Pomnik raz jeszcze

Moje starsze dziecko robi coś, czego mi w dzieciństwie bardzo brakowało (chociaż zupełnie nie byłem tego wówczas świadom), mianowicie uczy się pływać. Ja sam pływam głównie w pionie, i to głównie w kierunku ku dołowi. Efekt jest taki, że bez ratownika mój oczekiwany czas przeżycia na powierzchni wody jest krótszy niż okres połowicznego rozpadu uranu 239.

No a córa dzielnie chodzi na basen i od niedawna samodzielnie pływa. W poziomie!

Takie zajęcia z pływania trwają pół godziny. W tym czasie rodzice siedzą na ławeczkach i obserwują swoje pociechy bądź też wściubiają nosy w ekrany różnego rodzaju urządzeń przenośnych. Ja natomiast staram się w tym czasie czytać, albowiem czasu na czytanie nie mam ostatnio zbyt wiele i staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę. To poniekąd tłumaczy przedłużające się czasami okresy spędzone w Komnacie Zadumy (zwanej też czasem pokoikiem jednoosobowym z wkładką ceramiczną), ale o tym sza.

Wracając do tematu – dorwałem się niedawno do grubej niczym Wojtek Mann księgi autorstwa mojego ulubionego Stasia od Lemów, a także nieznanego mi dotychczas Sławka od Mrożków. Pozycja zatytułowana „Listy” zawiera szczegółową historię korespondencji, którą intensywnie utrzymywali między sobą ci dwaj geniusze. Co prawda bardzo różnili się produkowanymi przez siebie gatunkami literackimi, jednak obydwaj żyli w czasach głębokiej komuny, której szczerze nie znosili i jakoś tak się stało, że się skumali listownie. Bardzo przyjemnie się czyta o codziennych (całkiem „nieliterackich”) perypetiach związanych z psującymi się samochodami, zagranicznymi stypendiami, wydawcami i tak dalej.

Niestety (a raczej: stety!), w chwilę po tym jak zacząłem lekturę „Listów”, przyszły wreszcie zamówione przeze mnie dawno temu w księgarni Renatka dwa tomy (drugi i trzeci) „Pomnika cesarzowej Achai” Andrzeja Ziemiańskiego, autora wprawdzie nieco mniejszego kalibru niż dwaj ww. panowie, ale za to piszącego literaturę, w której gustuję o wiele bardziej niż we wspomnieniach świętej pamięci staruszków.

„Pomnik…” już recenzowałem, po lekturze pierwszego tomu – jestem teraz w mniej więcej jednej trzeciej tomu drugiego i muszę stwierdzić z wielkim zadowoleniem, że autor trzyma poziom i czyta się po prostu świetnie. Nie ma co prawda (póki co) żadnych znacznych zwrotów akcji, jednak idea zderzenia dwóch zupełnie różnych społeczności jest eksploatowana bardzo wydajnie. W ciągu jednego dnia pochłonąłem ponad 150 stron, głównie dzięki temu, że mogę sobie teraz pozwolić na dojeżdżanie do pracy tramwajem, a tam, wiadomo, warunki do czytania idealne.

Dworskie intrygi zapętlają się z działaniami Służb Specjalnych, w międzyczasie ludzie zza Gór zwiedzają „starożytne” miasta na drugiej półkuli i czynią „cuda” za pomocą penicyliny i żelaznych okrętów. Narracja idzie wartko i naprawdę ciężko się oderwać.

Póki co oceny nie wystawiam, bo to dopiero 1/3 drugiego tomu, ale jeżeli poziom się utrzyma na obecnym poziomie, będzie jedna z bardziej pozytywnych recenzji na tym blogu.

Tymczasem jednak wracam do zamiatania liści. Dmucha, dmie i duje, a to tego kropi, leje i pada, a więc miotły w ruch!

Sprawdź też

„Virion. Obława” – recenzja książki

Drugi tom "Viriona" z imperium Achai jest wart grzechu.

Evan Curie: On Silver Wings (recenzja książki)

Recenzja książki otwierającej serię z gatunku Space Opera.

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Irlandia po polskuxpilButter Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Butter
Gość
Butter

Czas połowicznego rozpadu U239 to 23.45 min., więc chyba tak źle nie jest ;P.

Irlandia po polsku
Gość
Irlandia po polsku

Miło słyszeć, że nie jestem jedyną osobą, która pływa jak siekiera. Zastanawiałem się jak zorganizować synowi basen kibicując mu i suchym będąc. Otóż można 🙂 i poczytać się da w trakcie.

%d bloggers like this: