PTX

[yop_poll id=”24″]

ptx-tickets-smallO ile nie przepadam za papką współczesnej muzyki młodzieżowej…

Czyżbym zaczął się właśnie wyrażać jak ramol? Cóż, ani majteczki w kropeczki ani żadne umc-umc-umc jakoś nigdy do mnie nie trafiały. Może dziwny jestem.

… młodzieżowej, to jednak jest coś bardzo niezwykłego w muzyce wykonywanej przez amerykański zespół Pentatonix.

Cóż to takiego?

Pozornie nic nadzwyczajnego, ot, kolejna kapela śpiewająca a capella. Z tym jednak, że Pentatonix (dalej będę pisał PTX bo mi tak krócej) dokonali rzeczy dość niezwykłej i wykonują utwory instrumentalne – w dalszym ciągu a capella – w taki sposób, że skutecznie oszukują moje drewniane ucho. Wystarczy przymknąć oczy i nagle słychać całą gamę instrumentów. Tymczasem to wszystko wydobywa się ze strun głosowych, w co chwilami naprawdę trudno uwierzyć.

Zespół ma pięciu muzyków. Scott, blondasek w obowiązkowo odwróconej czapce z daszkiem, śpiewa „normalnie”. Ot, mocny wokal, nic nadzwyczajnego. Kirstie, jedyna dziewczyna w składzie, też śpiewa „zwyczajnie”, i też raczej nie zrobiłaby kariery jako solistka (tak na pewno to nie wiadomo, ale tak mi się wydaje). Trzeci zawodnik to Mitch, który – nie licząc ciemnego zarostu – na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie raczej kobiece. Ma subtelne ruchy, kroczy po scenie niczym rasowa modelka na wybiegu i w dodatku śpiewa  mieszanką wysokiego tenoru i falsetu. Głos ma jednak bardzo wyrazisty, a do tego niesamowitą dykcję, pozwalającą mu strzelać sylabami w tempie iście karabinowym.

Natomiast dwóch pozostałych muzyków to – przynajmniej moim zdaniem – filary zespołu. Bez nich Scott, Kirstie i Mitch mogliby zostać triem wokalnym nieco powyżej przeciętnej. Przy odrobinie szczęścia dostaliby się może do jakiegoś musicalu, raczej w charakterze statystów. Natomiast z tą dodatkową dwójką…

Kevin jest Murzynem, czarnym jak noc. Gra na wiolonczeli i mówi po chińsku. Niestety, ponieważ zespół śpiewa a capella, i to głównie po angielsku, Kevin nie ma za bardzo okazji wykazać się ani kunsztem smyczkowym, ani tym bardziej mandaryńskim. Potrafi jednak beat-boxować i robi to znakomicie. Beat-boxing Kevina nadaje piosenkom PTX bogactwa brzmień instrumentalnych, dzięki któremu ich muzyka zaczyna rozwijać skrzydła.

No i jest jeszcze Avi. Napisać, że Avi śpiewa basem to jakby napisać, że Szewińska nieźle biega. Albo, że Hemingway trochę pisał.

Avi dysponuje takim basem, przy którym Fronczewski ze świętej pamięci Zembatym brzmią jak polne myszki. Avi wchodzi niemal w infradźwięki. W efekcie PTX otrzymuje najbardziej niesamowite brzmienie gitary basowej jakie można sobie wyobrazić. Avi ma taki głos, że pomimo tego, że jestem w stu procentach heteroseksualny, słysząc go czuję jak mi włoski stają na skórze przedramion. Nadzwyczajne.

A najlepsze jest to, że całej tej piątce w jakiś niezwykły sposób udało się spotkać w jednym punkcie czasoprzestrzeni i założyć zespół. Od trzech lat odnotowują stały wzrost popularności, odsłony ich utworów na Tyrurce idą w dziesiątki milionów, wydali już trzy płyty (w tym jedną świąteczną, z kolędami), a wczoraj zakończyli właśnie światową trasę koncertową. Ostatni koncert odbył się wieczorem w Dublinie i miałem przyjemność tam być i posłuchać ich na żywo, w towarzystwie mojej niezastąpionej Żonki oraz starszego dziecka (młodsze jest jeszcze ciut za młode na taką ilość decybeli). We trójkę staliśmy przed sceną i wgapialiśmy się w PTX, i wsłuchiwaliśmy się w ich wokale, i szczęki nam się ciągnęły po ziemi przez bite dwie godziny, i jeszcze nam się ciągną.

