Książki, do których wracam

Czy jest jakaś książka, do której wracasz?

U mnie jest. Nawet więcej niż jedna!

  1. "Akademia Pana Kleksa" Brzechwy. Czytałem ją kilka razy za gówniarza, ze dwa razy jako dorosły facet, a ostatnio w ramach lektury szkolnej córy. I chociaż książka jest trochę naiwna i trochę dziwna, nadal ją bardzo lubię. Obstawiam, że jeszcze ją kilka razy w życiu przeczytam.
  2. "Wiedźmin" Sapkowskiego. Całą serię znam praktycznie na pamięć, czytam sobie od czasu do czasu pojedyncze opowiadania, na wyrywki. Doskonała proza. Bardzo mi odpowiada zarówno geraltowy światopogląd jak też liczne sceny bezsensownej rzezi i przemocy. Dopisane w ostatniej chwili: Zwierz Popkulturalny napisał niedawno o tym, że Netflix będzie robił serial oparty na Wiedźminie. Ciekawe co z tego wyjdzie...
  3. "Cyberiada" Lema. O tej książce wspominam na tym blogu chyba najczęściej. Bardzo, bardzo dobra, zarówno w polskim oryginale jak też po angielsku (Kandel powinien dostać pomnik za życia za przełożenie "Cyberiady" na język Yeatsa). Oprócz tego odświeżam sobie też od czasu do czasu inne książki Lema, niektóre częściej, inne rzadziej. Najchętniej sięgam po "Pirxa", "Dzienniki gwiazdowe" i "Kongres futurologiczny".
  4. "Achaja" Ziemiańskiego. Pomimo licznych wad wytykanych tej powieści, wracam do niej często i chętnie. I to właśnie do tych niby "słabszych" trzech pierwszych tomów. I czekam niecierpliwie na kolejne książki ze świata Achai (jeżeli wierzyć Autorowi, planuje napisać osobną powieść poświęconą wyłącznie Virionowi).

Jednak najchętniej ze wszystkich książek wracam do...

  1. ..."Pana Lodowego Ogrodu" Grzędowicza. To według mnie arcydzieło SF, którego długo, długo nic nie przeskoczy. Czytałem całość z pięć razy, audiobooka z Audioteki słuchałem raz, a teraz właśnie jestem w trakcie drugiego słuchania (mniej więcej w dwóch trzecich pierwszego tomu).

Dlaczego tak bardzo lubię PLO?

Jest wiele powodów:

  • Solidny, bardzo efektownie skonstruowany główny bohater. Vuko Drakkainen jest konkretnym gościem, ma oczywiście swoje wady i słabości, ale to typowy "superhero", o którym wiadomo, że przetrwa do ostatniego tomu i wyjdzie z najbardziej niewiarygodnych tarapatów.
  • Dwa główne wątki, kompletnie od siebie niezależne, łączące się dopiero pod koniec powieści.
  • Mnóstwo doskonale opisanych scen walk, zarówno indywidualnych jeden na jednego, jak też wielkich bitew ("bitw"? nie, chyba jednak "bitew").
  • Świetne wykorzystanie efektu "slow-motion", czyli wszystkie te sceny, gdzie Vuko walczy ze wsparciem hiperadrenaliny.
  • Niebanalne, a zarazem walące z grubej rury poczucie humoru. Są sceny, przy których się chichram, chociaż znam je już na pamięć.
  • Płeć Cyfral, ujawniona dopiero bodajże gdzieś pod koniec drugiego tomu. A także transformacja Cyfral z bionicznego grzyba w mózgu Vuko do latającej wróżki a'la Barbie Girl. Scena, w której Cyfral się "restartuje" i Vuko ma dostęp do BIOS-u jest po prostu niesamowita.
  • Wyjaśnienie skąd się bierze "magia" na Midgaardzie. Całkiem naukowe, bez odwoływania się do cudów.
  • Wreszcie ogólny nastrój, szczegółowe budowanie świata, mnóstwo obcobrzmiących a jednak doskonale pasujących nazw, imion, kultów i obyczajów. Językowo "PLO" zdecydowanie wymiata oraz, jak to się ostatnio mawia, miażdży lepiej niż dziadek do orzechów.

A Ty, Czytelniku, czy masz jakieś książki, do których wracasz?

