Znów wampiriada

Jak już kilka razy wspominałem, zdarzyło mi się kiedyś (dawno temu) rozpocząć karierę honorowego dawcy krwi. Po oddaniu ponad 42 litrów wyemigrowałem do Irlandii, co zaowocowało dwoma latami przerwy w oddawaniu. Potem się zapisałem do lokalnych znachorów i dałem sobie spuścić juchę ze trzy albo cztery razy (pracowałem w centrum Dublina więc do D’Olier Street miałem blisko), następnie przeniosłem się na peryferie (wraz z pracą) i znów krwiodawstwo poszło w odstawkę.

Całkiem niedawno, po trzyletniej przerwie, znowu zdecydowałem się na wycieczkę do stacji wampirów – okazało się bowiem, że w Stillorgan jest stacja krwiodawstwa, w związku z czym nie trzeba jeździć aż do centrum.

A na miejscu już klasycznie: najpierw broszurka, potem formularz (trzeba było zaptaszyć całą stronę pytań), potem pani mnie na osobności odpytała z formularza, żeby potwierdzić, że zaptaszyłem świadomie i bezbłędnie (niektóre pytania były naprawdę interesujące, na przykład czy kiedykolwiek zdarzyło mi się przyjąć zapłatę za seks w postaci pieniędzy lub narkotyków – spytałem panią, czy cukierki też się liczą, ale chyba była przyzwyczajona do tego typu pytań bo nawet jej kącik ust nie drgnął), na koniec zostałem posadzony na fotel. Przyszła inna pielęgniarka i zaczęła mi marudzić, że żyły na lewej ręce mam cieniutkie, słabo widoczne, i że ona by wolała prawą. Ja jej na to odrzekłem, że też bym wolał prawą, ale do pracy, więc krew niech bierze z lewej i koniec.

Pomarudziła jeszcze trochę, kazała mi pościskać gąbkę, namacała wreszcie żyłę i się w nią wdźgała – nawet celnie, za pierwszym podejściem się udało. Mam to lewe zgięcie łokcia pełne blizn, można by pomyśleć, że przez całe życie coś sobie wstrzykiwałem 🙂 Tak czy siak, udało się.

Aha, po drodze jeszcze zostałem napojony trzema kubkami wody oraz nakarmiony słodyczami, żebym im tam aby nie omdlał.

W czasie oddawania dowiedziałem się od pani, że z sześciu foteli używają tylko czterech, a dwa stoją “na zapas”, jak im ktoś zaczyna mdleć, albo jak mają szczególnie zatłoczony dzień. I jeszcze, że przyjmują średnio 40 dawców dziennie, ale jak jest “dobry dzień” to i 60.

Panie patrzyły na mnie z niedowierzaniem, bo rzadko kiedy trafia im się dawca, który oddał ponad 40 litrów (mój licznik przekroczył już 43 litry i mam cichą nadzieję dojść kiedyś do 50). Oni tutaj zresztą nie liczą ilości krwi tylko ilość donacji (co moim zdaniem jest głupie, bo ktoś odda 100 x 220 ml a ktoś inny 50 x 470 ml). Aha, właśnie, oddaje się 470ml a nie (jak w Polsce) 450. I nie można oddawać osocza jak się ma moją grupę krwi, bo jest za rzadka “i się marnuje na osocze”.

Samo oddawanie trwa bardzo krótko, może z 15 minut. Jedna pielęgniarka (jest ich tam kilka) zawsze musi siedzieć obok i obserwować, w razie gdyby dawca wpadł na pomysł omdlenia.

Potem jeszcze tylko plasterek, kolejny kubek wody, znów słodycze (żebym nie padł w drodze powrotnej) i au revoir!

Następne spotkanie za kwartał, jak sądzę. No chyba, że mi się akurat syn urodzi, to wtedy trochę później.

A tymczasem piąteczek, w związku z czym zmywak wydaje się być jakby uśmiechnięty, sterta naczyń nie taka groźna, a zaokienne chmury trochę zaróżowione.

Nie, niczego nie piłem.


Zapisz się
Powiadom o
guest
9 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
9
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x