Krótka historia pewnego linuksa

Mam w zwyczaju od czasu do czasu testować nowe wersje rozmaitych linuksów. Na ogół jest to Mint albo „czyste” Ubuntu, czasem Fedora, sporadycznie Gentoo. Ostatnio (czyli od czasu kiedy zacząłem używać Win 7) trochę mi przeszło z tymi linuksami, jednak nie ze wszystkim – całkiem niedawno postanowiłem przetestować najnowszą wersję Minta.

Instalacja Minta jest – jak zwykle – prosta, szybka i bezbolesna.

Potem Mint sobie działa jak ta lala, nawet w miarę bezobsługowo. W odróżnieniu od takiego np. Gentoo, w którym kompilowanie nowych pakietów jest na porządku dziennym, Mint jest naprawdę fajny.

Aż wreszcie nadchodzi dzień, kiedy Mint, po kolejnej poprawce, przestaje się uruchamiać.

Używam popularnego modelu komputera, nie mam tu żadnych super wymyślnych podzespołów, a tu masz babo placek, ot tak po prostu zawiesza się.

Szybka analiza logów wykazała, że poszło o inicjalizację karty WLAN. Wziął się i zapętlił. Ale, jak by to ująć, nie po to ma się w komputerze system operacyjny, żeby przeglądać jego logi w celu wyszukania przyczyn awarii, tylko po to, żeby korzystać z komputera.

Tym samym Mint poszedł do /dev/null – poczekajmy na jakąś kolejną wersję jakiegoś kolejnego linuksa, kiedyś tam. O ile jeszcze będzie mi się chciało.

I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu byłem wielkim orędownikiem linuksów w charakterze stacji roboczych. Dziwny świat…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz