“Odyssey One”. Recenzja.

Recenzje czytanych przeze mnie książek są na ogół pozytywne. Większość z nich pochodzi z zaufanych źródeł, dzięki czemu zamiast szukać dobrej literatury metodą prób i błędów, szukam jej metodą prób i trafień 🙂

Z tym, że czasem jednak trafi się śliwka-robaczywka.

“Odyssey One” to Space-Opera z dużym rozmachem. Mamy podróże międzygwiezdne, mamy Obcych, latamy po Kosmosie i szczelamy laseramy, jest dużo postaci, jest humor, w zasadzie full wpas.

Tylko że…

Wiadomo, że w SciFi trzeba zachować dobrą równowagę między Sci oraz Fi. Za dużo Sci sprawia, że literatura robi się nudna (taki na przykład “Marsjanin” to głównie szczegółowe opisy a’la Adam Słodowy jak zrobić coś z niczego – przeczytałem i wyłem z zachwytu, ale przez niektóre rozdziały jednak się ślizgałem). Z kolei za dużo Fi daje nam na wyjściu potworka w stylu “Odyssey One”.

Tutaj wszystko się dzieje od razu. Misja ratunkowa, trzeba uratować małymi lataczami parę setek ludzi z powierzchni planety zaatakowanej przez morderczych Obcych? Rakiety obracają co piętnaście minut. Trzeba uniknąć strzału z pobliskiego lasera? Hyc, przesuwamy statek trochę w bok (ręcznie! już po strzale!). Trzeba wyjaśnić jak działa napęd tachionowy? To proste: tachiony nie lubią przebywać w jednym miejscu, więc jak się je spróbuje zatrzymać, to przeniosą rakietę Gdzie Indziej (ale jak tym sterować, żeby wiedzieć dokąd nas przenoszą, już nie wiadomo, chociaż rakieta jakoś zawsze trafia tam gdzie trzeba). Pierwszy skok? Od razu trafiamy na ślady po jakiejś bitwie, chociaż przecież wiadomo, że prawdopodobieństwo trafienia w międzygwiezdnej pustce na cokolwiek jest porównywalne z tym, że Skarbówka odda nam bez walki omyłkowo pobrany podatek. I tak dalej.

Do tego bzdurki typu “wolant myśliwca pozwala kierować nim we wszystkich sześciu osiach” – kurdę, a czemu tylko w sześciu, a nie od razu w sześćdziesięciu?

Może w tym ostatnim przykładzie akurat zawalił tłumacz, nie wiem. Ale po przebrnięciu przez 36% pierwszej części opadły mi witki. Albo facet to pisał pod wpływem, albo po prostu postawił wszystko na jedną kartę i wyprodukował fajną fabułę kompletnie ignorując Newtona i Einsteina.

Tak czy siak, nie zdzierżyłem. Nie tylko nie przetrwałem pierwszego tomu, ale też będę się trzymał z dala od pozostałych siedmiu czy ośmiu.

Nota bene, to ma aż osiem części? To znaczy, że musiało odnieść sukces (nikt nie kontynuuje pisania powieści, która się nie przyjęła, no i nie ubija się dojnej krowy). A to znaczy, że gust czytelniczy fanów serii…

…jak by to napisać żeby nie użyć głośno słowa “dupa”…

… gust fanów “Odyssey One” zdecydowanie odbiega od mojego.

I tak to tu zostawię, bez końcowej oceny.

Zapisz się
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x