W północ się odzieję

Dziś, po kilkumiesięcznej przerwie, udało mi się w końcu doczytać kolejną książkę Terry’ego pod tytułem jak wyżej. Czytałem jak zwykle wersję polskojęzyczną, ponieważ, pomimo swojego ponadsześcioletniego stażu emigracyjnego, ciągle jeszcze nie czuję się wystarczająco mocny w języku Yeats’a, żeby czytać Wieszcza w oryginale. A w każdym razie, żeby z takiej lektury czerpać frajdę. Już na ten temat kiedyś pisałem więc żeby się nie powtarzać przechodzę do sedna.

Książka należy do serii Czarownic. Każda część Świata Dysku jest zorientowana w kierunku konkretnej grupy bohaterów – czasami jest to Straż Miejska, czasami Magowie, a tutaj padło na Czarownice. Z tym, że Babcia Weatherwax tudzież Niania Ogg pojawiają się dopiero pod koniec (i grają role raczej drugoplanowe), a na pierwszym planie mamy Tiffany Obolałą, młodą acz całkiem już doświadczoną czarownicę z Kredy. W warstwie magicznej główny wątek obraca się wokół Przebiegłego, antropomorfizacji zła, które siedzi w głowie każdego człowieka. Oprócz tego mamy jeszcze nadchodzący ślub młodej pary królewskiej (w międzyczasie okazuje się, że panna młoda też ma umiejętności magiczne, które od dzieciństwa próbuje okiełznać bez żadnej „fachowej” pomocy) a także nieodmiennie radosną i beztroską hordę Nac Mac Feeglów, którzy pojawiają się w różnych nieoczekiwanych momentach, mówią przezabawną góralską gwarą, i pomagają, przeszkadzają lub najnormalniej w świecie rozrabiają, ku utrapieniu otoczenia oraz uciesze czytelnika 😉

Książkę zacząłem czytać kilka miesięcy temu, potem trafiła na półkę i dopiero wczoraj udało mi się podjąć lekturę – mniej więcej od połowy. Pożarłem tę połowę w dwa wieczory (niby żaden wyczyn, ale jak się ma na głowie pracę, obowiązki rodzinne tudzież towarzyskie, zadziwiające jak czasem trudno wygospodarować godzinkę spokojnego czasu na lekturę).

Wrażenia?

Niestety, o ile resztę cyklu o Czarownicach uważam za genialną, o tyle brak dwóch kluczowych postaci (Babci i Niani) powoduje, że ta książka jest po prostu dobra. Gdybym nie znał całego cyklu Świata Dysku, pewnie piałbym z zachwytu, jednak ponieważ znam, wystawiam książce sześć punktów (w skali dziesięciostopniowej). Czyta się fajnie, jest kilka cytatów, które się zapamiętuje na dłużej, jednak w porównaniu do większości serii „W północ…” jest raczej przeciętna. To oczywiście tylko moje prywatne zdanie – całe szczęście, że to mój prywatny blog i mogę sobie takie zdania bezkarnie wygłaszać 🙂

Na zakończenie cytat – tym razem z przypisów. Pratchett jest mistrzem przypisów, niemających nic wspólnego z treścią zasadniczą, za to bardzo zabawnych. W jednej z scen pojawia się pomnik jeźdźca na koniu, i do tego taki przypis:

Istnieją liczne legendy dotyczące konnych posągów, zwłaszcza takich z jeźdźcem. Podobno pewne informacje zakodowane są w liczbie i położeniu końskich kopyt: jeśli jedno kopyto znajduje się w powietrzu, to jeździec został ranny w bitwie; dwie nogi w powietrzu oznaczają jeźdźca poległego w bitwie; trzy nogi w powietrzu mówią, że jeździec zabłądził w drodze do bitwy, natomiast cztery nogi w powietrzu dowodzą, że rzeźbiarz był naprawdę bardzo sprytny. Pięć nóg w powietrzu oznacza, że prawdopodobnie co najmniej jeden koń stoi za koniem, na którego patrzymy. Natomiast jeździec leżący na ziemi, a koń na nim, mający w powietrzu wszystkie cztery nogi, to znak, że jeździec albo był bardzo niekompetentny, albo miał bardzo narowistego konia.

Czekam teraz na tłumaczenie kolejnej części (bodajże Snuff – po naszemu Niuch) – ciekawe jak Terry napoczął zagadnienie substancji psychoaktywnych 🙂

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "W północ się odzieję"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
gietat
Gość

Ze Świata Dysku czytalam "the Colour of magic" oraz "Small Gods" po angielsku a "Zimistrz", "Carpe Jugulum", "Potworny Regiment" i "Świat Finansjery" po polsku i musze przyznac, że cytaty angielskie biją polskie na łeb.
Całej sagi nie znam, dlatego jestem bardzo bezkrytyczna i po prostu wszystko mi sie podoba 😀

xpil
Gość

W "Kolorze Magii" występuje Dwukwiat, który potem gdzieś znika na resztę serii, a szkoda bo postać świetna 🙂

Co to czytania Pratchetta w oryginale – szacun, mi się udało tylko przez Maurycego przebrnąć w miarę bezboleśnie. Próbowałem parę innych tomów ale poległem. Póki co poprzestaję na oryginalnych cytatach, a książki czytam po polsku (koniecznie tłumaczenia Cholewy!). Mam też Carpe Jugulum w wersji rosyjskiej ("Хватай горло!" czy jakoś tak), ale po przeczytaniu trzech pierwszych stron tez poległem. Rozumiem, ale żadna frajda, bo za dużo skupienia potrzeba na samo tłumaczenie. Może, kiedyś…

wpDiscuz