Anatomia przeprowadzki – rok później

Dziś mija rok od czasu, kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu. Opuściliśmy gościnne (acz hałaśliwe) mury stolicy i wynieśliśmy się „na wieś” (cudzysłów zamierzony, Newbridge to całkiem spore miasteczko –  my jednak mieszkamy na obrzeżach, więc przy odrobinie wyobraźni można przyjąć, że to wieś jest).

Anatomia przeprowadzki

Jeżeli nie masz, Czytelniku, cierpliwości, żeby przebrnąć przez ten wpis sprzed roku (za co Cię nie winię – jest to jeden z najdłuższych wpisów na tym blogu), to przypomnę pokrótce, że po południu 8 lutego 2017 roku odebraliśmy klucze od nowego domu, w którym były ściany (pomalowane!), ledwie wyposażona kuchnia (kran, piekarnik, kuchenka… to w zasadzie tyle) oraz mnóstwo wolnego miejsca.

Na początku trzeba było zrobić podłogi. Normalni ludzie robią to zanim się wprowadzą do nowego miejsca, co znacznie usprawnia proces. No ale my do normalnych nie należymy, więc przez kilka kolejnych tygodni mijaliśmy się na schodach z różnymi ekipami remontowo – budowlanymi. Było wiele radości 😉

Nie będę teraz szczegółowo opisywał remontów ani kolejnych elementów wyposażenia domu, bo to nie poradnik budowlańca ani projektanta wnętrz. Powiem tylko, że gdyby nie artystyczne oko mojej Żonki, mieszkalibyśmy teraz w najgorzej urządzonym kawałku domu w promieniu stu kilometrów, ponieważ mój zmysł artystyczny znajduje się tam, gdzie Królewna Śnieżka, Święty Mikołaj oraz uczciwi politycy.

Po roku chata jest „zrobiona” prawie kompletnie. Do pełni szczęścia brakuje tylko głównej łazienki, która ciągle jest „w proszku”. Jakoś tak wyszło, że zrobiwszy całą resztę zabrakło nam rozpędu na zabranie się za tę nieszczęsną łazienkę. Ostatnio jednak czynimy wreszcie jakieś kroki: łazimy po sklepach, oglądamy wanny, baterie, kafelki i tak dalej. Jak dobrze pójdzie, za miesiąc lub dwa będziemy mieć to już za sobą.

Dzieciaki… Młody przeniósł się z jednego przedszkola do drugiego bez większych zgrzytów. Pierwszego dnia trochę płakał, ale drugiego już pogalopował do swojego pokoju w przedszkolu, całkiem jakby był jego stałym bywalcem od co najmniej roku 😉 Tu więc poszło bezproblemowo.

Natomiast Młoda – o, tu już było gorzej. O ile jej brat ma dopiero cztery lata i w zasadzie jest mu wsioryba, gdzie się bawi, byleby tylko były inne dzieci, klocki, autka i ktoś odpowiedzialny do pilnowania, o tyle Młoda (lat wówczas dziesięć) miała w poprzedniej szkole kilka całkiem poważnych przyjaźni, znała wszystkich nauczycieli, miejsca, historie… A tu nagle sru, nowe miejsce, dużo większa szkoła, mnóstwo nowych twarzy, zwyczajów i tak dalej. Kilka razy szło niemalże na noże; zanim sytuacja się uspokoiła, minęły co najmniej trzy miesiące.

Tak naprawdę Młodej się polepszyło w dniu, kiedy do jej klasy przyszła kolejna dziewczynka, dla której mogła być „mentorem” – wreszcie nie była „najświeższa” w klasie! Dziś ma kilka całkiem solidnych klasowych psiapsiółek, z którymi trzyma sztamę tak w szkole jak i poza nią.

Kolejny kłopot, całkiem zresztą niespodziewany, to karate. W dublińskiej szkółce Kenpo Karate Młoda dotarła już do pomarańczowego pasa i wyglądało na to, że będzie z tego coś na dłużej. Szczęśliwie się złożyło, że Newbridge ma całkiem sporą grupę Kenpo. Jak to jednak często bywa, chociaż styl niby ten sam, to jednak różne drobiazgi były trochę inne, niż w starej szkole, a że Młoda jest perfekcjonistką, więc przez pierwsze dwa miesiące wracała z treningów zła i zapłakana, bo nie potrafiła się za bardzo znaleźć. Na szczęście ekipa w Newbridge to naprawdę świetni pedagodzy, po dwóch miesiącach Młodej udało się dostać pierwsze szlify do nowego pasa, a teraz już ma fioletowy i chodzi na treningi z uśmiechem i wyraźną przyjemnością. O tym, że ma z tego frajdę, świadczy to, że w wolnych chwilach ćwiczy sobie w domu. Ma w swoim pokoju wystarczająco dużo miejsca, żeby wykonać te swoje wszystkie wygibasy.

Dochodzimy tu do kolejnego ważnego zagadnienia, czyli główny cel i sens całego tego zamieszania: miejsce.

Na starym mieszkaniu dzieciaki mieszkały razem w jednym pokoju. Działało to dość dobrze, ale do czasu. Dziewięciolatka dzieląca pokój z dwulatkiem to doskonały początek horroru 😉 o czym zapewne wiedzą wszyscy rodzice.

Tutaj dzieciaki mają osobne pokoje, co wyszło wszystkim na dobre.

Mieszkamy z babcią, która „ogarnia” kwestię zawożenia dzieci do szkoły / przedszkola co rano, a potem odbiera je po południu i zagospodarowuje im czas do naszego powrotu z hut i fabryk. Ponieważ do szkoły jest prawie dwa kilometry, a pogoda bywa różna, a także ponieważ babcia ma prawko i całkiem znośnie radzi sobie za kółkiem (chociaż jej zdaniem tu wszyscy jeżdżą pod prąd), trzeba było wyposażyć babcię w auto. Dzięki temu mamy teraz dwa auta: jedno dla babci, drugie dla nas do dojazdów do Dublina na zmywaki.

Dwa auta to niestety podwójny koszt ubezpieczenia (jak wiadomo ubezpieczenia samochodowe w EU ostatnio „trochę” podrożały) oraz parę innych opłat – ale przynajmniej kwestie transportowe mamy załatwione.

Skoro już jesteśmy przy dojazdach…

Żonka ma pracę na obrzeżach Dublina, od strony Tallaght. A więc po zewnętrznej stronie obwodnicy M50, co oznacza raczej bezproblemowy dojazd. Przy dobrych wiatrach oraz względnie niewielkim ruchu dotarcie z domu do pracy zajmuje jej jakieś 20-25 minut. Powiedzmy: pół godziny, bo niedawno zaczął się remont M7, mający potrwać coś ze dwa czy trzy lata.

Ja niestety mam pracę w centrum (D4), co przekłada się na znacznie dłuższe dojazdy. Przy dobrych wiatrach jestem w biurze w 40-45 minut, ale to się nie zdarza zbyt często. Zazwyczaj zajmuje mi godzinę albo i półtora, żeby się tam doturlać. Jest to dość frustrujące. W dodatku parking „przy ulicy” jest koszmarnie drogi (€3/h), więc wynająłem sobie sporo tańsze miejsce parkingowe jakieś 15 minut spacerkiem od biura klienta, co też nieco wydłuża czas dotarcia do pracy, ale za to gwarantuje pół godziny energicznego spaceru każdego dnia.

Na szczęście udało mi się przekonać klienta, że swoją pracę mogę wykonywać równie dobrze z domu, od jakiegoś czasu mam więc zagwarantowane w umowie dwa dni pracy zdalnej, co oznacza, że do centrum muszę jechać tylko trzy razy w tygodniu. To już jest do wytrzymania.

Kolejna sprawa: sąsiedzi.

W poprzednim mieszkaniu, które było ulokowane na drugim piętrze trzypiętrowego bloku, z sąsiadami mijaliśmy się na korytarzu lub w windzie, rzucając sobie od czasu do czasu zdawkowe „how are you?”. Kojarzyliśmy twarze, ale nic poza tym. Może z dwoma czy trzema wyjątkami, z sąsiadami praktycznie nie utrzymywaliśmy żadnych kontaktów.

Tu natomiast sprawa wygląda całkiem odmiennie. Mieszkamy w domku na zamkniętym osiedlu, dookoła kilkadziesiąt podobnych domków, wszędzie mnóstwo rodzin z dziećmi w różnym wieku, pośrodku dwa ogromne (naprawdę duże) trawniki, na których można pokopać w piłkę albo porzucać ringo. Jak tylko pogoda dopisuje, zaraz wylegają tam chmary dzieciaków. Rodzice stoją wokół w mniejszych bądź większych grupkach, gadając o wszystkim i o niczym. Często jest tak, że ktoś ogłasza, że robi herbatę i kawę dla chętnych; jak wiadomo z ciepłym kubkiem w kończynie rozmowa się zawsze lepiej klei. Jest… swojsko; w zasadzie było tak od pierwszego dnia.

Jeszcze jedna zaleta, o której nie mieliśmy pojęcia zanim się tu przeprowadziliśmy to gwiazdy. Newbridge – nie licząc centrum rzecz jasna – jest zanieczyszczone światłem tylko trochę; wieczorem wystarczy przejść dosłownie parędziesiąt kroków, żeby trafić do miejsca bez żadnych lamp. Widać wtedy pięknie…

…khem, tego…

chmury, głównie chmury. Ale jak już raz na sto lat wiatr chmury rozpędzi, wtedy można podziwiać Oriona, obydwie Niedźwiedzice, Kasjopeę i Trójkąt w całej krasie,  a jak ktoś się zna na gwiazdach, to pewnie wypatrzy dużo więcej konstelacji. Ja „z głowy” umiem tylko tych pięć. Czasem wychodzimy sobie z Żonką na taki wieczorny spacer i pokazujemy paluchami na te odległe kule ognia, i cieszymy się z tego jak małe dzieci.

Żeby nie było za różowo, nowe miejsce ma też kilka wad.

Pierwszą, największą chyba, jest całkiem spora odległość do najbliższego w miarę sensownie wyposażonego spożywczaka. Bez auta ani rusz. Z drugiej strony jak się już zrobi zakupy, można podjechać autem praktycznie pod same drzwi – w poprzednim miejscu trzeba było zanosić zakupy do windy, potem z windy… A tutaj hyc, hyc i gotowe.

Kolejna wada to – paradoksalnie – fakt, że to jest nowe budownictwo, a co za tym idzie od czasu do czasu „wyskakują” różne perełki. O niektórych już pisałem, na przykład zamienione kontrolery termostatów (parter – piętro). O niektórych może jeszcze napiszę.

Całkiem niedaleko, praktycznie za płotem ogródka, biegnie linia kolejowa Dublin <=> Cork. Co prawda pociągi mają obowiązek zwalniania do 25 MPH (łuk + wiadukt), ale i tak przez pierwsze dwa tygodnie słyszeliśmy te wagony. Na szczęście szyny są tu bezstykowe, więc nie ma charakterystycznego dla polskich kolei stukotu kół; pociągi tak naprawdę przeszkadzają wyłącznie, kiedy się siedzi przy grillu w ogródku – wtedy raz na 20-30 minut trzeba przerwać rozmowę na 4-5 sekund, aż hałas ucichnie. Nic strasznego.

Na zakończenie trochę o perspektywach. Wygląda na to, że hrabstwo Kildare, w którym obecnie mieszkamy, jest coraz chętniej „zasiedlane” przez duże firmy. Bierze się to głównie z dwóch powodów: tańsze od Dublina wynajmy przestrzeni biurowej oraz łatwiejsze dojazdy. A po zakończeniu wyżej wspomnianego remontu autostrady dojazdy jeszcze się poprawią; niewykluczone więc, że za 10 lat łatwiej będzie o pracę w branży IT w naszych okolicach, niż w stolicy.

Ale pewnie to tylko takie moje życzeniowe myślenie…

6
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
AneribagiennyKasiaxpilhrabina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
hrabina
Gość

No proszę, Newbridge…. Mówisz, że spokojne….? Mieszkaliśmy atm jakieś 12 lat temu, wtedy było jeszcze spokojniejsze :), nawet „centrum”. Teraz, kiedy tam jestem, mam wrażenie, że wszędzie tłumy, tłumy i tłumy. na pewno jednak w porównaniu z Dublinem, to oaza spokoju.
Dojazdów do stolicy nie zazdroszczę, bo małżonek zna to z autopsji, tyle, że jeździ pociągami, a tylko „bank holideje” obskakuje autem.

Niech Wam się super mieszka!

Kasia
Gość
Kasia

Przez te nascie lat w Irlandii mialam kilka przeprowadzek, cztery lata temu przeprowadzka na swoje i tak czasmi po cichutku mysle sobie ze troche tesknie za tym przeprowadzkowym kociokwikiem.
Zawsze sa plusy dodatnie i ujemne 🙂
Niech Wam sie dobrze mieszka.

bagienny
Gość

Obśmiałem się jak norka. Nie z Twojego wpisu, trochę byłem w Irlandii i szybko zrozumiałem, żeby tam funkcjonować trzeba mieć samochód, ale nie o tym. Z Twojego opisu (tyle o ile pamiętam) z dojazdem pracy… Twoja żona jedzie krócej niż ja samochodem czy autobusem do pracy zajmuje mi to co najmniej 20-30 minut, słownie 5 kilometrów co robię w kilka minut jadąc na rowerze ;]

Myśl życzeniowo, zwykle się to dzieje, co człek inteligentny widzi ;]

Aneri
Gość
Aneri

Fajnie że opisałeś jak Wam się mieszka. Widać z wpisu że jesteście zadowoleni. Byłam ciekawa ponieważ mój syn też mieszka od 12 lat w Irlandii. Całe 12 lat w Dublinie. I też dwa lata temu kupili domek . Byłam akurat u nich w Dublinie bo właśnie urodziła im się śliczna córeczka. Przeprowadzka zbiegła się z narodzinami maleńkiej więc też była zawierucha bo klucze dostali jak córcia miała trzy tygodnie. Mnie było się trudniej zaaklimatyzować w nowym miejscu niż im a to dlatego że wszędzie daleko. Do szkoły przedszkola malutkiego sklepiku kościoła trochę ponad kilometr. Do większego sklepu znacznie dalej. Syn dojeżdża do pracy w centrum jakieś 8 km rowerem bo szybciej niż samochodem. Ale tak jak Ty ma przynajmniej trochę sportu po 10 godzinach siedzenia przy komputerze. Pracuje w tej samej branży. Fajnie że macie babcie na stałe i to jeszcze jeżdżącą samochodem.
Ciekawe po ilu latach będziecie myśleć o nowej przeprowadzce. Bo moi już coś przebąkują.