaciągnąć się do kosmicznego wojska.

Okazuje się bowiem, że Ziemia jest tylko jedną z wielu planet zamieszkanych przez istoty rozumne, i że wszystkie te gatunki („cywilizacje”?) od bardzo dawna walczą ze sobą o te „lepsze” planety, żeby mieć gdzie się dalej rozwijać.

Prawo mówi, że każdy może zaciągnąć się do wojska, o ile tylko skończy 75 lat. Deklarację o chęci wstąpienia w kosmiczne szeregi można złożyć po sześćdziesiątych piątych urodzinach, a więc ma się dziesięć lat na podjęcie decyzji. Minimalny czas służby to dwa lata, ale może się zdarzyć, że przeciągnie się nawet do pełnej dekady.

Jedyne, na co trzeba się zgodzić, to „śmierć” na Ziemi. A więc uznają człowieka za zmarłego (ze wszystkimi tego konsekwencjami prawnymi i społecznymi) i nie będzie on miał nigdy możliwości powrotu na Ziemię, ani żadnego z nią kontaktu.

John niedawno stracił żonę, nic go na Ziemi nie trzyma, a liczy na to, że jego schorowane siedemdziesięciopięcioletnie ciało zostanie prawidłowo „zadbane” przez wojskowych, dzięki czemu będzie miał szansę dożyć starszego wieku bez widma ciągłego chodzenia do lekarzy.

No właśnie. Tak oto niewinnie się książka zaczyna. A potem…

Powiem tylko, że potem jest dużo wojennej jatki z udziałem najprzeróżniejszych Obcych (wachlarz przedstawionych gatunków jest iście imponujący), jest bardzo dużo scen zaskakujących czytelnika, przekonanego że wie „o co chodzi”, czyta się to praktycznie od deski do deski, jednym tchem.

W moim przypadku ów jeden dech trwał aż trzy doby, bo praca, rodzina i inne takie drobiazgi – ale trzy doby to nie sześć tygodni, prawda?

Bardzo, bardzo polecam tę pozycję wszystkim fanom dobrej SF.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Wojna starego człowieka: recenzja"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Robert
Gość

Jestem wzrokowcem i czasami marudą – stąd składam prośbę i petycję, abyś umieszczał także okładkę książki 🙂

Iwona
Gość

Nie wiem czy wyłapałabym taki szczególik jak 42 lata życia i małżeństwa, świetnie 🙂

wpDiscuz