Entropia

Wszyscy pamiętamy z lekcji fizyki („he, he, kto pamięta ten pamięta” zaśmieje się w duchu Czytelnik, ale ja tam w duchy nie wierzę) definicję entropii. Entropia to nic innego jak miara nieuporządkowania układu. Na ten przykład, entropia w pokoju mojej córki rośnie w tempie zastraszającym natychmiast jak tylko wracamy do domu z hut, fabryk i zmywaków.

Generalnie zawsze jest tak, że entropia dowolnego układu odizolowanego od reszty świata rośnie z upływem czasu. Jednak, co jest oczywiste, nie istnieje żaden „układ odizolowany od reszty świata”, tak więc cały świat jest jednym wielkim układem, którego uśredniona entropia stale rośnie.

Jednak entropia lokalna, rozumiana jako miara nieuporządkowania fragmentu jakiegoś układu, może maleć – oczywiście zawsze kosztem wzrostu entropii w innym miejscu, ale może. Przykładem może być pokój mojej córki, który można uporządkować (lalki do lalek, książki do książek, naczynia do kuchni… i tak dalej), jednak wszystko to dzieje się kosztem wydatkowania energii przez kogoś, kto ten pokój sprząta – która to energia wydziela się w postaci ciepła, ruchu mięśni a także (czasami) wrzasków, powiększając entropię otaczającego pokój kosmosu.

To co tutaj napisałem to jest takie bardziej literackie podejście do zagadnienia entropii – w rzeczywistości jest ona opisana wielopiętrowymi wzorami przyprawionymi obficie greckimi literami (z których każda daje się opisać innym, wielopiętrowym wzorem), z powtykanymi tu i ówdzie parasolkami z całek lub różniczek, polana sosem termodynamiki statystycznej. Jednak w tej naukowej postaci wywołuje ona natychmiastową niestrawność oraz niebezpieczne skręty synaps, pozostańmy więc przy wersji literackiej 😉

Po tym (zdecydowanie przydługim) wstępie przejdę do meritum dzisiejszego wpisu – a jest nim pewien epizod z dawnych lat, w trakcie którego musiałem szczególnie zajadle walczyć z entropią informacyjną – i udało mi się, choć nie obyło się bez ofiar. Otóż zdarzyło mi się kiedyś porzucić renomowaną uczelnię (jaką niewątpliwie był – i nadal jest – warszawski WAT) na rzecz dużo mniej renomowanej, za to bardziej rozrywkowej Politechniki Koszalińskiej. Przyczyny takiego stanu rzeczy należy upatrywać w moim organicznym wręcz obrzydzeniu do wszelakiej głupoty, tępoty i baraństwa, których – niestety – w szeregach polskiej armii nigdy nie brakowało. Przerażał mnie fakt, że już do emerytury będę miał przełożonych, których iloraz inteligencji będzie niewiele większy od numeru mojego obuwia (i faktu nie zmienia wcale to, że moje buty są – ze względu na ich rozmiar – często mylone z okrętami wojennymi). Oczywiście w cywilu również może się to zdarzyć, ale mogę wówczas pójść do takiego delikwenta, wypróżnić zawartość swego jelita grubego na jego dyrektorskie biurko i zmienić pracę – a w wojsku taki scenariusz może się nie udać.

Tak więc, po czterech latach i dziewięciu miesiącach studiów w Wawce, porzuciłem świetlaną karierę żołnierza zawodowego i – zaledwie 3 miesiące przed promocją na podporucznika – pechowo nie zaliczyłem czterech przedmiotów na raz. Zostałem więc wyrzucony z uczelni.

Różnica między wyrzuceniem z uczelni wojskowej a odejściem z niej na własną prośbę jest taka, że odchodząc na własną prośbę zobligowani jesteśmy zwrócić wojsku koszty, jakie wojsko poniosło na naszą edukację. A jak człowieka wywalają, to jeszcze dostaje się trzymiesięczną odprawę na do widzenia. Tak przynajmniej było wtedy – nie mam pojęcia jak to teraz wygląda.

