TKL

Zawsze kusiło mnie, żeby zaopatrzyć się w klawiaturę typu TKL, ale jakoś nigdy nie miałem ku temu odpowiedniego impulsu.

Jakiś czas temu jednak jedna z moich starych, wysłużonych klawiatur poszła na przedwczesną emeryturę do kosza na śmieci i postanowiłem dać TKL szansę.

Po przewędrowaniu niezliczonych stron internetów oraz obejrzeniu jeszcze bardziej niezliczonych poradników slash recenzji postawiłem na G915 TKL Logitecha. Trochę dlatego, że mi się spodobała wizualnie, trochę dlatego, że lubię firmę (a zwłaszcza produkty podłączane złączem Lightspeed, które – w odróżnieniu od Bluetooth – działa z opóźnieniem o kilka rzędów wielkości poniżej ludzkiej percepcji), ale nie oszukujmy się, głównie dla pokrętła głośności.

Piękne, prawda?

Pokrętło jest szerokie, chodzi bezoporowo, a najlepsze, że ma prawie zerową bezwładność (trzeba nim “machnąć” naprawdę mocno, żeby zaobserować jakąkolwiek bezwładność). Wszystko to sprawia, że jest najwygodniejszym sposobem na uzyskanie pożądanej głośności w minimalnym czasie bez odrywania wzroku od ekranu.

TKL oznacza “Ten Key Less” czyli bez klawiatury numerycznej. Trochę się na początku tego braku dodatkowej wyspy z cyferkami obawiałem, ale okazało się że całkiem niepotrzebnie. Może gdybym był księgowym, czy nie wiem, jakimś numerykiem; jako programiście łamane przez Bazylowi kompletnie mi to nie przeszkadza. A dzięki temu mam teraz więcej miejsca na biurku, żeby zmieścić tam dodatkowy kubek albo lepiej machać myszą 🙂

Klawiaturka ma też tę zaletę, że można ją podpiąć do dwóch urządzeń na raz, a jak się człowiek dobrze postara to i do trzech. Jedno urządzenie przez Lightspeed, drugie przez Bluetooth, a trzecie… przez port USB do ładowania. Jak się bowiem okazuje podłączenie klawiatury kablem USB do laptopa nie tylko ładuje baterię, ale równocześnie wyłącza komunikację Lightspeed łamane przez Bluetooth, w zamian uaktywniając komunikację po kabelku.

Jeżeli chodzi o ergonomię pracy – jest fenomenalnie. W odróżnieniu od współczesnych klawiatur wbudowanych w większość laptopów, które są pratycznie płaskie, tutaj klawisze mają całkiem wysoki (i wyraźny) skok, a w dodatku odległości między nimi są o niewielki ułamek milimetra mniejsze niż w standardowej klawiaturze, co sprawia, że się lepiej sięga do klawiszy na skraju, a więc – szybciej pisze. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Każdy klawisz jest podświetlony indywidualnie, z paletą pierdyliona kolorów, więc jak ktoś lubi i mu się nudzi, może sobie z tego zrobić kompletnie odjechany pokaz sztucznych ogni, który jednak na dłuższą metę jest nieco męczący. Ja sobie ustawiłem pomarańczowe literki i takie jakby lazurowe klawisze kontrolne. W efekcie wygląda to tak:

Pod spodem ma dwie całkiem wysokie rozkładane nóżki i trzy gumowe podkładki, dzięki czemu trzyma się w jednym miejscu oraz umożliwia wygodne, długotrwałe pisanie.

Nie ma też żadnych dodatkowych “gamingowych” klawiszy, które strasznie mnie drażnią, zwłaszcza jeżeli są umieszczone przy lewej krawędzi i co chwilę zamiast wcisnąć Ctrl, wciskam G1 czy jakieś inne G*.

Na samej górze mamy osiem dodatkowych klawiszy: cztery po lewej są zdecydowanie bezużyteczne (no chyba że się przełączamy między BT a LS, ale ja się nie przełączam, no i żeby pierwszego dnia zaraz po rozpakowaniu z pudełka ustawić jasność na 25%, żeby zmaksymalizować żywotność baterii), natomiast te po prawej przydają się od czasu do czasu – głównie do sterowania Spotify.

Bateria na jednym ładowaniu, przy podświetleniu 25% i użytkowaniu między 8 a 10 godzin dziennie wystarcza na pięć dni ze sporym zapasem. Nie jest to może wynik porównywalny z G613, w której nie udało mi się wyzerować jednej baterii przez ponad czternaście miesięcy intensywnego użytkowania, ale i tak całkiem nieźle.

Używam tej klawiatury już dobrze ponad miesiąc i jestem absolutnie zachwycony. Solidne 10/10.

Polecam.

Zapisz się
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
4
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x