Poprzednie dwa koncerty, na jakich byliśmy, to Riverdance (a więc bardziej teatr taneczny niż koncert, no ale powiedzmy) oraz Stare Dobre Małżeństwo. Tam była muzyka łagodna, zarezerwowane miejsca siedzące na widowni w teatrze, ą ę Francja elegancja i inne etcetery. Wczoraj natomiast było na ostro. Pieczątka na wejściu, tłum ludzi, na stojąco i skacząco, i wrzeszcząco, i klaszcząco, i Wogle.

Najbardziej zdumiało mnie to, że wykonali na żywo kawałek „Evolution of music”, który wydawał mi się zawsze nie do odtworzenia jednym ciągiem. Zawsze sądziłem, że tego typu utworzy trzeba nagrywać w studio, podchodząc do wykonania ze sto razy albo miksując najlepsze fragmenty w jedną całość. A tymczasem oni to zaśpiewali ot tak, jak gdyby od niechcenia.

Równie niesamowity był występ solowy Kevina, który na chwilę „złamał reguły” i przytargał na scenę wiolonczelę, na której odegrał wyrywający duszę z ciała kawałek własnego autorstwa, będący mieszanką solidnej dawki klasyki z jeszcze bardziej solidną dawką beat-boxingu. Pierwszy raz w życiu widziałem beat-boxera z wiolonczelą. Niezwykła sprawa, naprawdę.

Na koniec były dwa bisy – ewidentnie przewidziane przez organizatorów, bo w trakcie jednego z sufitu poleciały uprzednio przygotowane skrawki papieru.

Po koncercie wyszliśmy na ciepłą, deszczową, dublińską noc z gardłami zdartymi od krzyku, rękoma obolałymi od klaskania, a uszami lekko ogłuchłymi od wrzasków własnych i reszty kilkusetosobowej widowni.

Córka rozpłakała się w czasie koncertu trzy razy. Za pierwszym razem ze szczęścia, bo aż do momentu wyjścia zespołu na scenę nie wierzyła, że zobaczy prawdziwych muzyków z PTX na żywo, i była przekonana, że to będzie albo jakieś video, albo przebierańcy.

Za drugim razem oczki jej się zaszkliły, kiedy się zorientowała, że ludzie pod samą sceną mają okazję dotknąć muzyków wyciągniętymi końcami palców. Niestety, dla bezpieczeństwa staliśmy daleko od sceny i opcja nie wchodziła w rachubę.

A za trzecim razem była zła, że zespół do jednej z piosenek wybrał z publiczności inną dziewczynę (niejaką Phoebe o ile mnie pamięć nie myli), chociaż ona przecież machała rączkami o wiele bardziej od tej całej Phoebe. I Wogle.

Ostatecznie jednak córa była przez ten cały czas bardzo szczęśliwa, śpiewała większość piosenek z pamięci, skakała, darła się, klaskała i ogólnie zachowywała się bardzo koncertowo.

Żonie też się bardzo podobało, oczy jej błyszczały w niemym niedowierzaniu, że da się te wszystkie kawałki wykonać bez postprocessingu i komputerów, samymi li tylko krtaniami i mikrofonami. Przy „Evolution of Music” była zdumiona chyba jeszcze bardziej ode mnie.

Wyszedłszy zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego tak rzadko chodzimy na koncerty, i że trzeba by się w ten sposób odchamiać trochę częściej niż raz na dwa lata.

Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Tymczasem jednak poniedziałkowy spleen, liście wirują, czas trochę pozamiatać.

 

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "PTX"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
pendragon
Gość

Widziałem/słyszałem kiedyś składankę na YT zlepioną od lat 20 chyba do obecnych, a teraz posłuchałem więcej. Świetni są, dzięki za polecenie.

SlaveckM
Gość

Z pentatoniką mi się kojarzy 🙂 Ale dlaczego pięcioro? 😀

wpDiscuz