Tak czy siak, złożyłem papiery na Pojebudę (od razu na czwarty rok), i już miesiąc później zostałem wpisany na listę studentów. Niestety, jak to zwykle bywa, miałem do nadgonienia całkiem sporą listę różnic programowych (o ile kojarzę, chyba z 11 pozycji), a więc musiałem uzyskać dodatkowe wpisy z przedmiotów z drugiego i trzeciego roku. Kto studiował ten wie, że czasami ciężko nadążyć z materiałem bieżącym, a ja musiałem dodatkowo wojować z zaległościami z dwóch poprzednich lat. I tu właśnie pojawia się moja walka z informacyjną entropią, którą – dumnie obwieszczam – wygrałem.

Był to bowiem najbardziej uporządkowany i zorganizowany okres w moim życiu. Musiałem opanować plany zajęć trzech roczników, a następnie wyznaczyć sobie taki plan działania, żeby na kluczowe przedmioty chodzić najwięcej jak się da, a na te bardziej satelitarne – tyle, żeby zaliczyć. Niestety, plany zajęć są układane przez uczelnie w taki sposób, żeby studenci nie musieli za dużo biegać między budynkami (a w przypadku tamtejszej uczelni również między dzielnicami miasta), a także, żeby nie zabrakło wykładowców oraz pomieszczeń. Nikt nie pomyślał o tym, że taki delikwent jak ja może mieć problem z synchronizowaniem zajęć pomiędzy rocznikami – no ale nie sposób przecież zadowolić wszystkich.

W taki oto sposób założyłem sobie skoroszyt, w którym miałem rozpisane szczegółowo zajęcia na każdy dzień co najmniej na miesiąc do przodu – do tego musiałem się jeszcze umawiać z niektórymi wykładowcami na indywidualne zaliczenia w taki sposób, żeby nie nikomu nic nie kolidowało, wreszcie musiałem tam też przeznaczyć bloki czasu na samokształcenie (a więc: biblioteka, koledzy z trzech roczników) oraz sen. Ku memu totalnemu zaskoczeniu, system zadziałał i po intensywnym pierwszym semestrze czwartego roku miałem już uzupełnione prawie wszystkie różnice programowe, a semestr później – wszystkie.

Do dzisiaj nie pojmuję jak mi się to wszystko udało, tym bardziej że jako osobnik nieprzyzwoicie uczciwy na wszystkie zaliczenia i egzaminy chodziłem sam (zamiast, jak sprytniejsi kumple, posyłać tam za parę groszy bardziej kumatych kolegów). A także, o dziwo, miałem czas na rozmaite aktywności dodatkowe jak na przykład wyciąganie kolegów na piwo albo siadanie na korytarzu akademika z gitarą i muzykowanie.

A teraz marudzę, że jeden wpis dziennie na blogu to za dużo 😉 Rozleniwiłem się, ot co.

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Entropia"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
agnieszka_sto
Gość

Nie chce dawac Valdiemu forow (juz chyba nigdy ich odemnie nie dostanie, po swoich lekkomyslnych wpisach:) dlatego pisze z pierwszej pozycji (znowu:):
uwielbiam fizyke po polsku 🙂 tzn. bez matematyki.

xpil, jak bedziesz kiedys chcial objasnic teorie czasu i inne takie tam skladniki kosmosu i star treka, to ja sie bede zaczytywac…

valdie68
Gość

Po prostu ja już mam idola… Nic tylko podążać. Nigdy nie jest za późno.

Buziaki, nie buziaczusie dla wszystkich czytających 😉

valdie68
Gość

A temat Entropii jest bardzo ciekawy…

agnieszka_sto
Gość

S-f (w tym Zajdla, Asimowa, Lema, wiele rocznikow Fantastyki) przerobilam dawno temu i tak duzo tego bylo, ze juz niewiele pamietam. Ale twoj blog Xpil podzialal. Zamowilam juz sobie "Paradyzje" i "Fiasko" i zaczynam od nowa 🙂

wpDiscuz