Doceń żula

Opiszę dziś przezabawną przygodę, która przytrafiła mi się we wczesnych latach studenckich, i która nieco zmieniła mój pogląd na kwestię tzw. „żuli dworcowych”.

Na początku lat 90. wojskowi mogli jeździć polskimi kolejami za darmo. Nie wiem skąd się taki przepis wziął, nie wiem nawet czy nadal istnieje (przypuszczam, że nie – jeżeli ktoś wie coś więcej na ten temat, proszę o komentarz), ale fakt faktem można było zwiedzić kupę miejsc i nie wydać grosza na przejazdy.

Wyjątkiem były pociągi ekspresowe i IC – tam trzeba było zapłacić za miejscówkę – i tylko za miejscówkę. Koszt miejscówki to było około 12,000 złotych (tych sprzed denominacji ma się rozumieć).

Zdarzyło mi się któregoś letniego piątku, że zabrakło mi na ową miejscówkę. Okazało sie mianowicie, że dzień wcześniej PKP odrobinę podniosła cenę miejscówek (o około 2,000 złotych – nie pamiętam dokładnie) – a ja miałem precyzyjnie odliczoną kwotę wedle starej ceny. No i zipa dumna – stoję przy tym okienku jak kretyn, kolejka z tyłu zaczyna się robić nerwowa (kto kupował bilety w Warszawie na Centralnym ten wie o czym mówię), tłumaczę pani, że nie wiedziałem o podwyżce, ona mi na to, że rozumie, ale że nic nie może zrobić… no i odszedłem od okienka z głupią miną, z wizją czekania na najbliższy pospieszny (czyli jakieś 6 godzin). Plus 3 godziny przesiadki pod koniec trasy, bo osobowe zaczynają jeździć około 5 rano a ten pospieszny docierał na miejse gdzieś o drugiej. Krótko mówiąc, sama radość.

Odchodzę więc od tego okienka, lekko zniechęcony, a tu podchodzi do mnie klasyczny przedstawiciel Dvorcus Żuralis i – emitując całą tęczę zapachów – zanęca:

– Te, wojak, daj 2,000 na bułkę.
– Chłopie złoty – mówię mu – dałbym ci i 5,000, ale właśnie mi zabrakło 3,000 do biletu i nie mam jak wrócić do domu.
– Trzy koła, mówisz? A to tyle chyba jeszcze mam.

Po czym, ku mojemu zdumieniu, wygrzebał z kieszeni kilka pomiętych banknotów, odliczył 3,000 (to była większość tego co miał), dał mi, powiedział, że ludzie muszą sobie pomagać i poczłapał zanęcać do innego okienka. Wróciłem do „swojej” kasy (przy rweteście kolejkowiczów), okazało się, że pani jeszcze tej mojej miejscówki nie wyrzuciła – no i tak to udało mi się dotrzeć do domu na czas.

Szczęka mi się potem ciągnęła po ziemi jeszcze dość długo.

Od tamtej pory staram się bardziej uważnie oceniać ludzi, z którymi obcuję, a także nie nabierać uprzedzeń przedwcześnie. Jak żul chce na bułkę, można od czasu do czasu pozbyć się paru miedziaków. Człowiek od tego nie zbiednieje a pomoże innemu przetrwać dzień. A że czasem naciągają? Że są gangi żebrających dzieci? No cóż, świat jest zły, nie można jednak pozwolić, żeby to zło świata zabiło w nas naszego lepszego, wewnętrznego człowieka.

Na koniec kawał. Nie muszę mówić, że stary, prawda?

Dom wariatów. Po sąsiedzku pole obsadzone truskawkami po horyzont. Rolnik akurat nawoził, wtem przez okno za miedzą wychyla się głowa i jakiś facet pyta:
– Panie, co pan robisz?
– A, truskawki nawożę – odpowiada zgodnie z prawdą rolnik
– Że co?
– No, truskawki nawożę.
– Co pan robisz z tymi truskawkami?
– N-A-W-O-Ż-Ę
– Ale co to znaczy?
– No, posypuję truskawki gównem! – krzyczy porządnie już zniecierpliwiony rolnik
– Aaaa, teraz rozumiem. Wie pan co, ja to zazwyczaj sypię truskawki cukrem, ale proszę mnie nie słuchać, ja jestem wariat…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz