Dobra muza nie jest zła, czyli Pi-Dżej

Zupełnie jak w tym starym kawale:
– Jaki dziś mamy dzień, pani Krystyno?
– Bezpłodny, panie dyrektorze…

Tylko że na odwrót. Ten tekst jest już trzecim z kolei wpisem, który wrzucam dziś na bloga. A więc dzień mamy zdecydowanie płodny.

Tym razem będzie o muzyce. Moje upodobania muzyczne nie są zbyt sprecyzowane. Nawet za młodu, kiedy wszyscy wokół czuli silną potrzebę bycia zaszufladkowanym jako depesz, metal czy punk, ja po prostu słuchałem tego, co mi się podobało. Czasem był to jakiś mocniejszy kawałek z udziałem wiosła i zdartego do niemożliwości wokalu (vide: Body Count, kojarzy ktoś taką kapelę?), innym razem jakieś jamajskie rytmy wsparte śmiesznym angielskim, czasem blues (ze Sławkiem Wierzcholskim na czele, ale nie tylko), a najczęściej coś z tzw. poezji śpiewanej, czyli SDM, Wolna Grupa Bukowina czy też bardziej niszowy Strych Dziadka Hieronima (nie zrobili kariery, a szkoda, mieli kilka naprawdę niezłych kawałków). Czasem Saint Preux, czasem Jarre czy Kitaro, a czasem nawet Geppert, Bem czy Prońko. Tak czy siak, żadnego konkretnego stylu muzycznego nigdy nie uważałem za „swój”.

Jest natomiast taki gatunek (albo raczej trend, jak zwał tak zwał), który omijam odruchowo – jest to szeroko pojęty amerykański współczesny pop, który charakteryzuje się mierną muzyką, wokalem, który bez wsparcia elektroniki przypominałby miauczenie kota chorego na raka krtani, tudzież teledyskami ociekającymi seksem do tego stopnia, że w niektórych krajach zostałyby z miejsca uznane za pornografię. No nie pasuje mi taka muzyka zupełnie i już. Trochę smuci mnie fakt, że pomimo płaskodennego poziomu artystycznego twórcy popu ciągle są na topie, ale nie zbliżajmy się jeszcze bardziej do gustów i guścików, po ponoć nie wypada o nich dyskutować.

Dziś chcę napisać o kapeli, którą za sprawą mojego dobrego kolegi odkryłem zaledwie kilka dni temu, a w której twórczości zakochałem się, i była to miłość od pierwszego wejrzenia.

Mowa o irlandzkiej kapeli występującej pod wdzięczną nazwą „Postmodern Jukebox”.

PJ (tak będę o nich pisał, bo mi krócej) mają bardzo niewiele własnych utworów (podobnie do opisywanej przeze mnie jakiś czas temu amerykańskiej grupy wokalnej Pentatonix), robią za to niezwykle bogate muzycznie covery utworów, które oryginalnie wrzuciłbym do najbliższego szamba, gdybym tylko miał szambo pod ręką. Przerabiają mianowicie obrzydliwy i do bólu oklepany amerykański pop na coś w stylu lat dwudziestych-trzydziestych zeszłego wieku. A więc fortepian, perkusja, kontrabas, saksofon i do tego głęboki, aksamitny damski wokal wspierany aktywnie rozmaitymi chórkami.

Największą furorę, sądząc po ilości odsłon, zrobił utwór „All about that bass”, którego szczerze mówiąc nawet nie znałem w oryginale, ale który najwyraźniej jest jakimś wielkim hitem. Po odsłuchaniu obydwu wersji (oryginału oraz przeróbki w wersji PJ) stwierdzam, że faktycznie jest to wielki hit, z tym, że oryginałowi brakuje na przedzie literki „s”. Natomiast przeróbka… miód dla uszu. Zamykamy oczy i przenosimy się w czasy eleganckiej prostoty, aut ze szprychami i Titanica. Mogę tego słuchać bez końca: http://youtu.be/iyTTX6Wlf1Y

Kapela ma polski akcent: perkusista oraz basista są Polakami.

W odróżnieniu od opiewanego przeze mnie zespołu Pentatonix, który śpiewa w stylu dowolnym, w związku z czym charakteryzuje się większą różnorodnością repertuaru, Jukebox trzymają się jednego stylu, czyli owego vintage-u sprzed prawie stu lat. Jednak biorąc pod uwagę rozpiętość repertuaru, jaki przerabiają, każdy utwór jest zaskoczeniem. Czasem trzeba odsłuchać większą część, żeby rozpoznać oryginał, a czasem słychać to od razu w pierwszych taktach, jak na przykład tutaj: http://youtu.be/lVXziMFEqX0

PJ mają w lutym koncert w Dublinie. A w marcu w Warszawie. Może uda nam się wyskoczyć i posłuchać ich na żywo. A jak nie, wtedy – jak to określił ów kolega, który mi ich naraił – zarobię sobie dużo pieniędzy, i kupię sobie taką blondynkę, żeby stała u mnie w pokoju i śpiewała 😉

Na dziś więcej wpisów nie przewiduję. Raczej.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Dobra muza nie jest zła, czyli Pi-Dżej"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
dusia
Gość

Nasze ulubione klimaty,uwielbiamy soul. Miodzio. Szarpie serce i oklice. Dzięki Dobry Człowieku!
Ocywiście w Polse płyty nie uświadczysz. Może po koncercie w Warszawie?

Jaro
Gość

ode mnie kawałek ze złotej epoki polskiego rocka:

i jeszcze jeden, nieco młodszy i dużo lepiej znany:

lacki
Gość

a ponoć dziś jeden filmik na YT przekręcił 31-bitowy licznik wyświetleń… a tym filmikiem jest Gangnam Style… (czyli po mojemu przeróbka starego dobrego Technotronix). O tępota, o w morde…

5000lib
Gość

Muzyka jest dobra, albo zła. Albo jest amerykańskim popem, dlatego, że staje radiowe zmierzają ku trzeciemu rozwiązaniu zauważyłam, że nie intencjonalnie przestałam ich słuchać. Na szczęście. Smutne to, nie pozjadałam wszystkich partytur… I nie jestem algą i omegą 😀 ale jakoś to mi starcza. Niestety radio mam wyłączone. A telwizji dawno, dawno już nie mam. Co do PJ. Spoko nu(t)a ciekawa jestem czego słuchasz jeszcze. Pozdrawiam

5000lib
Gość

tak mi się skojarzyło… Ad vocem tego co piszesz, że kiedyś jazz był uważany, za muzykę rozrywkową, i jako taką spychano ją do kabaretów i piwnic, ale to lata 20. i 30. ubiegłego wieku… A teraz… Muzyka [?)pop? No… zrzędzę, nie? Stara jestem.

Dagmara
Gość

Ostatnio na facebooku karierę zrobił ich cover „Dark Horse”, wcześniej o zespole nie słyszałam. Ciekawy projekt, bardzo ciekawy..

wpDiscuz