Andrzej Ziemiański: Toy Wars

Wbrew temu, co pisałem niedawno, zamiast zabrać się za drugi tom trylogii Reynoldsa, trafiłem przypadkiem na swojego starego, zakurzonego Kindle, a na nim – „Toy Wars” Ziemiańskiego.

Zacząłem czytać – i mnie wessało. Mam zresztą wrażenie, że już to kiedyś czytałem, przynajmniej niektóre fragmenty. Może jako opowiadania gdzieś w jakiejś „Fantastyce”? Hm. No nie pamiętam.

Seria opowiadań o Toy jest… inna. Nie jest to z pewnością literatura, która kiedykolwiek miałaby trafić do kanonu lektur szkolnych, głównie ze względu na ogromną ilość cycków i wulgaryzmów – no ale Ziemiański nigdy nie cackał się z językiem i wszelakie urwy i inne uje lecą tam w ilościach hurtowych. Jednak wbrew temu, co można by sobie wyobrazić, nie razi to aż tak bardzo – po prostu taki styl.

Toy jest dziewczyną z trudnym dzieciństwem i bardzo, ale to bardzo pechową historią zatrudnienia. Zaczęła jako prostytutka w japońskiej mafii. Była faszerowana narkotykami, żeby nie chciało jej się uciekać, a oprócz tego – na wszelki wypadek – co noc zamykana i skuwana, żeby nie mogła zwiać, w razie gdyby jednak taki pomysł przyszedł jej do głowy.

Oto jednak znajduje się tajemniczy zbawiciel, który wykupuje Toy z łapsk mafii, leczy ją z heroinowego uzależnienia (i to raz na zawsze – stosując tzw. „uwarunkowanie”, metodę sprawiającą, że na samą myśl o heroinie dziewczynie robi się niedobrze, a w obecności nawet niewielkich ilości prochów od razu ją skręca i rzyga jak kot).

Akcja pierwszego opowiadania rozpoczyna się w dość dramatycznych okolicznościach – otóż okazuje się, że tajemniczy wybawiciel zmarł, pozostawiając Toy swoją firmę detektywistyczną oraz osiem milionów dolarów w spadku. Z jednym maleńkim zastrzeżeniem: dostanie tą kasę, jeżeli przez pewien czas (kilka lat) utrzyma się samodzielnie z pracy w charakterze detektywa.

Toy jest mała (ma 160 cm wzrostu), ślepa jak kret (nosi okulary ze szkłami grubości denek od musztardówki), ma talent do posługiwania się bronią oraz jest zwinna i sprawna fizycznie, ale nie ma zupełnie pojęcia o prowadzeniu firmy, więc po prostu siedzi całymi dniami w opustoszałym biurze, czekając na cud (klienta, choćby jednego) i wydając resztki pieniędzy na karmę dla kotów, bo jest najtańsza, a da się nią od biedy najeść.

W takim stanie znajduje ją Dante, szef najemników.

Książka przesycona jest soczystym, żołnierskim humorem. Ziemiański jak zwykle wykazuje się rozległą wiedzą na temat budowy broni i sprzętu wojskowego, więc „Toy Wars” to gratka dla miłośników literatury wojskowej.

Dalej nie będę opowiadał, bo po pierwsze mi się nie chce, a po drugie mógłbym popsuć Czytelnikowi przyjemność z ewentualnej lektury. Dodam jeszcze tylko, że akcja dzieje się za kilkaset lat (nie pamiętam dokładnie, wiek XXIV, a może XXV), ludzkość wyruszyła w kosmos i aktualnie eksploruje Układ Słoneczny oraz zaczyna podejmować pierwsze próby podróży międzyukładowych.

Toy Wars ma tę zaletę, że ciężko się od niej oderwać. Ani się człowiek obejrzy a już jest w połowie. Coś jakby oglądać dobre kino akcji. Człowiek wie, że 95% to banialuki, ale banialuki podane w takim opakowaniu, że się jednak patrzy.

Nie wiem, czy będę do „Toy Wars” wracał, niemniej jednak lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. Bardzo polecam.

Szału nie ma jak na pierwszą recenzję 2016 roku, ale od czegoś trzeba zacząć. C’nie?

 

 

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz