Contact Front (Drop Trooper). Recenzja książki.

Rick Partlow – zna ktoś? Bo ja nigdy o nim przedtem nie słyszałem.

Cam Alvarez trafił do wojska bo w czasie ucieczki przed gościem, który ścigał go za kradzież uprzednio ukradzionego towaru gość ów wpadł pod pociąg, a więc zgodnie z prawem Cam został mordercą, chociaż de facto nie tknął tamtego palcem. Postawili mu ultimatum – idziesz do armii, albo wrzucamy cię do hibernacyjnego więzienia na sto lat, a jak się w międzyczasie zmienią przepisy i cię w ogóle nie rozmrożą to już twój problem. No chyba że wsypiesz swoich wspólników. Nie wsypiesz? No to mrożonka albo wojo, wybieraj.

Ludzkość jest na skraju zagłady. Obcy są lepiej uzbrojeni, jest ich więcej i są ogólnie Bardziejsi. Dlatego Ziemia rekrutuje ile wlezie, żeby odpierać najazdy i Wogle.

Cam trafia do armii jako Drop Trooper, czyli taki gość, którego razem z resztą plutonu, kompanii, batalionu, zbędne skreślić, zrzucają w trzymetrowym pancerzu bojowym na powierzchnię planety, przeważnie w sam środek zadymy, i który ma na ogół za zadanie zrobić jeszcze większą zadymę.

Pomysł na fabułę jest prosty jak zupa mleczna i Partlow nie stara się go jakoś specjalnie uoryginalnić. Cam bierze udział najpierw w treningu, potem w kilku coraz bardziej przerąbanych misjach – za każdym razem rzecz jasna uchodzi z życiem, czasem jako jeden z bardzo niewielu.

Książka jest trochę jak kurczaki z KFC. Jadało się bardziej wykwintne potrawy, ale jak już przed nami postawią duży kubełek z keczupem i frytkami, to wiadomo, że człowiek to opędzluje. No więc książkę też opędzlowałem w trzy wieczory i nawet się za bardzo nie nudziłem. Opisy aktualnych wydarzeń przeplatają się z pisanymi kursywą wspomnieniami młodego Cama, po drodze jakieś rozróby z problematycznymi kolegami z sąsiedniej pryczy, jeden czy dwa wątki damsko-męskie (ale nie romantyczne, o nie, w wojsku nie ma miejsca na romantyzm). Całkiem interesujące opisy technologii bojowych, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkomogących pancerzy, które na szczęście czasem się psują i trzeba improwizować.

Trochę szkoda, że Obcy są dość do nas podobni, ale przymykam oko.

Aha, no i poznałem FUBAR (dotychczas znałem tylko SNAFU). FUBAR to SNAFU do potęgi, czyli Fu*ked Up Beyond All Recognition 😉

Nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego książka mi się spodobała – ale spodobała mi się! Atakuję zaraz drugi tom bo ciekaw jestem bardzo dalszych przygód Alvareza.

Albo nie, najpierw “Thin Air” Morgana. Potem pewnie nowy “Virion”, ale zaraz potem – Drop Trooper!

Bo tak.

Zapisz się
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
1
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x