O rozdzielczości

Praca z dużym monitorem ma tę zaletę, że ma się dużo miejsca na ekranie.

Mój monitor ma 42 cale przekątnej oraz około 8.3 milionów pikseli. Żeby wcisnąć tyle pikseli na tej wielkości ekran, każdy milimetr kwadratowy musi zmieścić prawie dwadzieścia pikseli, a więc patrząc na ekran z odległości, dajmy na to, metra, raczej nie mamy szans zobaczyć pojedynczych pikseli. To jest dobra wiadomość – obraz nigdy nie będzie przypominał ekranu z Minecrafta, o ile ktoś rzecz jasna nie “spikselizuje” go na poziomie aplikacji. Zła wiadomość jest taka, że literka o wysokości 11 pikseli będzie naprawdę malutka – na granicy czytelności. Na dłuższą metę jest to bardzo męczące dla oczu, dlatego wymyślono skalowanie ekranów Hi-DPI polegające na tym, że fizyczna rozdzielczość wprawdzie pozostaje ta sama, ale “logiczna” zostaje zmniejszona do tego stopnia, żeby uzyskać czytelny obraz bez potrzeby używania lupy.

W Windows 10 dla mojego monitora domyślnie proponowane ustawienie Hi-DPI wynosi 300%, co oznacza zmniejszenie “wirtualnej” rozdzielczości trzykrotnie (w pionie i w poziomie). Litera “A” o wielkości 11 będzie teraz wysoka na 33 piksele a więc dużo bardziej widoczna. Jednocześnie nie ma tu żadnych “brzydkich” efektów związanych ze skalowaniem, bo system operacyjny “rozumie” Hi-DPI i renderuje wszystko elegancko jak trzeba.

Jednak te 300% sprawia, że zamiast 8.3M pikseli mam teraz do dyspozycji zaledwie niecały milion. Wirtualna rozdzielczość spada do przedpotopowego 1280×720.

Dlatego przy tym monitorze od początku używałem skalowania 175%, które wydawało się być dobrze zbalansowane między czytelnością a ilością dostępnego miejsca.

Niedawno jednak zaszalałem i od kilku dni używam skalowania 125%, a więc moja rozdzielczość wirtualna prawie dorównuje fizycznej.

Na początku było trochę trudno się przestawić. W paru aplikacjach musiałem nieco podciągnąć wielkości czcionek. Ale efekt docelowy jest taki, że mogę teraz komfortowo pracować nawet z czterema otwartmi oknami, które sobie nawzajem nie przeszkadzają a każde ma wystarczająco dużo miejsca na własne klamoty.

O dziwo, mimo prawie pięćdziesiątki na karku jeszcze nie potrzebuję okularów, co jest o tyle podejrzane, że większość najbliższej rodziny po czterdziestce (a nierzadko i wcześniej) musiała już nosić całkiem silne szkiełka. Czekam kiedy i na mnie przyjdzie pora, ale póki co jest spoko. Optyk twierdzi, że powinienem mieć szkła +0.25 dioptrii i nawet gdzieś się takie w starej szufladzie walają, ale póki co nie używam.

Zapisz się
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
2
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x