16 komentarzy

  1. PLO czytalam zachlannie, tupiac niecierpliwie noga jak na kolejne tomy czekalo.
    Mam zakolejkowny na kolejne przeczytanie od lat i nie moge sie zbrac, bo jest tam pare kawalkow co mnie wkurzyly i ciagle nie mam nastroju do nich wracac!
    Ja sie przyznaje bez bicia – wracam regularnie do LOTRa, Mistrza i Malgorzaty, Serie z czarownicam ora ze Smiercia sp Sir Terry’ego oraz Tajemnica, wszystko czerwone, wsyzscy jestemy podejrzani, szajka bez konca, calae zdanie nieboszczypa sp Chmielewskiej, Dark Tower S Kinga i mase innych jego ksiazek, ale tak z dedykacja to wracam najczesciej tych wymienionych.
    A przed laty maniacko czytalam Ludzie Jak Bogowie (Sergiej Sniegow) – kojarzysz? Ostatnio – pare lat temu znalazlam pdfy gdzies bo chcialam sobie przypomniec (przy okazji lapiac trojana… a co, kto bogatemu zabroni), a papierowe ksiazki mam w PL i sa zaczytane na smierc, do transportu juz sie chyba nie nadaja (nie ryzykuje testów)… brze szumiacy… ja tak moge dlugo lol… juz nic wiecej nie dodaje

    1. To prawda, Grzędowicz kazał czekać po dwa lata między kolejnymi tomami, co przyprawiało co bardziej niecierpliwych o palpitacje różnych ważnych życiowo organów. O których kawałkach mowa?

      ŚD – jak mogłem zapomnieć? Oczywiście do większości książek Sir Terry-ego wracam regularnie, chociaż ostatnio głównie w postaci różnych cytatów.

      LOTR-a nie znoszę i już chyba nie zniosę. Zabierałem się za niego (uczciwie) kilka razy i za każdym razem zasypiałem z nudów. Jedyna zaleta tych prób jest taka, że teraz wiem doskonale jak czuje się przeciętny Czytelnik mojego bloga…

      Master i Margerita – nie czytałem. Znam fabułę, widziałem parę ekranizacji. Ujdzie, ale jakoś nie moja bajka (nomen-omen). Może, kiedyś…

      Chmielewska mnie bawiła wyłącznie w postaci “Lesia” – i to tylko jako słuchowisko radiowe.

      Kinga nie znoszę.

      Sniegowa oczywiście znam, “Ludzie jak bogowie” – czytałem, ale było to dawno i niewiele już teraz pamiętam. Może sobie odświeżę.

      1. haha, jak to dobrze, ze mnie nie zalezy zeby wszyscy lubili co ja oraz, ze King oraz LOTR to nie jajka i nie musza byc znoszone 🙂

        Ale totalnie widze kolejny przyklad popierajacy moja teorie w zalazku – Albo Lem for ever, albo LOTR, M&M, King. – jestes kolejna znajoma jednostka z podobnym odczuciem. To nie jest jeszcze w pelni zdefiniowona teoria – nadal sie kluje,

        Ja co do Lema mam jak Ty z LOTRem w tym sensie, ze podejscia robila wielokrotnie i nawet co jakis czas ponawiam probe i grzezne tak drastycznie… nawet Kongres najlepiej mi w wersji audio poszedl 🙂
        Oraz mimo ze jestem jednym(a) z King’s “Constant readers” to jest kilka jego ksiazek ktore zaczelam i prwnie nigdy nie skoncze… 🙂
        A z dorobku Chmielewskiej akurat Lesio i Ladowanie w Garwolinie sa jedynymi, po ktore drugi raz siegniac nie mam parcia kompletnie :D.
        Osobiscie uwazam, ze poziom absurdu (czy u Lema, czy w Lesiu) mnie czasem kompletnie przerasta i tyle.

        A w ogole masz tak, ze trafiasz na ksiazek i czytasz ja maniacko pare razy aby nastepnie nigdy wiecej po nia nie siagnac? Mnie sie zdarza – koncze i natychmiast jade drugi raz ,po czym wracam do nie przez jakis czas az wreszcie porzucam by wiecej nie zajrzec?

        Zaleze sie o… no… powiedzmy o Guinessa albo inny wybrany wypelniacz pint’a nastepnym razem jak bede na Szmaragdowej, ze ze ŚD preferujesz te cykle z UU albo Straza Nocna ponad Czarownice czy Grim Reapera?

        1. Do Lema łatwo się zrazić, jeżeli się go napocznie od niewłaściwej strony. Jeżeli zaczniesz od “Filozofii przypadku”, “Fantastyki i Futurologi” albo “Głosu Pana”, to prawie na pewno ugrzęźniesz na starcie. I chyba nie ma uniwersalnego przepisu na czyjąś lemizację, bo każdy jest inny. Facet był za młodu głównie naukowcem, a dopiero potem pisarzem, to widać w większości jego książek. Ale nic na siłę, czym mniej ludzi będzie go czytać tym więcej zostanie dla mnie, więc tego, ten.

          “Lesia” szerze mówiąc nie pamiętam już za bardzo, ostatni raz słuchałem go w radiu w wieku bodajże jednocyfrowym, a więc szmatę czasu temu nazad. Mam jednak wrażenie, że o ile u Chmielewskiej absurd był meritum i daniem g{ł}ównym, o tyle u Lema tylko jednym z kilku filarów, wcale nie głównym. Jabłka i pomarańcze.

