Krwawię na sali gimnastycznej

Oddawanie krwi kojarzy mi się od zawsze ze szpitalną bielą stacji, gdzie piguły w fartuchach uśmiechają się życzliwie i podstawiają człowiekowi pod nos hektolitry wody, a poważnie wyglądający lekarze doglądają dawców upewniając się, że nikt nie omdlał. Wiadomo.

Niedawno jednak przydarzyło mi się oddawać krew w stacji mobilnej. Całkiem nowe doświadczenie.

Stacja mobilna zainstalowana na sali gimnastycznej lokalnej szkoły. Na środku sali dziewięć rozkładanych foteli, każdy o udźwigu 120kg, na prowizorycznie wyglądających ale zadziwiająco mocnych nóżkach. Wzdłuż dłuższej ściany sześć odizolowanych grubymi zasłonami stanowisk do przesłuchań i pomiaru hemoglobiny. Wzdłuż krótszej – trzy stoliczki z żarciem dla szczęśliwców, którzy przeżyli donację. I na oko z piętnaście sztuk pogłowia nierogacizny medycznej wszelakiej maści i doświadczenia: dwóch lekarzy, siedem czy osiem pielęgniarek obsługujących dawców, reszta na korytarzu kieruje ruchem.

A ruch wielki. Co 3-5 minut przychodzi nowy krwiodawca. Trzeba mu zadać kilka podstawowych pytań, dać butelkę z wodą, ankietę i długopis (jednorazowy bo wiadomo, wirus), posadzić na krzesełku na korytarzu i kazać wypełniać. Osobna piguła wpuszcza zaankietowanych na salę. Jeszcze inna usadza tych co już skończyli przy stoliczkach z kawą / herbatą / przekąskami. Przekąski ssą jak radziecki odkurzacz: zgodnie z lokalnym obyczajem serwuje się czipsy ziemniaczane tonące w occie, herbatniki tak słodkie, że można dostać hiperglikemii od samego patrzenia, do tego kawa instant, herbata lub woda mineralna firmy krzak.

Samo oddawanie krwi nie różni się niczym. To samo narzekanie, że nie można znaleźć żyły. Próby wkłucia się w drugą rękę, chociaż im tłumaczę, że lewa to ta lepsza. Potem parę minut spokoju, kiedy płyn życia spływa grubą rurką do plastikowego woreczka na nieustannie kołyszącej się szalce wagi. Głośne tii-tit! po zebraniu 470 mililitrów. Igła wychodzi z nieprzyjemnym łaskotaniem. Plasterek, tu przycisnąć, mocno. Odsiedzieć trzy minuty. Potem do stoliczka z żarciem, gdzie można na chwilę opuścić maskę i wychłeptać plastikowy kubek mineralnej. Tuż obok – drzwi wyjściowe, do widzenia, zapraszamy następnym razem.

Od wejścia do wyjścia wszyscy cały czas pilnują człowieka, czy zachowuje dystans, czy nie zdejmuje ukradkiem maseczki, czy nie wykazuje objawów. Bezpieczeństwo innych pacjentów i kadry ma maksymalny priorytet. Każdy co chwilę psika różne miejsca chemią odkażającą. Cała kadra ma maseczki chirurgiczne dodatkowo przyklejone do nasady nosa plastrem, dla lepszej izolacji.

Wizualnie – prowizorka na poziomie “Sąsiadów”.

Faktycznie – pełna profeska.

Gupi wirus.

Zapisz się
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x