Lines of Departure: recenzja

Recenzja drugiego tomu z serii „Frontiers” Kloosa. Lektura warta grzechu!

Dziś króciutka recenzja drugiego (z czterech) tomów serii „Frontiers” Marko Kloosa. „Lines of Departure” to kontynuacja przygód sierżanta Graysona. Tym razem zdecydowana większość akcji dzieje się w kosmosie, co tygryski bardzo lubią.

Nie będę zdradzał wszystkich szczegółów fabuły, ale trochę jednak tym razem zdradzę, a więc

***SPOILER ALERT ***

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po ponad pięciu latach służby Greyson postanawia wrócić na chwilę na Ziemię, gdzie spotyka się z matką i zabiera ją na pierwszą od wielu lat wycieczkę poza miasto. To dość długi rozdział i całkiem zgrabnie napisany. Jeden z niewielu, w których akcja dzieje się powoli i większe znaczenie ma tu klimat i opisy stanu ducha bohaterów, niż latanie po kosmosie i szczelanie laseramy do Łobcych.

W innym rozdziale mamy scenę, w której Grayson znajduje się w sytuacji kompletnie bez wyjścia: dryfuje w pełnym trupów, uszkodzonym pojeździe kosmicznym, w kombinezonie z zapasem powietrza na dwie godziny, bez perspektyw na ocalenie. Jak z tej opresji wychodzi? Nie powiem. Ale scena jest opisana tak, jakby się tam było. Brrr.

W jeszcze innym miejscu mamy scenę niesubordynacji Greysona, który dzięki temu ratuje tyłek sobie i kolegom. Trafia potem w wir wymierzonego przeciwko niemu śledztwa, ale radzi sobie ze śledczymi oficerami bardzo skutecznie.

Mamy znów kilka starć z Obcymi, z czego dwa całkiem udane (po raz pierwszy w historii walk z tą rasą udaje nam się zwyciężyć – co prawda w skali mikro, ale zawsze). Sprawa jest o tyle ciekawa, że technologia, jakimi dysponują Obcy sprawia, że ludzie to w zasadzie poziom mrówek. No może szczurów. A jak wiadomo szczur przyparty do muru będzie robił wszystko, żeby przetrwać, choćby o chwilę dłużej. Walimy do pojazdów Obcych z atomówek, taranujemy ich rakiety własnymi i nie udało nam się nawet zarysować ich pancerza. Na powierzchni planety są trochę bardziej podatni na naszą broń, ale tylko trochę. Na jednego Obcego potrzebny jest co najmniej pluton wojska ze specjalnym uzbrojeniem, wsparciem z powietrza i tak dalej. Dwudziestu Obcych potrafi po prostu przejść po uzbrojonej po zęby kompanii ludzkiego wojska i pozamiatać żołnierzy bez użycia broni. Nie wspominam już o ulubionej broni Obcych czyli gazowej neurotoksynie, której dowolnie mała ilość zabija człowieka w trzy sekundy. Zrzucają tego parę ton na planetę zamieszkałą przez ludzi, czekają parę chwil i po ptokach. Takie… odrobaczanie jakby.

W „Lines of Departure” mamy najbardziej nieromantyczną scenę oświadczyn. Serio. Naoglądałem się w życiu i naczytałem, i stwierdzam autorytatywnie, że scena oświadczyn w tej konkretnej książce jest najmniej romantyczną ze wszystkich mi znanych. Ubawiłem się przy niej po pachy.

Końcówka jest raczej ponura. Obcy odkrywają wreszcie lokalizację Ziemi. Przy ich przewadze technologicznej zniszczenie ludzkości to w zasadzie formalność. Coś jakby trutkę na mrówki wlać w mrowisko i odczekać chwilę. Albo nawet nie, kijem mrowisko rozwalić i po rybach. To znaczy mrówkach. Zagłada Homo Sapiens staje się powoli faktem. Na szczęście wygląda na to, że w jej obliczu ludzkość wreszcie będzie potrafiła się zjednoczyć. Zamiast więc walczyć ze SRA (ten niefortunny skrót to Sino-Russian Alliance czyli zjednoczone siły chińsko-rosyjskie) pod koniec mamy całkiem ładnie opisaną scenę walki zjednoczonych sił ludzi przeciwko Obcym.

Zacząłem już lekturę części trzeciej – kolejna recenzja niebawem (mam nadzieję).

Jeśli chodzi o język, tym razem czytałem oryginał (Kloos jest Niemcem, ale na szczęście pisze po angielsku) i muszę przyznać, że chociaż tłumacz w pierwszej części odwalił kawał solidnej roboty, to jednak oryginał czyta się o niebo lepiej. Sarkastyczny wojskowy humor przeplata się z niekończącą się falą walk, zamieszek, opisów broni, pojazdów i wyposażenia – na szczęście wszystko wymieszane w bardzo zjadliwych proporcjach, żeby nie zamęczyć czytelnika.

Nadal nie lubię literatury militarnej 😉 Cykl „Frontiers” zamierzam jednak skończyć. Bardzo, bardzo dobry kawałek lektury SF. Polecam!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Lines of Departure: recenzja"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jacek
Gość

A serię Star Carrier czytał? A Odyssey One?

Jacek
Gość

Autorzy inni. Polecam obydwie serie. Tylko dużo tego w sumie jest. Póki co, chyba 6 i 4 tomy, całkiem grube. Ale klasyczne SF, takie jak lubię – kosmos, obce cywilizacje i raczkująca ludzkość radząca sobie jakoś w tym wszystkim.

wpDiscuz