          W ŚD nie mam ulubionej serii. Większość głównych postaci wielbię. Trochę żałuję, że cykl o Rincewindzie jest taki krótki. Najbardziej bawią mnie tam odniesienia do naszej ludzkiej rzeczywistości, niezależnie od tomu / serii / cyklu. Jedyne, czego w ŚD nie lubię, to Dorota Malinowska-Grupińska.

          1. Zaczelam jako dziecko od bajek robotów 😉 czyli mam wrazenie w dobrym czasie i z dobrej strony na lemizacje.
            Absurdy uwielbiam, ale pewne jego poziomy sa mi niedostepne i stad wynika pewnie moja porazka – po prostu znam swoje ograniczenia w tym temacie 🙂
            nie cierpie idiotycznych absurdow, ale te to sie wylacznie zdazaja w hamerykanskim pulpowym s-f i tego unikam jak ognia 😀
            A ta pani to co – tluamczka?
            po polsku czytalam tylko jedna ksiazke TP – Czarodzicielstwo i od niej nie rekomendowalabym zaczynania przygody z TP 🙂 – wiec pewnie ta pani mnie ominela 😀

            Jablka i pomarancze jak najbardziej mozna porownywac – pomaranczy nie lubie pod rzadna postacia :D. A z jablka wylacznei soku nie. Ale trzeba sprobowac zeby wiedziec i podobnie z literatura 🙂
            Dlatego lubie Twoje rekomendacje testowac i jak na razie wychodzi pol na pol zbierznosci co pewnei wyjasnia czemu mam taka frajde jak sie biore za Twoja opowadanka. Apropos, niedoczas mnie cisnie stad braki postepow w zabawie.

            1. “Czarodzicielstwo” jest niezłe, acz TP nie rozwija tam pełni swych umiejętności. Niemniej jednak czytałem chyba ze dwa razy po polsku i raz w oryginale.

              P. Dorota jest tłumaczką, tak. Przełożyła trzy części ŚD, ale społeczność fanów rozjechała je walcem i potem PeWuC przełożył te same trzy książki po swojemu, tak jak się to powinno robić.

              Niedoczas nie istnieje, czasu jest w ciągu doby tyle samo dla wszystkich. Istnieją za to priorytety! Sam też ostatnio spowolniłem blogowanie, bo mam inne priorytety. Taki lajf.

              1. Bede sie do ostatniego tchu upierac, ze ktos kradnie czas przynajmniej moj. Oraz, ze Ziemie sie szybciej obraca niz 20 lat temu. 😉
                Czarodzicielstwo jako poczatek przygody nie jest moim zdaniem najlepszym wyborem, bo poza tym to owszem, ale i wpisuje mi sie w te nisze do ktorej mam utrudniony dostep 🙂 podobnie jak Equal Rites (nie znam polskiego tytulu 🙁 )

                  1. Taki tytul? E to spoko, nawet bardzo. Ale juz ksiazka to troche wyzszy poziom pratchettingu – poziom Jedi, bardziej niz beginner nieprawdaz 😀

  2. Jak przeczytałam pierwsze dwa zdania, to wiedziałam, po prostu wiedziałam,że przywołasz Achaję. Chciałabym mieć wiedźmińską sagę dla siebie. I uparta myśl wraca do tego by jeszcze raz przeczytać cały zbiór. Kleksa też czytałam więcej niż raz.

  3. Lem, Lem, Lem… Łemkowie mają w swoim słowniku słowo “łem” oznaczające “tylko”. Pochodzą z terenów dzisiejszej Małopolski, Podkarpacia, ale i płd-zach Ukrainy (obwód zakarpacki). Lem pochodził z Lwowa, nieznacznie na północ od obw. zakarpackiego, choć Lwów w jidysz i po niemiecku to Lemberg. Ktoś coś czy kombinuję za bardzo?

    1. Chłopaki z misji Apollo też mieli swojego LEM-a: Lunar Excursion Module. Nie mam wprawdzie pojęcia czy miał coś wspólnego z Łemkami, ale kombinujesz niezgorzej! A o lwowskich wspomnieniach z lemowego dzieciństwa można poczytać w “Wysokim Zamku” o ile dobrze pamiętam.

  4. Uwielbiam Pana Lodowego Ogrodu! 🙂 Moje zdanie na temat książek tego autora bardzo się pokrywa z Twoim.

    Pozdrawiam serdecznie

    1. Aktualnie słucham “Hel 3” Grzędowicza. Nie jest tak dupourywający jak PLO, ale też daje radę. Bardzo, bardzo solidny kawałek political fiction. Recenzja pewnie gdzieś pod koniec miesiąca.

  5. Właśnie wyposażyłam się we wszystkie tomy “Pana Lodowego Ogrodu”, w prawdzie jeszcze jest daleko w kolejce do czytania, ale już widzę, że będzie warto 🙂

    1. Jeżeli lubisz ten typ SF, nie będziesz zawiedziona. Nie każdemu się PLO podoba, ale przecież nie dostał Zajdla, Śląkwy, Sfinska i Nautilusa za ładną okładkę.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.