Krwiodawstwo

Wampiriada, odsłona ochnasta

Blood-DropI znów dałem sobie spuścić trochę juchy w lokalnej stacji krwiodawstwa. Wróciłem o 470 mililitrów (po naszemu: pintę) lżejszy, za to z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Miałem cichą nadzieję zabłysnąć przed panią zadającą pytania z formularza. Jest tam sekcja na temat seksu z mężczyznami oraz seksu za pieniądze – bardzo mnie kusiło podpytać, czy Snickersy od księży też się liczą. Niestety, pani dziś odbębniła formularz po łebkach w trzy minuty. Chlasnęła mi tylko opuszkę prawego fakulca (po naszemu: digitus medius) po kropelkę krwi, zbadała zawartość hemoglobiny (wyszło piętnaście, ale nie mam pojęcia w jakich jednostkach) i pogoniła na fotel.

A tam, tradycyjnie już, konsternacja. Pani, która wkłuwała igłę, upierała się, żeby wziąć z prawej ręki, bo w lewej mam żyły słabo widoczne. A ja jej na to, że prawa ręka jest mi niezbędnie potrzebna do bardziej zaawansowanych czynności, i że ma dźgać w lewą choćby nie wiem co. W efekcie musiałem pompować gąbczastą kość dla psa dobre pięć minut, zanim żyłka w lewym zgięciu łokcia się wybrzuszyła na tyle, że było cokolwiek widać. A i tak pani skrewiła i się wdźgała pod złym kątem, nakłuwając odrobinę żyłę od środka. Na szczęście nie przekłuła się na wylot, co już mi się kiedyś zdarzyło parę razy – człowiekowi robi się wtedy taka duża ciemna plama pod skórą, jak się krew rozlewa, i trzeba czekać ładnych parę dni aż dziadostwo zejdzie. Tym razem skończyło się jednak na moim ostrzegawczym syknięciu – pani wykręciła igłą jak rasowy kierowca TIR-a na ciasnym parkingu i już za chwilę życiodajny czerwony płyn ciurkał sobie w najlepsze do woreczka.

Dziś na pogawędkę posadzili mi koło fotela taką już dość mocno posuniętą w latach pielęgniarkę, która usłyszawszy, że kiedyś mieszkałem w Donegal, rozgadała się o jakiejś swojej znajomej to co mieszka w Ardara (albo, jak mawiają lokalni Polacy, „w Ardarze”), i która jest piosenkarką w jakimś lokalnym pubie – opowieść była nawet ciekawa, ale zanim dobiegła końca, nachlustałem pełną pintę juchy i mnie odłączyli.

A po południu, tradycyjnie już, zmywak. Ostatnimi czasy zmywak zrobił się niepokojąco pracochłonny, co ma swoje wady i zalety. Zmęczenie po stronie wad, pewność zatrudnienia jeszcze przynajmniej przez parę miesięcy – po stronie zalet. Jak to mówią, projekty hurtowni danych nigdy się nie kończą, zawsze jest coś do dodania albo ulepszenia.

Byle do jutra!

Tagi
Pokaż więcej

xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Wampiriada, odsłona ochnasta"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Stefek
Gość

Stanowczo protestuje i strzelam focha!!

Rozmiar ma znaczenie!!

Pinta imperialna to 0,56826125 litra!!!!!

Chyba, ze sie kolega zhamerykanizowal to mniej wiecej by sie zgadzalo:

1 amerykanska pinta (mokra) (ang. U.S. wet pint) = 16 amerykanskich uncji płynu (ang. U.S. fluid ounces) = 2 filizanki (ang. U.S. cups) ≈ 473 ml (0,473176473 litra)

Protest swoj motywuje tym, ze nie zycze sobie dostac w iralndzkim pubie mokrej amerykanskiej pinty stouta!!

Niech zyje imperialny rozmiar!!!

pendragon
Gość

Już wiem, czemu potrzebowałeś kumpli:) żebyś ze starą pipetą nie musiał gadać 🙂 A czekoladę dostałeś? Ciekaw też jestem czy po wyjęciu kazali zgiąć czy wyprostować bo z moich doświadczeń wynika że mniejsze sińce się robią jak się nie zginowuje tylko wypraszcza.