“Project Hail Mary”. Recenzja książki.

Andy Weir słynie głównie z tego, że napisał “Marsjanina”. I w sumie nie wiadomo czy by słynął, gdyby nie wielki sukces filmu powstałego na kanwie tej książki.

O “Artemis” czytałem opinie dość zróżnicowane – w przeważającej mierze jednak negatywne – dlatego zdecydowałem, że ją sobie odpuszczę.

“Project Hail Mary” natomiast brzmiał bardzo smakowicie od samego początku, tj. kiedy już było wiadomo, że Weir pisze kolejną książkę, ale dość długo przed jej opublikowaniem. Na tyle smakowicie, że zdecydowałem się na kupienie jej w przedsprzedaży, dobre sześć tygodni przed planowaną datą wydania, czyli czwartym maja 2021.

Czwartego maja dostałem powiadomienie z Amazonu, że książka właśnie wylądowała na moim Kindelku. Niestety akurat byłem dość mocno zajęty, więc lekturę zacząłem dzień później.

Przed chwilą (piszę te słowa siódmego maja) skończyłem i stwierdziłem, że najlepiej pisze się recenzję “na gorąco”. No to piszę 😉

Zerknijmy najpierw na tekst oficjalnej zapowiedzi:

Ryland Grace is the sole survivor on a desperate, last-chance mission–and if he fails, humanity and the earth itself will perish. Except that right now, he doesn’t know that. He can’t even remember his own name, let alone the nature of his assignment or how to complete it. All he knows is that he’s been asleep for a very, very long time. And he’s just been awakened to find himself millions of miles from home, with nothing but two corpses for company. His crewmates dead, his memories fuzzily returning, he realizes that an impossible task now confronts him. Alone on this tiny ship that’s been cobbled together by every government and space agency on the planet and hurled into the depths of space, it’s up to him to conquer an extinction-level threat to our species. And thanks to an unexpected ally, he just might have a chance.

Cytat znalazłem na GoodReads.

Właśnie ta zapowiedź sprawiła, że się na tę książkę napaliłem jak szczerbaty na suchary.

Czy było warto?

Uch. Zdecydowanie!

Postaram się za dużo nie zdradzić, bo piękno opowieści o Rylandzie Grace opiera się w głównej mierze na efekcie zaskoczenia. Ale trochę zdradzę, tak z samego początku, żeby nie popsuć.

Główny bohater budzi się w nieznanym sobie miejscu, z amnezją: nie wie, jak się nazywa, kim jest ani gdzie jest i tak dalej. Budzi się w szpitalu (chyba?), ma w ciele różne rurki i igły, z sufitu zwisają narzędzia chirurgiczne, a monotonny głos automatu zadaje mu różne pytania, na które Ryland musi odpowiedzieć poprawnie zanim zostanie dopuszczony do kolejnego “etapu”. Na początek: ile jest dwa razy dwa? Jeżeli odpowie trzy razy błędnie, automat usypia go na jakiś czas, potem go wybudza i pyta ponownie. I tak dalej.

Książka toczy się dwutorowo. Wspomnienia wracają Rylandowi niewielkimi porcjami, każdą z nich poznajemy na zasadzie retrospekcji. Autor przerzuca nas między teraźniejszością a przeszłością tak, żebyśmy mogli zrozumieć co się tak naprawdę dzieje – ale też nie odkrywa za dużo, dzięki czemu zawsze ma w zanadrzu coś zaskakującego.

Podobnie jak w “Marsjaninie”, tutaj też mamy do czynienia z książką SF, w której “F” zajmuje bardzo, ale to bardzo niewielki ułamek całości – zdecydowaną większość pokrywa “S”. Bardzo szczegółowe opisy urządzeń i procedur, doskonałe wyliczenia astronomiczno-fizyko-chemiczne oraz całkiem sprytnie skonstruowany wątek samego przelotu międzygwiezdnego – a wszystko to oprawione smakowitą fabułą. W odróżnieniu bowiem od Marka Wattneya, który – chociaż sobie świetnie poradził – końcem końców pozostał postacią raczej “płaską” – Grace jest pełen charakteru (wad i zalet!). O wiele przyjemniej było mi wczuwać się w jego rolę, niż czytać bardzo techniczne zdania o Czerwonej Planecie.

To nie jest Space Opera. Owszem, mamy wątek spotkania dwóch cywilizacji, ale potraktowany w sposób absolutnie odmienny od wszystkiego, co do tej pory czytałem.

No i to zakończenie…

Ogólnie chciałem książce wystawić ocenę 9.5/10 – znalazłem tam bardzo, ale to bardzo niewiele rzeczy, do których można by się przyczepić (z naukowego punktu widzenia). Jednak dzięki zakończeniu oceniam ją na mocne 11/10. Po przeczytaniu ostatnich akapitów… nie, nie popłakałem się. Aż tak to nie. Ale miałem w gardle taką wielką gulę, a w głowie – zazdrość. Zazdrość, że Autor tak pięknie domknął wszystkie wątki. Ja, nawet gdybym myślał sto lat, nie wykombinowałbym tego w ten sposób. Absolutny majstersztyk.

Zdecydowanie polecam fanom dobrego SF. Jestem też głęboko przekonany, że jakaś duża wytwórnia filmowa prędzej czy później zrobi z “Projektu Hail Mary” film, który – o ile tego nie spieprzą – odniesie sukces o wiele większy od “Marsjanina”.

Zapisz się
Powiadom o
guest
9 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
9
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x