Biur(w)okracja

Napisałem niedawno kilka cierpkich słów pod adresem polskiej biurokracji. Dziś napiszę o tym, jak założyłem w Polsce własną firmę i jakie były tego efekty.

Nie licząc mojej prawie pięcioletniej warszawskiej przygody z wojskiem, większość swojego życia spędziłem w środowisku wiejskim lub małomiasteczkowym (od razu przypomina mi się Bursa i jego „Małe miasteczka”).

Tak po prawdzie to teraz też mieszkam na wsi – niby Dublin, stolica, Celtycki Tygrys (z mocną zasapką, ale jeszcze dycha), technologie i tak dalej – ale jak się wyjdzie „na miasto” to aż się człowiek dziwi że kury nie gdaczą. Taka większa wieś.

W małych miasteczkach wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Trudno żeby było inaczej, statystyki nie oszukasz. W społeczności milionowej łatwo być anonimem. W parudziesięciotysięcznej już nie. W każdym razie doszły do mnie słuchy, że Urząd Miasta chciałby unowocześnić swoje systemy komputerowe, scentralizować i znormalizować dane administracyjne itd itp. Stwierdziłem, że to może być okazja żeby zarobić parę groszy – polazłem z propozycją do burmistrza, zrobiłem mu jeden mały projekt pilotażowy (za darmo!), wszystko ładnie działało, ugadaliśmy się co do kasy (jakieś kosmiczne dla mnie wówczas pieniądze, teraz już nie pamiętam dokładnie, parędziesiąt tysięcy złotych w każdym razie).

W naiwności swojej nie miałem oczywiście pojęcia, że techonologia to jedno, a opór skostniałej masy urzędniczej – drugie. Wydawało mi się, że wystarczy mieć dobry projekt i budżet; w rzeczywistości było całkiem inaczej. Ale nie uprzedzajmy faktów.

No więc przybiliśmy sobie z burmistrzem piątkę i pozostało tylko załatwić jedną formalność – usługę dla Urzędu miałem wykonać jako firma, nie jako osoba fizyczna. Założenie firmy w kraju Orła to jest (w dalszym ciągu – mimo szumnych zapowiedzi) straszny pierdolnik, trzeba odwiedzić co najmniej ze trzy różne instytucje (część z nich nie ma siedziby w Małym Miasteczku i trzeba dymać do trochę Większego Miasteczka 60 km dalej, i to dwa razy – najpierw zgłosić, parę dni później odebrać papiery), zgromadzić we właściwej kolejności parę dokumentów, uzyskać jakieś wpisy… nie pamiętam w tej chwili dokładnie co i jak po kolei, w każdym razie jest to gąszcz. Zazwyczaj, przy dobrych wiatrach, zajmuje to około 7-10 dni, a jak się trafi na zły okres można czekać i miesiąc.

Ja swoją firmę założyłem w 8 godzin. Wystarczyły dwa telefony z biura burmistrza, trzeba było podjechać w parę miejsc gdzie wszystkie dokumenty już na mnie czekały gotowe do podpisu. Pod wieczór miałem już swoją pieczątkę firmową. Nie da się? Da się!

(podobnie zresztą da się wystawić nowy paszport w 45 minut, ale o tym kiedy indziej)

Niedługo później zaczęło do mnie docierać, że pracownicy UM to w większości klasyczne biurwy, które owszem, robią swoją pracę porządnie, ale boją się jakichkolwiek zmian. Zamiast się cieszyć, że na raport trzeba teraz czekać sekundę a nie 10 minut, zamiast skorzystać z różnych automatyzacji, ulepszeń ergonomii interfejsu i tak dalej, stałym punktem programu było „ale teraz jest inaczej bo ja to zawsze robiłam tak-to-a-tak”.

To by się jeszcze dało obejść – w końcu biurwy tam tylko pracują i jak burmistrz każe przejść na Nowe to Nowe przyjdzie i albo się z nim oswoisz albo giń.

Inna jednak kwestia, z której sobie zupełnie nie zdawałem sprawy, to skala przedsięwzięcia. Łatwo było zrobić projekt pilotażowy dla jednego (niedużego) działu, ale napisanie od zera oprogramowania obsługującego całość spraw UM to jednak deczko ponad siły jednostki (jakkolwiek genialna by owa jednostka nie była). Nie oszukujmy się – taka np. Częstochowa wdrożyła swój e-Urząd za grube dziesiątki milionów złotych, kosztowało to też kupę czasu, krwi i potu całej dużej ekipy informatycznej. Do tego dochodzi jeszcze mnogość przepisów, które siłą rzeczy trzeba zrozumieć i zaimplementować w systemie. Nec Hercules contra plures pomyślałem i odpuściłem sobie ten projekt (na szczęście, tuż przed podpisaniem wiążących dokumentów).

O tym, że mam zarejestrowaną firmę, że muszę płacić składki ZUS i dopełniać różnych innych formalności, jakoś mi się zapomniało.

Dwa lata później dostałem telefon z ZUS-u:

– Halo?
– Ma pan zarejestrowaną działalność gospodarczą, zgadza się?
– Yyyy… no tak, w zasadzie tak…
– I nie płaci pan składek od dość dawna.
– Mmmmm…
– Wie pan, że to podlega karze blablabla złotych i blablabla cośtamcośtam…
– Eeee….
Prawdopodobnie zauroczona moją elokwencją, pani zadała wreszcie kluczowe pytanie:
– Czy ta pana firma w ogóle działa? Wystawia pan faktury?
– Nie, nie wystawiłem ani jednej faktury.
– No to ma pan cholerne szczęście. Musi pan wyrejestrować działalność z datą wsteczną i nie powinno być problemu.
– A to się tak da?
– Da się. Idzie pan do Urzędu Gminy…

Pani mi powiedziała dokładnie gdzie mam pójść, co wypełnić i jak, i się skończyło na strachu. Na koniec zaniosłem jej jeszcze duży słoik miodu (prosto od krowy!) – ale dopiero jak już wszystko się pozytywnie wyjaśniło, żeby nie być posądzonym o łapówkarstwo.

Uff.

Tutaj na Zielonej Wyspie założenie firmy trwa około 2-3 dni (i nie trzeba pić bruderszaftu z żadnym burmistrzem!) i kosztuje niecałą dniówkę. Samo prowadzenie księgowości najlepiej zlecić dyplomowanemu księgowemu, ponieważ (niestety) przepisy podatkowe banalne nie są – za to można, podobnie jak w Polsce – odpisać sobie mnóstwo różnych rzeczy od podatku (na przykład opłatę księgowego na dobry początek). Mniej nerwów, więcej czasu na życie.

A w końcu to właśnie czas jest naszym najcenniejszym zasobem.

Na koniec, tradycyjnie, kawał. Z tradycyjnym już zarostem. Króciutki:

Robin Hood był bardzo uczciwy. Zabierał bogatym i odbierał biednym.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz